niedziela, 31 sierpnia 2014
pożegnanie
pożegnanie z zakątkiem między pastwiskami, gdzie o wpół do ósmej rano rozlegało się donośne ryczenie krów żądających natychmiastowego dojenia, i wysokie skrzeki gęsi oraz bliżej nieokreślonego ptactwa, które całkowicie wytrącały mnie ze snu, kąpiele w lodowatym Bałtyku, skoki na dwumetrowej trampolinie, nikt z nas nie dorównał Młodemu, który potrafił skakać bez ustanku przez godzinę z muzyką w słuchawkach, wycieczki rowerowe, w tym ta najdłuższa od Władysławowa do Juraty (razem 53 km), drogą miłosnych zwierzeń, którą znaczyły napisane na asfalcie słowa JAGNA kocham cię, z serduszkami w miejscu pierwszego a i ogonka przy ę, (zastanawiałam się czy to wielkie uczucie jeszcze trwa, i czy autor dalej tę Jagnę tak szaleńczo kocha), ta podróż to spełnienie mojego odwiecznego marzenia - przebycia na rowerze półwyspu helskiego, jechaliśmy w jedną stronę z wiatrem, a w drugą pod, wiało tak mocno, że w czasie postoju na trasie dogoniły nas dwie biegaczki (!), spacer po Gdańsku i wejście na wieżę kościoła mariackiego – 80 metrów czyli na wysokość 26 piętra - dla mieszkańców Manhattanu bagatela, a dla mnie to rekord wysokości wewnątrz budynku, wrażenie niesamowite - zobaczyć sklepienia katedry z góry, szczególnie że los obdarzył mnie lękiem wysokości, ten lęk przekazałam w genach Młodemu, wcześniej nic na to nie wskazywało, a od roku tak, nogi w dygocie i bijące szybciej serce jeszcze na długo po zejściu, w galerii Güntera Grassa podziwianie efektów twórczości plastycznej noblistów z dziedziny literatury: wyklejanek Szymborskiej oraz poetki niemieckiej Herty Müller, która pisze wiersze jakby układając wycinanki z gazet, a także rysunków samego Grassa, z tyłu ekspozycji dostrzeżony obraz Maliny Tomaszewskiej z prostym przekazem no grass no fun, to ukłon w kierunku urodzonego w Gdańsku gospodarza galerii, i obejrzany we fragmentach film Kolendy Zalewskiej czasami życie jest znośne z ulubioną noblistką w roli głównej (dokończony na yt), zjedzony pierwszy w życiu vegeburger, z obwoźnej garkuchni, nieomal w cenie obiadu, (a myślałam, że umrę nie zjadłszy burgera - frytki jadłam tylko raz w życiu), i to wrażenie, że odstraszająca prognoza pogody, która była tak zła że nie mogła być prawdziwa, jednak się spełniła - mało stopni Celsjusza, za to dużo Beauforta.
piątek, 15 sierpnia 2014
szybko
Lato minęło tak szybko, że już prawie nie pamiętam
domu na wzgórzu. A przecież przespałam tam
wiele nocy. Błyskawice rozświetlały ogromną magnolię.
Błyskawica wybiera zawsze najkrótszą drogę między chmurą a
ziemią. Właściciela domu nigdy nie było widać, nawet liść
nie drgnął na wietrze. Grał „Sceny dziecięce” na tak cennym
instrumencie, że można było zwątpić we wszystko. Zostałam
ze szklanym kluczem w dłoni. Ciemny podmuch dymu
w twarz. Poczuliśmy się zagubieni. Daleko w dole
błyszczy woda, dopływ potężnej Missouri.
