piątek, 30 listopada 2012

korpo


w pośpiechu wbiegają po schodach i zamykają się w swoich pokojach.
siadają przy biurkach, z błogością piją poranną kawę.
sucha kanapka rozkrusza świeżo zaplombowany ubytek.
żmija sunie korytarzem, jakby nie istniały lasy.
wąż pełznie po balustradzie, jakby nie istniały windy.

czwartek, 29 listopada 2012

makaron


ilość moich posiłków witariańskich maleje wraz ze spadającą temperaturą.

trudno teraz dostać coś świeżego i polskiego zarazem, do natychmiastowej konsumpcji.
najbardziej smakują mi jabłka i ogórki kiszone.

pomiędzy jednym a drugim jabłkiem, głód zabijam w różnoraki sposób:
a to chlebem żytnim razowym z masłem posypanym prażonym słonecznikiem,
z nieodzowną czarną kawą (jak w piosence czarny chleb i czarna kawa ...)
a to zupami,
a to makaronami.

z tych ostatnich najszybszym do wykonania daniem jest makaron
w sosie śmietanowo-serowym z natką pietruszki.
przygotowanie zajmuje dosłownie kilka minut.

przepis jest prosty jak konstrukcja cepa, jak mawia Pani A.
nadaje się do tego każdy dobry włoski makaron,
mogą to być penne, fusilli, casarecce, fettuccine, tagliatelle.

na teflonowej patelni rozpuszcza się masło, oraz w dowolnej ilości ser żółty
(może być parmezan, ale nie mozarella).
rozpuszczone składniki miesza się ze świeżą śmietaną.

do ugotowanego makaronu dodajemy drobno posiekaną natkę
(jeden pęczek, lub dwa), odrobinę pieprzu, miętę zieloną (moja wersja) oraz sos z patelni.

sos nosi piękną nazwę Alfredo,
od imienia restauratora Alfredo di Lelio, który tę potrawę po raz pierwszy przygotował.

mój przepis nie ma wiele wspólnego z oryginałem, ale jest pyszny.
poniżej filmik z instrukcją jak wykonać prawdziwy Alfredo.

środa, 28 listopada 2012

kubek


udało mi się kupić kubek termiczny w pierwszym sklepie, do którego weszłam.
stał na półce trochę schowany, jakby czekał specjalnie na mnie.

ostatni w oryginalnym opakowaniu.
przeźroczysty.
do indywidualnej dekoracji.
w wewnętrzne ścianki można włożyć papier ze zdjęciem lub fragmentem sztuki własnej.
ładnie wygląda też bez elementów zdobiących.
całą dekorację stanowi wówczas wnętrze.
cafe macchiato.

zostanie sprezentowany w sobotę w dniu urodzin Pannie W.

wczoraj Młoda kupiła podobny kubek za uskładane pieniądze.
spędziła na zakupach całe popołudnie.
wypatrzyła taki, który oczarował ją kolorem, ciepłym fioletem.
kubek miał być prezentem głównym dla przyjaciółki,
do niego dokupiła kilka dodatków.

w domu po zerwaniu naklejki z ceną uznała,
że jest zbytnio ubrudzony klejem, i wymaga oczyszczenia.
moje wątpiące czyżby?, wzięła za gderanie,
i przetarła kubek z góry na dół watą nasączoną zmywaczem do paznokci.

kubek zmatowiał na całej długości, stracił kolor i blask.

co to była za rozpacz, co za złość i płacz!

