czwartek, 31 października 2013

czytanie


czytam W Japonii czyli w domu Rebeki Otowy
i Samotność w Tokio Marcina Bruczkowskiego.

tę pierwszą książkę podarowałam Młodej w dniu rozpoczęcia
nauki japońskiego, ulegając zapewnieniom z okładki,
że napisana przez australijkę od dziesięcioleci mieszkającą w Japonii,
jest obowiązkową lekturą dla wszystkich interesujących się kulturą japońską,
a drugą pozycję poleciła mi Pani K. - książkowa globtroterka,
która przemierza świat poprzez lekturę tekstów literackich,
i sypie jak z rękawa tytułami książek na temat każdego kraju.

te dwie książki są całkowicie odmienne i wspaniale się uzupełniają,
z uwagi na samych autorów, jak i rejony Japonii, które opisują:
Bruczkowski, polski student cierpiący na tytułową bezsenność - życie w stolicy,
Otowa, stateczna mężatka, kobieta domowa i matka - codzienność prowincji.

choć muszę przyznać, że książka Bruczkowskiego wciągnęła mnie bardziej.




środa, 30 października 2013

Larissa


Trzeba znaleźć sens w tym, co się dzieje.
Tak uczą buddyści.
Każą mi budować z bólu i strachu, i krwi.
Starają się przekonać, że powinnam być wdzięczna życiu,
które się dzieje, mimo iż jest rozpaczą.
I ranom trzeba patrzeć w oczy.
Mają mieć znaczenie.
Mają mieć wartość.
Mam być wdzięczna za każdą chwilę.
Za każde spełnione niespełnienie.
Za nie napisany wiersz.
Za przecierpiany dzień.
Za to, że H. jest wyczerpany po kolejnej dawce trucizny.
Za to, że jest trucizna.
Za to, że jest.
Jest. Jestem. Jesteśmy.

Agata Tuszyńska, Ćwiczenia z utraty


i jeszcze jedna para Ian i Larissa, która też straciła,
i nadal traci, ale równocześnie zyskuje,
dokonawszy niecodziennego wyboru.
ci młodzie ludzie zdecydowali się być razem
i zawrzeć małżeństwo, za zgodą sądu, mimo ciężkiego
uszkodzenia mózgu, którego doznał pan młody podczas wypadku.
ta para żyje inaczej niż jakakolwiek inna para.
Larissa zdaje się być współczesną świętą.

sama z pewnością nie dokonałabym takiego wyboru,
ani nie życzyłabym go swoim dzieciom,
bo przeraża mnie ciężar, który samotnie nosi Larissa,
(mimo fizycznej obecności bliskich, teściowej, przyjaciół)
i zatrzaśnięte przed nią drzwi do macierzyństwa oraz małżeństwa,
w którym nie byłoby podziału na dodatkowe role opiekunki i chorego,
chociaż takie zawsze z czasem w każdym związku pojawić się mogą
i często w końcu się pojawiają.






poniedziałek, 28 października 2013

ciepło


cieszy mnie ciepły październik.

cieszy mnie chodzenie górskimi szlakami i małymi uliczkami
po czerwonych pagórkach suchych liści
cieszy mnie szuranie nogami i wsłuchiwanie się w szelest, który wydają
cieszy mnie wychodzenie na zewnątrz nie do końca ubraną,
w tshircie i w balerinach, gołe stopy to oczywisty znak powrotu lata.

u progu listopada ten czas zdaje tak wyjątkowy jak czas darowany
skazańcowi dzięki warunkowemu zawieszeniu wykonania wyroku.



niedziela, 27 października 2013

godzina


czy zastanawialiście się kiedyś, co dzieje się z godziną,
o którą krótsza jest ostatnia niedziela marca,
a dłuższa ostatnia niedziela października.
gdzie się znajduje, w jakiej czasoprzestrzeni
czy przechowalni rezerw czasowych.

jedna bezpańska godzina, pusta jak bańka mydlana
czy wypełniona nieurzeczywistnionymi zdarzeniami,
niedokończonymi rozmowami, wypadkami samochodowymi,
które nigdy się nie wydarzyły, a wydarzyć mogły,
oświadczynami, poczęciem, śmiercią, śmiechem, smutkiem,
nostalgią, lękiem, degustacją potraw i trunków, chorobą,
zdziwieniem i blaskiem spadających gwiazd,
nienapisanymi wierszami, nieskończonymi marzeniami,
westchnieniami, chwilą, której się nie zapomina,
kwiatami wyrzuconymi do kosza,
wydilejtowanymi znakami w edytorze tekstu, nocnymi audycjami,
koszmarami sennymi, radością dobrego snu, uścisków.