Tua Forsström, Lato minęło tak szybko
w tłumaczeniu Marii Myhrberg
lato minęło tak szybko, że już prawie nie pamiętam czy nosiłam
zwiewną sukienkę w kolorze bitej śmietany. a przecież widzę ją jak wisi w szafie.
przez wiele dni padał biały deszcz, i błyskawice rozświetlały moją twarz.
schowaliśmy się pod starym mostem, można było zobaczyć jedynie rowery oparte na cienkich nóżkach.
wcześniej nie bałam się burzy tak bardzo.
czwartek, 14 sierpnia 2014
limfa
Skakanie na trampolinie jest jednym z najefektywniejszych ćwiczeń sprzyjających zdrowiu. To doskonała gimnastyka, która pobudza system odpornościowy, poprawia krążenie krwi i przyspiesza przemianę materii. Żadne inne ćwiczenie nie pobudza przepływu limfy w takim stopniu jak skoki na trampolinie. Jednym z efektów tych ćwiczeń jest wzmocnienie systemu odpornościowego poprzez szybkie i wydajne oczyszczenie układu limfatycznego.
Krew i limfa to dwa rodzaje płynów krążących w organizmie. Jak wiadomo, układ krwionośny opiera się na sercu, pompującym krew. Układ limfatyczny nie ma takiej pompy, a do przepływu limfy dochodzi pod wpływem skurczu otaczających naczynia chłonne mięśni szkieletowych. Choć każda aktywność polegająca na skurczu mięśni pobudza przepływ chłonki, to skoki na trampolinie robią to najefektywniej. Dlatego, że ruch pionowy, łagodnie otwiera i zamyka zastawki naczyń chłonnych, co ułatwia przepływ limfy. Nawet łagodne podskoki bez odrywania stóp od trampoliny zwiększają ten przepływ 15-30 krotnie. Inne ćwiczenia, takie jak spacer czy jogging polegają na ruchu poziomym, nie mającym takiego wpływu na układ limfatyczny. Na trampolinie wystarczy 2-4 minuty podskoków kilka razy dziennie, by w pełni przeczyścić układ chłonny i pobudzić układ odpornościowy.
Na trampolinie może ćwiczyć każdy bez względu na wiek i stan zdrowia. Badacze (tu muszę dodać: jak podają źródła internetowe) dowiedli, że osoby w wieku od 55 do 69 lat, które ćwiczyły na trampolinie 4 razy w tygodniu zmniejszyły ryzyko przedwczesnej śmierci o 30%. Spadek śmiertelności, choć znacznie mniejszy, zauważono także wśród osób, które ćwiczyły tylko raz w tygodniu.
Skoki na trampolinie ćwiczę na bosaka. Dzięki temu dobroczynne skutki najpełniej odczuwają moje stopy, bo to jest dla nich doskonały masaż.
środa, 13 sierpnia 2014
trampolina
tak to już jest z niektórymi prezentami: marzysz o jakiejś rzeczy, nieomal o niej śnisz, rozczytujesz w internecie, wyszukujesz miejsca, w których można ją kupić, zaglądasz do sklepu niby przypadkiem, ale głównie po to, żeby sprawdzić, wybrać, przetestować, z czasem bliscy orientują się co cię uszczęśliwi, znają model i cenę, i decydują o zakupie, a w kulminacyjnym momencie upatrzony towar znika ze sklepu. sprzedawca spoglądając w monitor beznamiętnym głosem ogłasza, że jest dostępny we wszystkich oddziałach w Polsce, ale nie w tym, w którym właśnie jesteś i który jest najbliżej, proponuje zamówienie, na co się przystaje. dostarczony bywa już po kilku dniach, co nie jest wcale powodem do radości, bo nie można go odebrać, trudności się piętrzą, albo mąż się rozchoruje, albo wyjedzie na delegację, a dzieci autobusem nie dowiozą, i tak oto mija dzień imienin, a zamiast prezentu otrzymujesz obietnicę.