żal było patrzeć na nią.
w jednej chwili zniknął prezent, który jawił się taki doskonały,
przestał istnieć tak nagle jak piętrowy domek z kart zburzony lekkim podmuchem wiatru.




wtorek, 27 listopada 2012

władca


Zamknięty w skorupce orzecha, jeszcze czułbym się władcą nieskończonych przestrzeni.
William Shakespeare

odkrycie tego cytatu zawdzięczam Stephenowi Hawkingowi i Pani S. z Bratysławy.
to ona opowiedziała mi o książce Hawkinga pt. Wszechświat w skorupce orzecha, kontynuacji Krótkiej historii czasu.
ten cytat z Hamleta jest mottem książki Stephena Hawkinga.
wyraża zarówno odwieczne pragnienie człowieka, by zrozumieć Wszechświat,
jak i zmagania genialnego umysłu zamkniętego w sparaliżowanym ciele.

książka - edytorsko doskonała - przemawia obrazami, i przedstawia Wszechświat tak jak widzi go Hawking.
jego Wszechświat, nie ma brzegu w przestrzeni i czasie,
dzieją się w nim wszystkie możliwe historie, a my żyjemy w wersji, która jest najbardziej prawdopodobna.
Wszechświat może być brzegiem ograniczającym głębszą rzeczywistość o większej
liczbie wymiarów, a istoty ludzkie - cieniami-hologramami rzucanymi przez obiekty,
które żyją we wnętrzu tego obszaru, czyli w innych wymiarach.

brytyjski fizyk Stephen Hawking, od lat choruje na stwardnienie zanikowe boczne,
porusza się na wózku inwalidzkim i porozumiewa wyłącznie za pomocą komputera i syntezatora mowy.

poniedziałek, 26 listopada 2012

sobota, 24 listopada 2012

córki


w ulubionej księgarni miałam okazję przejrzeć i nad kawą con panna
przeczytać fragmenty dwóch fascynujących książek napisanych przez kobiety.
obie opisują bardzo głębokie doświadczenia w relacji matka-córka.

obie dotyczą mnie bardzo osobiście. szczególnie pierwsza z książek
Matka, która nie miała matki Hope Edelman, kontynuacja
Córek, które zostały bez matki.

strata matki nie była dla mnie nigdy tematem do rozmowy.
nosiłam ten ból w sobie przez wszystkie lata.
nie rozmawiałam o tym nigdy z własnej woli,
bo każda rozmowa kończyła się wielkim wzruszeniem.

spychałam wspomnienia i ból głęboko jak najgłębiej,
by nie wydostały się spod ciężkiego pancerza nieświadomie.

teraz wiem, że należy rozmawiać.
teraz wiem, że można rozmawiać.

poniżej zamieszczam kilka słów Manueli Gretkowskiej o pierwszej książce Edelman.
podlinkowałam też wypowiedź Anny Nowak-Ibisz na jej temat.
aktorka straciła matkę w wieku 10 lat.
mówi otwarcie o tym doświadczeniu, choć przez łzy.
to jest rana, która się nigdy nie zabliźnia.

też tak czuję.

Nie potrafię o tej książce powiedzieć nic innego, jak Kobieto, przeczytaj!
- nawet jeśli Twoja matka żyje. Przeczytaj, żeby zrozumieć siebie,
bo śmierci nie da się inaczej pojąć, niż znajdując sens własnego życia.
Rozpaczy po odejściu matki nie da się opowiedzieć ani zamknąć
w kilku miesiącach żałoby. Ono wraca przy porodzie twojego dziecka,
przy wyborze partnera, jest z Tobą zawsze, jak matka która
jest częścią Ciebie i dyktuje pośmiertne warunki, o których
w tak prosty i mądry sposób pisze Hope Edelman.
Manuela Gretkowska

druga książka to Wciąż od nowa Diane Keaton.

aktorkę pokochałam za rolę w Manhattanie Woody'ego Allena i Czerwonych.
w książce opublikowała fragmenty dzienników pisanych przez swoją matkę,
zapisy jej słów z automatycznej sekretarki
oraz listy pisane przez siebie do dwójki adoptowanych dzieci.
pierwsze z nich Diane adoptowała w wieku 50 lat, drugie pięć lat później.