czy zastanawialiście się kiedyś, czy ta godzina,
którą dostajemy w październiku, to jest na pewno ta sama godzina,
której pozbawiono nas w marcu, czy w jakimś sensie zmieniona,
dojrzalsza, spełniona, smutniejsza czy weselsza,
zawiedziona czy pełna nadziei, bardziej domyślna, usłużna,
ugodowa czy zadziorna, zawzięta, z pazurem, roztkliwiona, senna.

ja się zastanawiam.
każdego roku w dniu zmiany czasu z letniego na zimowy rozmyślam nad tym.

sobota, 26 października 2013

wiele


Jest wiele tego co nie ginie
Nie zapominam
o żadnej dobrej chwili.

Julia Hartwig


zbudziło mnie światło nowego dnia, wstałam wcześnie,
wyprawiłam Młodego na gimnastykę,
podałam mu przed wyjściem jajecznicę z jaj zielononóżek,
poszłam po świeże pieczywo jak zwykle w sobotę,
zamieniłam kilka słów z robotnikami pracującymi przy sąsiednim bloku,
u ostrej jak brzytwa ekspedientki (takie nosi nazwisko)
kupiłam chleb, gazetę i słodkie bułeczki,
zjadłam śniadanie z Młodą, spaghetti z sosem pomidorowym zapieczone mozzarellą,
nad mieszanką herbat przeczytałam najświeższe wiadomości
z wysokimi obcasami, których sama nie noszę,
wyprałam poduszkę z pierza i dwa komplety bielizny pościelowej,
pobiegłam na lekcję jogi z jaskrawo różową torbą przewieszoną przez ramię,
po drodze zdawało mi się, że słońce świeci tylko dla mnie,
czekając na zielone światło na skrzyżowaniu zdjęłam marynarkę i skarpetki,
sobotnia praktyka moja ulubiona, prowadzona w milczeniu,
przy minimalnym komentarzu nauczyciela,
po jodze wpadłam na sok ze świeżych pomarańczy do szczególnej księgarni,
przeczytałam tam całą najnowszą książkę Zapisane 92-letniej Julii Hartwig,
misterne wiersze, ale gdzieś obok mnie przeszły,
za wyjątkiem fragmentu, zamieszczonego u góry i jeszcze tego,
który zapisałam w brulionie
wyprowadzić się z brudnej rzeki do czystego oceanu
(a propos rozmowy z Panem W. na temat loterii wizowej do stanów),
przeczytałam duży fragment Chce się żyć Pieprzycy
(muszę koniecznie doczytać resztę i zobaczyć film) i książki psycholożki
Katarzyny Miller (gładko napisana), a także Za kogo ty się uważasz?
Alice Munro, tegorocznej noblistki, dla mnie swoiste odkrycie
(obiecuję sobie przeczytać coś więcej, bo pisze mądrze, prawdziwie,
postacie jak żywe), po powrocie do domu zjadłam obiad idealny na jesień -
pieczone ziemniaki posypane rozmarynem, z bakłażanami w maśle czosnkowym
i ogórkiem kiszonym, szukając informacji o kursach dla instruktorów jogi,
obejrzałam w internecie dwa filmy, jeden o nauczaniu jogi przez Iyengara,
bóg istnieje wszędzie, bóg jest dla jednych widzialny,
dla innych jest niewidzialny, asany to moja modlitwa, tak służę bogu,

i drugi o terapeutycznym wpływie jogi w leczeniu uzależnień i chorób,
zjadłam kilka jabłek, wypiłam litr wody z cytryną,
napisałam prawie całego posta, właśnie przyszedł Młody
i przeprasza za fuczenie, to z miłości - tłumaczy,
do komórki, do komputera - dopowiadam, on prostuje, że do mamy,
że to pierwsza miłość.


piątek, 25 października 2013

pokuszenie


Może to największe
wypowiada się milczeniem?
Jak kosmos?

słowo
to pozór?
próba uchwycenia
nieuchwyconego?

podejrzliwość wobec słów
że stawiają fałszywe drogowskazy
prowadzą w ślepe zaułki
wodzą na pokuszenie