jednak w końcu przychodzi taki dzień kiedy obietnica zostaje spełniona i przed tobą staje karton o gigantycznych rozmiarach, który w ogóle nie kojarzy ci się z wybranym przez ciebie prezentem. taka duża niespodzianka, do której dołączono instrukcję z ostrzeżeniem, napisanym drobnym druczkiem, że przed użyciem należy skontaktować się z lekarzem, zwłaszcza gdy ma się więcej niż 35 lat. zdecydowałam nie konsultować się z lekarzem, bo jedyny lekarz jakiego znam i któremu odważyłabym się przekazać tę nowinę, przebywa teraz na rodzinnych wakacjach w Szwecji. no, ale nie mam więcej czasu na pisanie, bo skaczę.
wtorek, 12 sierpnia 2014
kasztany
znalazłam trzy kasztany w zielonych łupinach. dwa wraz z gałązkami włożyłam do kubka z zielonego metalu i postawiłam na biurku. wygląda jak egzotyczny bukiet.
trzeci kasztan leży w torbie fitness, i przynosi mi szczęście.
Nie liczysz na zbyt wiele
wtedy ci się zdarza
przedpołudnie jak wielka
roziskrzona ryba
Jesteś królem rybaków
kucharzem i gościem
łodzią do której wrzuca
złote sztabki słońce
Nie licz na niespodzianki
zbyt niespodziewane
w przedpołudnie tak zimne
że usta drżą drzewom
i przedsionki się kurczą
w ciele zbyt przestronnym
aż wpada w nie czyjś oddech
i rośnie jak echo
I dzieje się spotkanie
w obcych murach miasta
spojrzenie piwnych oczu
jak gorący kasztan
Roma Jegor, Kasztan
poniedziałek, 11 sierpnia 2014
cmentarz
sierpień to w naszej rodzinie miesiąc umierania, rocznice śmierci dwóch prababci i babci moich Dzieci wypadają dzień po dniu. odwiedziliśmy wiejski cmentarz, na granitowych płytach położyliśmy kwiaty, zapytałam Młodych czy pamiętają Babcię O., - oczywiście, że pamiętamy, a to już osiem lat, Prababcia za cztery lata dobiłaby setki, zdjęcie na nagrobku przedstawia ją trzydziestoletnią, - takie właśnie powinny być zdjęcia na grobach stwierdziła Młoda, Babcia T. na fotografii jak żywa, taką ją pamiętam. zachwycała urodą nawet z krótkimi jak u kadeta włosami, które odrastały po chemioterapi. w domu odnajduję portret mojej Mamy, jedno z nielicznych kolorowych zdjęć, na których została uwidoczniona. przyglądam się coraz mniej wyraźnym konturom, i blednącym kolorom, zdaje mi się, że ktoś uprał to zdjęcie, a potem wyprasował i włożył z powrotem w ramkę, ale to już nie jest ta sama fotografia jaką była, chwytam jej spojrzenie, odpowiadam na uśmiech, jeszcze widoczny, choć coraz słabiej i nie potrafię wyobrazić sobie, że kiedyś zniknie całkowicie, że nie zobaczę więcej jej kochających oczu.
niedziela, 10 sierpnia 2014
złudzenie
Przechodząc obok krzewów piwonii,
Ujrzałam żuka
O skrzydłach z czarnej laki w mleczne kropki.
Złapałabym go,
Ale uciekł szybko
I skrył się pod kamiennym lotosem
Podtrzymującym posąg Buddy.
Amy Lowell, Złudzenie w tłumaczeniu Andrzeja Szuby
przegryzając słodkie winogrona
dostrzegłam żuka
o pancerzu z czarnego lakieru.
złapałam go,
ale uciekł
i skrył się w owocach
jego życie nie skończyło się tak jak powinno.
sobota, 9 sierpnia 2014
rozradowanie
na dietę raw till 4 przeszła Pani A. (prawie) i sekretarka z korpo, która od kilku lat eksperymentuje z różnymi dietami, od farmakologicznych po jogurtowych.
ta druga w poniedziałek gorąco mi dziękowała za przekazane informacje na temat diety.