Głęboka, przejmująca, przejrzyście napisana książka o matkach,
córkach, dzieciństwie, starzeniu się, śmiertelności, radości,
miłości, pracy oraz poszukiwaniu samowiedzy.
The New York Times
Książka jest taka jak Diane Keaton. Czyli absolutnie urocza.Entertainment Weekly
Cóż za wyjątkowo ciepła i czuła książka. The Times



piątek, 23 listopada 2012

odkopane


byłam dzisiaj w Zakopanem.

czasu miałam mało,
ale przebiegłam Krupówki z góry na dół,
wpadłam do galerii, w której kiedyś swoje
prace wystawiał Marcin Rząsa,
a która jawi mi się
jako jedna z dwóch pozostałości dawnego Zakopanego,
do którego jeździłam wieki temu,
żeby naładować akumulatory,
połazić po górach i codziennie wieczorem zasiąść w fotelu w teatrze.
tą drugą pozostałością jest właśnie Teatr Witkacego.

i tak szukając śladów Rząsy, wpadłam na
posadzone na podwórku rzeźby kobiet.
stały jak żywe, naturalnej wielkości,
trzy szare, tęgie, roznegliżowane.

ta pierwsza z głową wzniesioną do nieba jest trochę niezdarna,
druga z kotami wokół nóg (trzy kolejne zdjęcia) - najbardziej fascynująca
i dopracowana, z twarzą skierowaną ku ziemi,
a trzecia - jakby nieobecna, z myślami gdzieś indziej.

po stroju sądzę, że to baletnice,
trzy, albo jedna w trzech postaciach, w różnych nastrojach i etapach życia.







czwartek, 22 listopada 2012

jaskrawość

Dandyzm kontratakuje

ale tę pana nową stylizację
to jak właściwie mam interpretować

tak kolorowo się ubieram
by nikt nie widział
że umieram

no wie pan
życie na ogół zmierza
w kierunku śmierci
nawet najbardziej jaskrawe spodnie
tego nie zmienią

tak wiem
człowiek po czterdziestce
jest już trupem
mnie chodzi o to
żeby być żywym trupem

Andrzej Kotański

środa, 21 listopada 2012

tango


a propos uważności, której miałam się poświęcić,
to w poniedziałek wykazałam się nieuważnością.

wpadłam na chwilę do ulubionej księgarni w centrum miasta.

z półki z poezją porwałam kilka książek,
a w nich 44 wiersze, Janusza Kotańskiego.

rok wydania 1999, cena adekwatna 3 złote.
nie namyślając się długo, kupiłam.

autora skojarzyłam z tomikiem Wierszy o moim psychiatrze,
których autor też nosił nazwisko Kotański.
tomik 44 wzięłam za utwory wczesnej twórczości.

dopiero w domu zorientowałam się, że poetów Kotańskich jest dwóch.
Andrzej - ten od psychiatry i Janusz od 44-ech.
i mam tomiki obu.

wśród mężczyzn zawsze wybieram Andrzejów.
poezja pacjenta brzmi szczególnie świeżo.
czytając jego wiersze czułam się jak w poczekalni u lekarza,
gdzie przytłumione słowa padają zza ściany,
gdzie abstrakcyjne monologi zdają się sączyć przez szpary w drzwiach.

dlatego czytając wiersze z ostatniego tomiku Ewy Lipskiej
Droga pani Schubert, właśnie one przychodziły mi na myśl.
odnosiłam nawet wrażenie, że i Lipska te wiersze do psychiatry czytała,
i po tej lekturze wybrała podobną formę literacką - list.
list zamiast wiersza, bo jak mówi,
list jest czymś bardziej intymnym niż wiersz.

a oto wiersz, który nie znalazł się w tomiku Wierszy o moim psychiatrze
pt. Znów o miłości.