Ryszard Kapuściński


może pokuszenie
codzienne pokuszenie.

czwartek, 24 października 2013

śmieszne


Jak to jest być człowiekiem
spytał ptak
Sama nie wiem
Być więźniem swojej skóry
a sięgać nieskończoności
być jeńcem drobiny czasu
a dotykać wieczności
być beznadziejnie niepewnym
i szaleńcem nadziei
być igłą szronu
i garścią upału
wdychać powietrze
dusić się bez słowa
płonąć
i gniazdo mieć z popiołu
jeść chleb
lecz głodem się nasycać
umierać bez miłości
a kochać przez śmierć
To śmieszne odrzekł ptak
wzlatując w przestrzeń lekko

Anna Kamieńska, Śmieszne


jak to jest być człowiekiem
sama siebie pytam

jak to jest być nastolatką, a jak arystokratką
jak to jest być aktorką prowincjonalną, a jak Sandrą Bullock
jak to jest być Cohenem, a jak Kopernikiem
jak to jest być być otyłym, a jak wychudzonym
jak to jest być praktykującym katolikiem
a jak ortodoksyjnym muzułmaninem
jak to jest być łysym, a jak zarośniętym
jak to jest być reżyserem, a jak powieściopisarzem
jak to jest być miłośnikiem pająków, a jak hodowcą owiec
jak to jest być szefem w korpo, a jak esesmańskim kapo
jak to jest być linoskoczkiem, a jak grotołazem
jak to jest

czy tak samo się jest nowo narodzonym dzieckiem następcy tronu brytyjskiego
jak się jest pochyloną do ziemi wietnamską staruszką, albo młodym szermierzem
sama siebie pytam

środa, 23 października 2013

Portrecista


obejrzałam film o Wilhelmie Brasse, więźniu i głównym fotografie
niemieckiego obozu koncentracyjnego auschwitz.
dziś mija pierwsza rocznica jego śmierci.

dziadek Brasse był ogrodnikiem u Habsburgów,
właścicieli żywieckiego browaru, a matka polką.
zawodu fotografa uczył się w katowicach w atelier foto-korekt
należącym do jego ciotki przy ulicy 3 maja.
specjalizował się w zdjęciach portretowych.

do auschwitz trafił 31 sierpnia 1940 roku.
z numerem 3444 wykonał ponad 50 tysięcy zdjęć,
głownie fotografii ewidencyjnych więźniów,
ale także zdjęć ofiar eksperymentów pseudomedycznych
przeprowadzanych przez nazistów,
wśród których dowodził anioł śmierci.

mógł opuścić obóz, ale w sposób niehonorowy, dlatego zrezygnował.
mógł dostać obywatelstwo amerykańskie, angielskie,
francuskie, ale wolał powrócić do rodzinnego żywca,
skąd pochodzili Żydzi, których fotografował.
po wojnie chciał ponownie zająć się fotografią,
ale nie był w stanie, bo w obiektywie aparatu
stale widział twarze więźniów fotografowanych w obozie.

o swojej pracy obozowego dokumentalisty
nie wspominał nikomu przez sześćdziesiąt lat.
otworzył się dopiero przed Ireneuszem Dobrowolskim,
przed jego kamerą filmową spowiadał się dziesięć dni.
nigdy nie zapomniał tych strasznych wspomnień.
umarł z nimi w wieku 95 lat.

wtorek, 22 października 2013

książka


korpo szef zdecydował, że napiszemy książkę.
będzie to praca zespołowa do użytku wewnętrznego.

po listach gratulacyjnych, artykułach i notatkach prasowych
przyszła pora na większą formę.
zamiast wyrazu książka mogłabym użyć opracowanie,
ale po co. książka brzmi lepiej.
brzmi dumnie.
to słowo bez ograniczeń z nadzieją na coś wielkiego.
dlatego plik w komputerze zapisałam pod nazwą dzieło.

oczy zamykają mi się ze zmęczenia.
słyszę przez ścianę jak Pan W. uderza w klawisze fortepianu.

poniedziałek, 21 października 2013

dom


w niedzielę zwiedzałam w beskidach dom,
zamieszkały przez parę buddystów.

oaza spokoju, uroku i kontemplacji.
w każdym pomieszczeniu wisiało zdjęcie
Ramana Maharishi'ego, najbardziej oświeconej istoty,
zdaniem właściciela domu.