- to dzięki tobie, w weekend, nareszcie się najadłam - powiedziała.
nareszcie

już jest u mnie. wisi nad biurkiem tak, jak go sobie wyobrażałam. obok litery om.
obraz bez tytułu, autorstwa Mohameda Charindy, malarza z Tanzanii.
mógłby nazywać się Kobieta, albo Brzemienna, albo Głowy mojej dzień.
to chyba nie przypadek, że w dniu kiedy go pierwszy raz zobaczyłam i postanowiłam kupić, miałam na sobie sukienkę w czarno-białe wzory, podobną do tej, którą ma na sobie sportretowana postać. Pan W. i Córka na wieść o moim pomyśle nie ukrywali dezaprobaty: -Nie mogłaś wybrać czegoś innego? -Ale obiecaj, że nie będzie wisiał w moim pokoju! oczywiście, że nie. będzie wisiał przed moimi oczami, w pobliżu afrykańskich rzeźb.
w internecie można zobaczyć kilka innych głów kobiecych autorstwa tego malarza.
ale moja, musicie przyznać, jest najpiękniejsza.
czwartek, 7 sierpnia 2014
siła
po dwóch tygodniach stosowania diety raw till 4 małe podsumowanie:
zupełnie nie odczuwam głodu. wreszcie czuję, że surowe też syci.
z łatwością komponuję posiłki, choć brak mi fachowej wiedzy z zakresu żywienia surowego.
waga stanęła w miejscu, optymalnym.
mam bardzo dużo energii i nie czuję się senna.
zapomniałam o ziewaniu. nawet po krótkim śnie, takim czterogodzinnym jak dwa dni temu, ziewnęłam tylko raz (pewnie z przyzwyczajenia).
dwukrotnie pozwoliłam sobie na odstępstwo od reguł: raz wypijając filiżankę kawy z mlekiem, która stanęła na moim biurku w akcie zbiorowego obdarowywania i drugi - zjadając pizzę po niedzielnej burzy w górach (odwieczny rodzinny rytuał).
czytam książkę 80/10/10 guru surowego jedzenia dra Grahama. rewolucyjne i nie do końca zrozumiałe są dla mnie jego wywody o suszonych owocach i przyprawach, które tak lubię i z których nie potrafię zrezygnować.
dziś jadłam na surowo prawie cały dzień.
środa, 6 sierpnia 2014
wtorek, 5 sierpnia 2014
upadek
A jednak upadamy.
Wpadamy w otwartą paszczę ciemności,
Do Konga, jak w rzekę,
Albo jak ziarna pszenicy w otwarty młyn.
Robert Bly z tomu "Silence in the Snowy Fields"
w tłumaczeniu Julii Hartwig
upadek czy zmęczenie
porażka czy przystosowanie
wiec czy bal
pustka czy spełnienie
żal czy ukojenie
teatr czy zabawa
róża czy królewicz
ogień czy powietrze
koniec czy zbawienie
poniedziałek, 4 sierpnia 2014
niedziela, 3 sierpnia 2014
gromy
w silnym słońcu pod górę, pot, wycieranie twarzy chusteczką, picie wody, poszukiwanie cienia, nieustające gorąco, odgłosy grzmotów słyszeliśmy z daleka, siarczysty deszcz dopadł nas na skraju lasu, schowaliśmy się pod drewnianą wiatą, gdzie pięciu mężczyzn z białym psem grało w karty na żetony, burza gdzieś bokiem przechodziła, zjedliśmy prowiant (ja dalej tylko świeże owoce i słonecznik w łuskach), zrobiliśmy kilka okolicznościowych portretów z łukowatą linią drzew w tle, przed schroniskiem pod kolorowymi parasolami półgodzinne czytanie, Młody wyciągnął Zbrodnię i karę, którą czyta od miesięcy, Młoda wspomnienia kubańskiej blogerki, które wypożyczyłam z biblioteki, Pani E. książkę podróżniczą roku, ja Bojową pieśń tygrysicy