a pana ktoś kiedykolwiek kochał

no jeśli chodzi o kobiety
to raczej nie
ale jak wziąć pod uwagę
na przykład
Trzy Osoby Boskie
to tego przecież
nie możemy wykluczyć

być może nawet
Matka Boska Częstochowska
mnie kochała

ale starała mi się tego
nie okazywać

Andrzej Kotański

tak więc, pomyłka w zakupach, doprowadziła mnie do powtórnej
lektury tomiku, dawno schowanego w bibliotece,
a buszowanie po internecie - do nieopublikowanych utworów oraz
piosenki Tango, w wykonaniu Pana A.K.

piosenkę chciałam zamieścić na blogu, ale nie dało się.
ukryłam zatem link do niej pod imieniem poety.
posłuchajcie, bo warto.


list jest czymś bardziej intymnym niż wiersz.
wiersz jest czymś bardziej intymnym niż post bloga.
post bloga jest czymś bardziej intymnym niż komentarz prasowy.
komentarz prasowy jest czymś bardziej intymnym od pisma urzędowego.
pismo urzędowe jest czymś bardziej intymnym od wyroku sądu.
wyrok sądu jest czymś bardziej intymnym niż akt zgonu.



wtorek, 20 listopada 2012

zmarszczka


zauważyłam ją kilka tygodni temu.
centymetrowa szrama na skórze
biegnąca z lewego kącika ust ukośnie w dół.

brutalna oznaka starzenia się skóry.
starałam się zapomnieć o niej,
zamaskować rozświetlającym bronzerem i uśmiechem.

dziś przyjrzałam się jej dokładnie.
rozmiar, głębokość, kierunek, poddałam wnikliwej obserwacji.
lustro było bezwzględne w swojej szczerości.
nie zostawiło mi złudzeń.

skąd się wzięła?
co za siła ją wyrzeźbiła?
czas? grawitacja? nostalgiczne nastroje?
cierpienia prawdziwe czy te wydumane?

dlaczego pojawiła się tylko z jednej strony?
dlaczego właśnie z lewej, po której mam serce?

potarłam ją mocno, licząc, że zniknie jak błąd,
który wkradł się do tekstu i został zauważony przez korektora.

zdarłam naskórek.
wokół ust mam zaczerwienioną skórę,
a zmarszczka została taka jaka była.

poniedziałek, 19 listopada 2012

eksperyment


w pewien styczniowy poranek w 2007, Joshua Bell, jeden z najbardziej
utalentowanych muzyków świata, uczestniczył w eksperymencie artystycznym
zorganizowanym przez dziennik Washington Post.

przez 43 minuty anonimowo grał na skrzypcach na stacji metra w Waszyngtonie.
eksperyment dotyczył percepcji, gustu i ludzkich priorytetów.
miał odpowiedzieć na pytanie, czy "w pospolitych okolicznościach
i o niesprzyjającej porze piękno zostanie zauważone
".

podczas gry, tylko siedem osób zatrzymało się na chwilę.
dwadzieścia siedem dało mu pieniądze, a potem odeszło, nie zwalniając kroku.
zebrał 32 dolary. kiedy przestał grać, zapadła cisza.
nikt tego nie zauważył. nie było oklasków, ani słów uznania.

Joshua Bell zagrał sześć najtrudniejszych utworów, jakie kiedykolwiek
zostały skomponowane. grał na skrzypcach wartych 3,5 milionów dolarów.
co ciekawe, skrzypce wykonane przez Stradivariusa, należały niegdyś
do polskiego wirtuoza Bronisława Hubermana i zostały mu dwukrotnie skradzione.


miejmy czas na muzykę,
miejmy czas na słuchanie,
miejmy czas na patrzenie.

bądźmy uważni.
niech nic nam nie umyka.

bądźmy świadomi każdej chwili,
każdego kroku,
każdego oddechu.

w ramach własnego eksperymentu,
zdecydowałam nie włączać komputera w domu w poniedziałki.
żeby uwolnić się od przyzwyczajenia.
żeby dać sobie czas,
żeby dać przestrzeń
na uważność.

ten post napisałam dzień wcześniej.

niedziela, 18 listopada 2012

cioccolata


dziś raczyłam się czekoladą na gorąco po włosku.
gęstą z bitą śmietaną.
jadłam ją łyżeczką.
niebo w gębie.