wokół domu powiewały chorągiewki modlitewne,
których zadaniem jest oczyszczanie okolicy
i rozpowszechnianie idei buddyzmu.
ponad górami rozchodzą się z wiatrem
zapisane na chorągiewkach buddyjskie przesłania.
w ten sposób pozytywna energia, siła i współczucie
dociera do wszystkich ludzi i staje się częścią kosmosu.

zobaczcie jak można mieszkać będąc buddystą w polsce.

















niedziela, 20 października 2013

kucharz


na warsztatach jogi poznałam kucharza Ola.
Olo ma trzydzieści dwa lata,
i jak mówi całe życie ćpał i pił,
aż spotkał Zuzę i się ocknął.
teraz pije z umiarem i gotuje z pasją.
jogi nie praktykuje.
jeszcze nie.

na otwarcie warsztatów podał makaron penne
z burakami, posypany siekanymi orzechami włoskimi i serem feta.
to była jego wersja autorska przepisu kuchni włoskiej.
buraki wcześniej gotowane, dusił w oliwie
z dodatkiem czosnku, octu balsamicznego i miodu.
później dodał makaron, który zabarwił się na buraczkowy kolor.
pychota.

gotowania się nie uczył.
do szkoły nie miał głowy.
ukończył jeden nic nie znaczący kurs.
od dawna ma silną potrzebę gotowania.
choć ludzi raczej nie lubi (oczywista przekora),
to gotować im lubi bardzo.
wkrótce otwiera bistro w dzielnicy biurowców.

wieczorową porą Olo podał krakersy, tortillę i macę
z kilkoma rodzajami dipów: serowym, z fasoli, oliwek.
największym powodzeniem cieszyła się właśnie ta ostatnia tapenada,
pasta z czarnych oliwek z dodatkiem kaparów, oliwy i czosnku.
na śniadanie Olo postawił przed nami na stole
frittatę z papryką, cukinią i pomidorami.
cudownie prosty przepis, nieprawdopodobnie dobry smak.

sobota, 19 października 2013

warsztaty


najfajniejsze w warsztatach jogi jest to,
że gdy wchodzę do sali ćwiczeń to połowę twarzy ćwiczących już znam,
a jeszcze fajniejsze jest to,
że te wszystkie twarze się do mnie uśmiechają.

czwartek, 17 października 2013

rwa


rwa kulszowa to ból rozpoczynający się
w dolnej części pleców
i rozciągający się przez pośladek do nogi.
powstaje w wyniku ucisku na najdłuższy nerw
w ciele człowieka zwanym nerwem kulszowym.

oprócz bólu mogą występować inne dolegliwości
jak osłabienie mięśni, drętwienie, mrowienie
w kończynie dolnej, a także osłabienie
odruchów w kolanach i kostkach.

rwa mimo, że bolesna, nie staje się przewlekła
i często mija samoistnie.
rwa może być sygnałem o zbliżającej się przepuklinie.
zalecenia lekarskie dla chorego obejmują
odpoczynek i ćwiczenia wzmacniające mięśnie pleców.
internauci po rwących przejściach polecają surowy imbir.

rwa dopadła Panią E.
słowa nie opiszą bólu.
płakałam razem z nią.

środa, 16 października 2013

przysłowia


stare chińskie przysłowie mówi:
jeśli nie masz nic do powiedzenia,
powiedz stare chińskie przysłowie.

a więc mówię:

bądźcie surowi dla siebie samych,
pobłażliwi dla innych, a nie będziecie mieli wrogów.

jedna noc rozmowy z mędrcem starczy na dziesięć lat studiów.

czytaj jak najwięcej, mów jak najmniej.

głodnemu daj kawałek chleba, ale smutnemu daj kawałek twego serca.

nie kłóć się z głupim, bo postronni nie zauważą różnicy.

ludzie i zwierzęta należą do tej samej kategorii istot.