Amy Chua, grzmoty zdawały się przybliżać, jednak zdecydowaliśmy się zejść żółtym szlakiem, w końcu i tak z tej góry kiedyś zejść trzeba, tabliczka na drzewie wskazywała, że zejście zajmuje 1,5 godziny, właściciel schroniska tę trasę przemierzał w 50 minut, i my w tym czasie zeszliśmy, bo nieomal całą drogę biegliśmy po kamieniach i błocie, przed nami błyskawice, nad nami grzmoty, które rozrywały niebo i góry na strzępy, zdawały się nie mieć końca, to cichły, to się zbliżały, czasem łomot rozlegał się tak blisko, że myślałam, że piorun w nas trafił, albo w drzewo nad nami, i zwala się ono połamane w ostatecznej walce z silniejszym stracone, na głowie miałam czapkę z daszkiem, to była moja jedyna osłona przed strugami deszczu, oprócz plecaczka który osłaniał częściowo moje plecy, ostatnią wolę przekazałam Synowi w akcie rozpaczy, co on zripostował że jest wyższy i pierwszy zostanie trafiony, do samochodu dotarłam całkowicie mokra, tylko pięciocentymetrowy pas bielizny miałam suchy, założyłam zapasową koszulkę, Pani E. oddała swoją Młodej, i tak dotarliśmy do miasta grzejąc się centralnym ogrzewaniem samochodu, w domu szybki gorący prysznic i w zagłębieniu suchej pościeli momentalnie zasnęłam, nadmiar emocji automatycznie włączył przycisk reset. teraz gdy to piszę dźwięki grzmotów jeszcze czuję w sobie, w głowie je mam, i wiem, że zostaną zostaną tam na wieki wieków, dłużej niż ja będę żyła, kto wie może zabiorę je ze sobą w kolejne wcielenie, te gromy z jasnego nieba.
sobota, 2 sierpnia 2014
północ
zbliża się północ.
kwiaciarki pod kolorowymi parasolami, on jak za dnia wybiera róże, które za chwilę jej wręczy, i które wydadzą się jej symbolem wiecznej miłości, zapamięta kolory płatków do końca życia, i tę chwilę wręczania, w środku nocy na ulicy wielkiego miasta, pewnie nawet nie czuje zapachu alkoholu unoszącego się w powietrzu i nie widzi roju młodych mężczyzn z butelkami w dłoniach i w wypchanych puszkami piwa marynarkach, ani tego drobnego nastolatka, który leży nieruchomo na ławce, co rękę podłożył pod głowę jak poduszkę, śpi porzucony przez towarzystwo, przypomina mi dwudziestoletniego studenta, który kilka dni temu zażył jakieś dopalacze i w ciągu 48 godzin mimo usilnych zabiegów medycznych zmarł, też leżał na ulicy gdy go znaleziono, niedaleko stąd, lekarz mówił, że nie dało się go uratować, bo w środku nie było nic do ratowania, koledzy zarzekali się, że specyfik brał po raz pierwszy, oni sami nie brali, ale pewnie wiedzieli skąd miał, a może sami mu podsunęli tę nowość do testowania, zastanawiam się kto rozprowadzał i produkował te śmiercionośne mieszanki i czy już wie o tej potwornej śmierci, czy czuje ciężar winy, czy problem wypiera, i dalej handluje nie zważając na szepty sumienia.
wychodzę poza centrum, czuję jak ulice opanowuje ciemny spokój, gasną światła, domy drzemią.
piątek, 1 sierpnia 2014
znak
znak czasów: podczas sesji jogi ilość ćwiczących mężczyzn przewyższa ilość ćwiczących kobiet. po raz pierwszy.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)