ściągnęłam przepis.
wkrótce zrobię taką samą,
i pić będę całą zimę.
pychota.

w naszym ulubionym włoskim barze,
nigdy nie zamawiam czekolady, bo nie jestem w stanie
zjeść nic więcej po daniu głównym.

dziś postanowiłam zrobić inaczej.
nie jeść nic, tylko zamówić czekoladę.
to było idealne rozwiązanie.

mogłam delektować się każdą łyżeczką tego boskiego napoju
od początku do końca. nawet na samym dnie był jeszcze gorący.

w zachwycie nad czekoladą, słucham po włosku:
a ja nie chcę czekolady, chcę by miłość dał mi ktoś,
chcę by zabrał mnie od mamy, bo ...


ciekawe, która wersja była pierwsza, polska czy włoska.
czy ktoś wie?





Non voglio più la cioccolata
sono stanca d'aspettar
ho voglia d'essere baciata
da un uomo che mi sappia amare.

Io devo sempre passeggiare
coi genitori su e giù
al ballo non ci posso andare
ti giuro non ne posso più.

Sono cresciuta a cioccolata
la trovo pure nel caffè
sono proprio sfortunata
e ancor l'amore non so cos'è.

Non voglio più la cioccolata
sono stanca d'aspettar
ho voglia d'essere baciata
da un uomo che mi sappia amar.

Domani... è il mio compleanno
e i miei parenti lo so già
non fiori e doni porteranno
ma... cioccolata in quantità.

Sono cresciuta a cioccolata
la trovo pure nel caffè
sono proprio sfortunata
e ancor l'amore non so cos'è.

Caramelle e cioccolata
non voglio più!
Aha aha aha aha


piątek, 16 listopada 2012

moje


Moje szczęście rosło
a żaby śpiewały
w pomorskich bagnach.

Tomas Transtromer, w tłumaczeniu Magdaleny Wasilewskiej-Chmury


moje szczęście rosło
a wieczór zapadał się w czerni.

moje szczęście rosło
a w pokoju obok Młodzi serfowali po internecie.

moje szczęście rosło
a ptak z okładki książki przekrzywiał głowę w moją stronę.


Niechby
poeta poecie
kapotę zdej­mo­wał
i dzi­wo­wał się
świę­tym
jego sło­wom.

Eda Ostrowska

czwartek, 15 listopada 2012

pytania


dziś zadano mi takie pytania:

1. dlaczego spóźniłaś się na angielski?
2. dlaczego nie byłaś na ostatnich zajęciach?
3. co jest Twoją największą słabością?
4. co chciałabyś zmienić w swoim życiu?

moje odpowiedzi na powyższe:

1. nie noszę zegarka, działam na wyczucie.
2. nie miałam czasu, byłam u fryzjera.
3. nieśmiałość. mam ogromną tremę przed występami publicznymi.
4. moje życie zmienia się każdego dnia. lubię te zmiany.
lubię sposób w jaki następują. po prostu lubię swoje życie.

środa, 14 listopada 2012

strega


dziś na włoskim przerabialiśmy znaki zodiaku.
przy okazji opowiedziałam historię narodzin moich Dzieci,
wyboru daty wielkiego dnia.

lekarz chciał przyśpieszyć poród,
trzy tygodnie przed oficjalną datą.

a ja nie.
bo bliźnięta nie pasują do byka,
bo bliźniaki w bliźnięta, to już przesada.

do szpitala poszłam na miesiąc przed terminem.
z nieodłączną małą książeczką Biorytmy Adama Sikory.
przeliczałam powinowadztwo biorytmiczne codziennie.

bez laptopa i programu, ręcznie, z tabel.
liczyłam i liczyłam, szukając odpowiedniej daty,
dla mnie, dla Dzieci i dla Pana W.