żyj tak, jakbyś miał umrzeć jutro,
a pracuj tak jakbyś miał przed sobą wieczność.

gdy nie masz nic do ofiarowania, ofiaruj uśmiech.

w dniu twych narodzin wszyscy byli weseli, tylko ty płakałeś.
żyj tak, by w twej ostatniej godzinie płakali wszyscy inni,
a ty jeden byś się śmiał serdecznie i łzy nie miał w oku.

jeżeli odrzucisz nóż rzeźnika, natychmiast staniesz się Buddą.

wtorek, 15 października 2013

później


To nie może być prawdą. W żaden sposób.
To koszmar.
Zbudzę się i przekonam, że to sen.
Nie będę o tym myślała teraz,
bo rozpłaczę się w obecności wszystkich tych ludzi.
Nie mogę teraz myśleć, pomyślę o tym później,
kiedy będzie mi łatwiej, kiedy nie będę ...

Margaret Mitchell, Przeminęło z wiatrem


to nie może być prawdą. w żaden sposób.
ten biurowy koszmar nie jest rzeczywisty.
to sen.
kiedy zbudzę się, przekonam się że, to był sen,
który śniłam razem z innymi współpracownikami.

pomyślę o tym później.


poniedziałek, 14 października 2013

za


Jak to się stało, że dopiero teraz, wczoraj wieczorem, w nocy,
przeniknęła mnie tak ostro myśl, że to wszystko co się ze mną dzieje
jest niepojęte dla mojego umysłu.
Nie pojmuję życia, nie pojmuję śmierci,
nie panuję nad swoimi snami, nie potrafię powiedzieć
co jest mną, a co nie jest
i pobudki moich działań są dla mnie tajemnicze.
Z przeszłości nie da się ułożyć nic składnego,
wybór tylko z pozoru należał do mnie.
Rzucona między potrzebę stałości
a chęć przekraczania tego co mi znane,
na przemian z bólem, to znów z ciekawą ochotą
odrywałam się od tego co zastane,
raz w gwałtownych smutkach,
to znów w przekonaniu, że idę za wyznaczonym mi losem.

Julia Hartwig, Gdy opatrzy się zieleń

niedziela, 13 października 2013

kwiaciarka


zamawiamy w pobliskiej kwiaciarni wiązankę na jutrzejszy pogrzeb.
pięć gałązek białych lilii z otwartymi kwiatami
połączonych z gałązkami drobnych białych chryzantem
czarną wstążką z napisem ostatnie pożegnanie.
nasze ostatnie pożegnanie z Mamą Pani A.

Pan W. wpłacił zaliczkę za wiązankę i teraz ostentacyjnie
przegląda przegródki portfela w poszukiwaniu funduszy.
kwiaciarka wesoło komentuje pustkę w portfelu Pana W.
- ostał ci się jeno sznur!
wybuchamy śmiechem.
na pożegnanie sprzedawczyni wręcza mi bladoróżową różę.
życzymy sobie miłego dnia.

sobota, 12 października 2013

Dziadziuś


urodził się 31 maja 101 lat temu w kąśnej dolnej.
miał 168 cm wzrostu, włosy i brwi szatyn,
oczy ciemne piwne, nos prosty,
usta cienkie, brodę płaską, twarz owalną,
znaków szczególnych brak.
ukończył seminarium nauczycielskie z egzaminem dojrzałości,
zawód nauczyciel publicznej szkoły powszechnej.
z książeczki stanu służby oficerskiej:
stopień wojskowy porucznik rezerwy,
mianowany porucznikiem z dniem 1 stycznia 1936 roku
w korpusie piechoty,
specjalność dowódca plutonu,
do służby czynnej zgłosił się 31.8.39.

z lat dziecięcych pamiętam, że miał bardzo duże uszy,
lubił się śmiać, lepił doskonałe pierogi,
za jednym razem potrafił ulepić ich całą stolnicę, 60 lub więcej,
i w rozmowie stale powtarzał słowo panie,
wtrącał je tak często niczym niektórzy obecnie słówko no.
zabrał mnie na przejażdżkę samochodową, pierwszą w moim życiu.
pojechaliśmy za miasto małą seledynową zastawą,
drogi były puste, od prędkości i wrażeń zrobiło mi się słabo.

w pamiątkach rodzinnych znalazłam list, w którym
z okazji pierwszej komunii świętej
przesyła mi serdeczne życzenia
godnego przyjęcia sakramentu świętego,
który dla mnie, kochanej, miał być przewodnikiem duchowym
na całe życie. podpisane - Dziadziuś.

piątek, 11 października 2013

może


To właśnie Zena wypowiadała po wielekroć to niezrozumiałe dla mnie zdanie:
Bądź dobra dla siebie.
Co chciała mi powiedzieć? Co? Jak myślisz — pyta Mary.
Nie wiem. Może, żebym znalazła czas na sonaty skrzypcowe,
na Mozarta i Szymanowskiego, może na zachody słońca
nad wodą albo na drogi w nieznane.
Na studia z Kanta i poziomki ze śmietaną. Bez winy.