lekarz był rybą, więc zrozumiał,
jak ważny dla mnie był ten wybór,
jak ważny będzie dla moich Dzieci.

dziewczyny zdawały się nie pojmować o co w tym wszystkim chodzi.
nigdy nie słyszały o biorytmach, o wpływie gwiazd na życie człowieka.
nie wyobrażały sobie takich rozmów z lekarzem.

dlatego nazwały mnie dziś strega, czarownica, wiedźma.

a może dlatego, że lekarzowi też zrobiłam wykres biorytmiczny!


wtorek, 13 listopada 2012

ząb


Młodemu zaczął rosnąć ząb mądrości.

odkąd zaczął mu rosnąć ząb mądrości
przez cały czas powtarza jaki jest głupi.

poniedziałek, 12 listopada 2012

ból


czym jest ból zrozumiałam cztery lata temu gdy złamałam nogę.

spiralne złamanie trzech kości podudzia prawego.

ból był mega bólem.
bólem, którego nie sposób sobie wyobrazić,
bólem, którego nie sposób opisać.
w skali 1-10, ból oceniam na 11.

poprosiłam sanitariuszkę pogotowia,
aby zawiozła mnie w takie miejsce, gdzie dobrze złożą mi nogę.

dowiozła na izbę przyjęć do małego szpitala.
w pustej szarej piwnicy przyjął mnie młody lekarz.
zaczął od wypełniania papierów, dowód osobisty, karta chipowa, rentgen.

byłam na granicy omdlenia, ale trzymałam się.
nie wydawałam niepotrzebnych dźwięków.
od momentu przyjazdu na noszach, prosiłam o coś przeciwbólowego.
dostałam jedną małą tabletką, która nie przyniosła ulgi.

lekarz skrupulatnie wypełniał druki.
był tak młody, że cały czas zastanawiałam się co ja tutaj robię,
z tym młodym lekarzem w szarej piwnicy, w starym wielkim budynku.
czy to jedyny lekarz w tym szpitalu,
czy on będzie mnie operował, tu i teraz.

zapytany czy potrafi zoperować moją nogę, odparł, że on nie,
ale są tutaj tacy, którzy to potrafią. to było pocieszające.

po zrobieniu zdjęć odstawił mnie na oddział.

nie mogłam wykonać żadnego ruchu,
każdy nawet najmniejszy powodował jeszcze większy ból.

nikogo nie interesowało, że cierpię.

popisową rolę zagrała pielęgniarka, która zapytała mnie czy mam ze sobą piżamę.
czy powinnam nosić ją przy sobie jak kosmetyczkę w torebce?
na moje nie, rzuciła na łóżko, na którym leżałam złożoną w kostkę szpitalną koszulę i odeszła.

w tym momencie nie wytrzymałam. rozpłakałam się.
zaczęłam domagać się pomocy. zaczęłam domagać się swoich praw.

jakiś lekarz, który miał wtedy dyżur, przyszedł do mnie,
małymi nożyczkami rozciął wzdłuż dżinsy, które miałam na sobie.
pomógł założyć koszulę.

później zabrał mnie do pokoju zabiegowego.
podał środek uśmierzający ból i zaczął nastawiać nogę.
gdy wydałam z siebie krzykoryk,
odurzono mnie środkami przeciwbólowymi zupełnie.

przez dwa dni plątał mi się od tego język.

na trzeci dzień od wypadku zoperowano moją nogę.



niedziela, 11 listopada 2012

oczekiwanie


upalny dzień. przypomina środek lata.
powolny i senny.

w oczekiwaniu na powrót Młodej z mistrzostw w Niemczech:

trzygodzinna medytacja,
spacer po wielkim mieście,
rodzinny obiad z Panem T.


sobota, 10 listopada 2012

wywiad


ten tydzień był trudny i męczący dla mnie.
nie miałam siły ani czasu żeby pisać, ani żeby medytować.

czas leciał w przyśpieszonym tempie,
a ja nie nadążałam za nim.

w trakcie ostatniej podróży poznałam pewnego nauczyciela jogi z Warszawy.
dziś przeczytałam wywiad z nim, w którym mówi o swojej praktyce medytacji.
medytuje 2 godziny dziennie, jedną rano, gdy wszyscy domownicy śpią,
a drugą po południu, przed powrotem do domu,
do tego codziennie przez 4,5 godziny praktykuje jogę, z racji nauczania,
a ponadto praca zawodowa: dwa sklepy, dwie szkoły jogi,
i dom, a w nim czwórka dzieci.

szacun, szacun, szacun.

ten wywiad skłonił mnie do przemyśleń,
że jak się chce to się da.
że jak się chce priorytety ustawiają się same,
że jak się chce czas rozciąga się jak guma,
że jak się chce można wiele.


piątek, 9 listopada 2012

pierogi


pierogi ruskie kocham.
ruskie ze świeżą śmietaną uwielbiam.

podobnie jak ruskie zasmażone z masłem
i pestkami słonecznika - moja wersja autorska.

pierogi jedzone z Panią E. w piątkowy wieczór,
w karczmie usytuowanej pośrodku wielkiego miasta uwielbiam podwójnie.

to uczta dla podniebienia.
to czas absolutnego relaksu.

do ruskich nieodłączne jest piwo.
pasuje idealnie.
medytującym polecam bezalkoholowe.

czwartek, 8 listopada 2012

reklama


ta reklama jest tak absurdalna i śmieszna,
że nie da się jej pominąć milczeniem.

go vegan.
bądźcie weganami,
a wasza męskość wzrośnie.





ponieważ w okienku wyświetliło się właśnie zdjęcie Micheal'a Duncana,
z reklamy PETY Go vegetarian, ze smutkiem muszę wspomnieć o tym,
że aktor ten nie żyje.
odszedł na początku września.
był jednym z orędowników idei wegetarianizmu.

środa, 7 listopada 2012

slogan


the best is yet to come Barack Obama

podoba mi się to hasło z dzisiejszego przemówienia Baracka Obamy.
najlepsze jest ciągle przed nami.
zawsze przed nami.
najlepsze.
to stwierdzenie daje nam pewność i nadzieję.
pewność, że jutro nadejdzie kolejny dzień,
i nadzieję, że dzień ten będzie lepszy od innych.
musi nastąpić jutro,
aby mogło nadejść to co najlepsze.



wtorek, 6 listopada 2012

liście




















zdjęcia robione komórką, nie są idealnie ostre.
ale przyjemność robienia zdjęć jest taka sama jak lustrzanką cyfrową.
może nawet większa.
bez przygotowania, chwytam chwilę.
jesienną.






poniedziałek, 5 listopada 2012

Chustka


ale któregoś dnia, jak umrę, kruca bomba, przysięgam! będę straszyć!
pootwieram wszystkie szafy, szafki i szuflady
i porozrzucam rzeczy po podłodze,
będę skrzypieć parkietem i drzwiami,
schowam klucze od samochodu do zamrażalnika,
a klucze od domu do samochodu.
zepsuję krany, żeby wiecznie ciurkały po kropelce,
spalę twarde dyski komputerów i zgubię telefony komórkowe,
powydłubuję misiom i lalkom oczka, a samochodzikom - koła.
skrzywię ramy rowerów, motocykli i skuterów.
spalę, zgniję, spleśnieję i zjełczeję jedzenie.
i wysuszę trawniki na wiór.
i zaglonię oczka wodne, sadzawki i baseny.
zapchlę koty i psy, zagrzybię rybki i stopy.

Joanna Sałyga

patrzę, Joanno od Chustki.
uważnie patrzę,
czekam.

niedziela, 4 listopada 2012

powrót


wróciłam.

zwolniłam tempo
a świat pędzi tak jak pędził.















(znalezione w sieci)