Agata Tuszyńska, Ćwiczenia z utraty


moja mała dziewczynko,
żebyś znalazła czas na dokończenie Przeminęło z wiatrem,
(albo z wiadrem, jak często powtarzasz),
na napisanie referatu z historii o polityce zagranicznej
drugiej rzeczypospolitej i wysłuchanie autentycznych
nagrań z przemówieniami ministra Józefa Becka
(My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę!),
żebyś zawsze miała czas na rozmowy z przyjaciółkami,
na lekcje japońskiego, na studia w cambridge
(tam na pewno jest doskonała sekcja karate i szkoła jogi),
na muzykę zespołów, których nazw nie potrafię zapamiętać,
na wędrówkę po beskidzkich szlakach
w słoneczną niedzielę października, na pizzę w ulubionej
pizzerii, której odwiedzenie jest naszym obowiązkiem
w czasie każdej wizyty w b.,
na spotkania z chłopakiem tym najważniejszym na świecie,
na francuski kompot (tak różniący się od polskiego, który
nie jest napojem tylko bardzo gęstym owocowym musem),
ciasteczkowe lody, latte, winogrona i medytację.

moja mała dziewczynko, bądź dobra dla siebie.

wszystkim pozostałym małym dziewczynkom
z okazji dzisiejszego dnia dziewczynek - dużo miłości.
bądźcie dobre dla siebie.

czwartek, 10 października 2013

rąbanie


Kiedy mistrz zen osiągnął oświecenie,
by to uczcić, napisał takie słowa:
Och, co za wspaniały cud: rąbię drzewo!
Wyciągam wodę ze studni!

Dla większości ludzi nie ma nic cudownego w zajęciach tak banalnych,
jak wyciąganie wody czy rąbanie drewna.
Gdy się osiągnie oświecenie, w rzeczywistości nic się nie zmienia.
Wszystko jest po staremu.
Tyle że teraz serce napełnia się zdumieniem.
Drzewo pozostaje drzewem, ludzie są tacy jak przedtem i ty także.
Życie nie zaczyna biec inaczej.
Możesz być tak samo zmienny czy stały,
tak rozważny czy szalony jak dawniej.
Ale jest jednak poważna różnica:
teraz widzisz wszystkie te rzeczy w inny sposób.
Człowiek jest jakby bardziej oddalony od tego.
I twoje serce napełnia się zdumieniem.
Taka jest istota kontemplacji: zdolność zdumiewania się.

Anthony De Mello, Śpiew ptaka


co za wspaniały cud, jest dzień.
co za wspaniały cud, jest październik.
co za wspaniały cud, moje rany się goją.
co za wspaniały cud, jem sałatkę ze świeżego szpinaku, fety, rukoli i pomidorów.
co za wspaniały cud, jestem w domu.
co za wspaniały cud, piszę.

środa, 9 października 2013

wtorek, 8 października 2013

upadła


jestem kobietą przewrotną i upadłą,
wyjaśniam za Krystyną Sienkiewicz,
ciekawym co stało się z moją lewą dłonią,
pokrytą bandażami i plastrami.

w przewrotną wierzę, ale w upadłą - nigdy,
nie w twoim przypadku
- ripostuje Pan L.

na wewnętrznej stronie dłoni przy przegubie,
mam dwie duże rany i drobne ranki na palcach
wskazującym i serdecznym (które wprawiły Panią E.
w przerażenie, myślała że mam złamane palce).
to efekt upadku na nierównej drodze.

uwielbiam patrzeć jak woda utleniona
rozkłada się w kontakcie z krwią rany,
jak zamienia rozdrapaną czerwień skóry w wulkan,
wylewający białą pianę.
kocham wulkany, szczególnie te włoskie Vesuvio i Solfatarę.
dla widoku wydobywającej się białej lawy,
powtarzam czynność dezynfekcji ran.
pieczenie przyjmuję za dobry znak, że giną bakterie.
buteleczkę rozcieńczonego nadtlenku wodoru wrzucam do torebki.

jeszcze sprawdzam w internecie (nieodzowna wikipedia)
jakie jest prawdopodobieństwo zachorowania na tężec,
bo rana była mocno zabrudzona ziemią,
z trudem udało mi się ją doczyścić,
w Polsce - 14 przypadków rocznie,
wobec tysięcy rannych to chyba niewiele, uspokajam się sama,
bo jestem uczulona na anatoksynę przeciwtężcową.

poniedziałek, 7 października 2013

ćwiczenia


czytam Ćwiczenia z utraty Agaty Tuszyńskiej,
dziennik, relacjonujący czas choroby i czas umierania
jej życiowego partnera, przedsiębiorcy i tłumacza Henryka Dasko.
piękna, emocjonalna, poetycka książka.
opowieść o miłości, odnajdywaniu siebie w drugim człowieku,
o opiece, służeniu i walce z chorobą.
słowa mocne, równo ułożone jak paciorki różańca.

Tuszyńską odkryłam i polubiłam dzięki książce Wyznania gorszycielki
o Irenie Krzywickiej, pisarce i wieloletniej przyjaciółce
Tadeusza Boya-Żeleńskiego, której wspomnienia opracowała.

poniżej fragment poezji powiązanej nitką zagubienia z Ćwiczeniami.

szukałam cię znowu
w środku lasu
niezagojona czułość

drzewa stały nieme
jak niebo przez nas opuszczone

w okno pukałam kamieniem
bo nie poznawałeś mnie po dotyku dłoni

wyschły wszystkie ślady światła
w twoich oczach

zostałam
bo wygnano cię ze snu

szukałam cię daremnie
na granicy losu
wiał wiatr

Agata Tuszyńska, Którejś nocy w tobie


właśnie dotarła do mnie wiadomość,
że Pani A. przerabia swoje ćwiczenia z utraty.
bardzo mi smutno.

niedziela, 6 października 2013

brat


na yt obejrzałam film dokumentalny o młodym europejczyku,
który postanawia zostać mnichem buddyjskim
i spędzić całe swoje życie w tajlandzkim klasztorze.
wcześniej przebywał już 2,5 roku
w innym odosobnieniu w Tajlandii.

jest to film nie tylko o nim i motywach jego decyzji,
ale przede wszystkim o silnych relacjach łączących go z siostrą,
która towarzyszy mu z kamerą w drodze do klasztoru,
oraz matką, która rozumie go tak dobrze,
że sama zbliża się do praktyki buddyjskiej.

moją uwagę zwróciły słowa wypowiadane
przez matkę: sadhu, sadhu, sadhu.
pięknie powiedziane.


sobota, 5 października 2013

sukces


w czasie południowej lekcji jogi udało mi się zrobić
po raz pierwszy asanę pochodząca z serii kruków,
do której przymierzałam się już parę razy.
jej dokładnej nazwy nawet nie znałam.

w domu sprawdziłam, nazywa się dwi hasta bhujangasana
i w wykonaniu Mistrza Iyengara wygląda tak:




moje wykonanie nie było takie idealne,
niemniej dziękuję za oklaski.

piątek, 4 października 2013

odpoczynek


jeśli medytowaliście dzisiaj przez cały dzień, odpocznijcie
jeśli medytowaliście dwa razy po godzinie, odpocznijcie
jeśli medytowaliście przez godzinę, odpocznijcie
jeśli medytowaliście przez pół godziny, odpocznijcie
jeśli nie medytowaliście dzisiaj w ogóle, nie odpoczywajcie.



czwartek, 3 października 2013

matka


po pracy poszłam do parku.

w jesiennym słońcu jadłam słodkie winogrona,
które przyniosłam z domu.

siedzenie w słońcu o każdej porze roku to moje ulubione zajęcie.
najprostsze dolce far niente, słodkie nic nie robienie.
to też mój ulubiony sposób zakończenia dnia pracy.
równie fajny jak szybka przejażdżka samochodem z Panią E.
(startujemy jak rajdowcy z biurowego parkingu,
najważniejsze znaleźć się przed innymi autami)
i krótka wymiana zdań, o tym co się wydarzyło.

siedziałam na ławce i myślałam o matce, która straciła
młodziutką córkę pokonaną przez białaczkę.
myślałam o jej bólu,
o tym jak niewyobrażalnie wielki ciężar nosi teraz w sobie,
co za nieludzkie cierpienie,
do udźwignięcia którego trzeba siłacza, mitycznego herkulesa,
giganta, bo żadna matka temu bólowi nie da rady,
nie podoła ani dziesięć matek.

chciałabym zdjąć z niej choć trochę tego bólu,
żeby przez moment poczuła się jak dawniej,
bez obezwładniającego brzemienia,
żeby zdołała zobaczyć świat taki jaki jest,
żeby ze spokoju tej chwili mogła zaczerpnąć energię
do dalszego życia, które toczyć się będzie.
to życie też będzie dobrym. na pewno.
po pewnym czasie odzyska swoje piękno,
gdy wyleją się wszystkie łzy i zagoją rany,
gdy myśli ułożą się równo jak źdźbła trawy.

właśnie zadzwoniła z francji moja Córka.
skończyła kolację, którą tamtejszym zwyczajem
zaczynają o dziewiątej.





wtorek, 1 października 2013

Goenka


dwa dni temu odszedł Satya Narayan Goenka,
wielki nauczyciel medytacji Vipassany.
miał 90 lat.

Goenka nauczał medytacji przekazanej mu przez wielkiego birmańskiego
mistrza, U Ba Khina. kładł nacisk na trzy aspekty:
moralne zachowanie, dzięki któremu umysł zyskuje spokój,
panowanie nad umysłem poprzez koncentrację na oddechu oraz
właściwą Vipassanę, tj. oczyszczenie umysłu poprzez wgląd
we własną strukturę fizyczną i umysłową.

metodzie, którą propagował na dziesięciodniowych kursach zawdzięczam wiele,
całą moją szczęśliwość, spokój, kreatywność, koncentrację.

dla tych, którzy nie znają tej metody polecam wywiad z Mistrzem Goenką,
który znalazłam na jednym z buddyjskich portali.
oto jego fragment o Vipassanie:

Technika Vipassany polega na obserwacji realnego cierpienia we własnym wnętrzu,
procesu w wyniku którego stajemy się wzburzeni, rozdrażnieni, nieszczęśliwi.
Aby to obiektywnie zaobserwować, trzeba wejść głęboko we własne wnętrze.
W przeciwnym razie przyczyny swojego nieszczęścia zawsze
będziemy upatrywać w czynnikach zewnętrznych.
Powiedzmy, na przykład, że odczuwam złość i chcę ją zbadać.
Nawet jeśli zamknę oczy i będę próbował ją zrozumieć,
wciąż będą mi przychodzić na myśl jej pozorne przyczyny zewnętrzne,
ja zaś będę przez to uparcie usprawiedliwiać swoje zachowanie.
„Taki a taki mnie źle potraktował, taki a taki mnie obraził,
i to dlatego odczuwam złość. To nie moja wina.”
Fakty są jednak takie, że to ja jestem nieszczęśliwy.

Technika Vipassany uczy nas zwykłej obserwacji.
Jeśli czujesz się nieszczęśliwy, po prostu obserwuj
swoje cierpienie takim, jakim jest.
Kiedy zaczniesz mu się przyglądać, przyczyna cierpienia stanie się jasna.
Doświadczamy nieprzyjemnego doznania fizycznego w ciele
z powodu naszych własnych negatywnych uczuć – pragnień lub niechęci.
W miarę jednak, jak obserwujemy owo doznanie fizyczne,
traci ono swoją moc i przemija,
a wraz z nim przemijają wszystkie negatywne emocje.

Zaczynamy od oddechu, ponieważ umysł nie może się skoncentrować,
jeśli nie jest na czymś konkretnym skupiony.
Przez pierwsze trzy dni odosobnienia obserwujemy,
jak nasz oddech przepływa przez nos do wewnątrz i na zewnątrz.
Kiedy nasz umysł nieco się już uspokoi, zaczynamy odczuwać doznania,
jakich doświadczamy w okolicach nosa, potem zaś poszerzamy
obszar obserwacji o doznania, jakich doświadcza całe nasze ciało.
Doznania te prowadzą nas do korzeni umysłu.
Prowadzą nas do przyczyn naszego nieszczęścia, do źródeł naszego cierpienia,
oraz pomagają nam te przyczyny wyeliminować. Tego właśnie uczy Vipassana.

S. N. Goenka

reszta wywiadu dostępna jest tutaj,
na tej stronie można też podjąć naukę języka palijskiego,
w którym powstało wiele tekstów buddyjskich.

anicca, anicca, anicca.