niedziela, 30 września 2012

mechanik


samochód, którym jeżdżę ma tyle lat co moje dzieci.
dla auta to wiek dojrzały.
i jak to w tym wieku się zdarza niespodziewane
problemy natury technicznej są na porządku dziennym.

kłęby dymu spod maski to coś do czego
powinien przyzwyczaić się właściciel starego samochodu.
dym kłębiący się wokół naszego auta zauważyliśmy wieczorem
daleko od domu, w miasteczku o wdzięcznej nazwie Myszków.

miasteczko, malutkie, bez rynku, z kilkoma zadbanymi uliczkami,
jedną stacją benzynową i czynnym supermarketem.
jego nazwa skojarzyła mi się z ulubioną postacią Idioty Dostojewskiego,
głównym bohaterem - księciem Myszkinem.

wlanie płynu do chłodnicy przyniosło autu niewielką ulgę,
poprawa stanu nie nastąpiła.
wezwaliśmy mechanika. niedziela wieczór.
przyjeżdża młody człowiek.
sprawdza, wlewa, naciska, podświetla, wyjaśnia,
opowiada, radzi, zapewnia, wyciera, tłumaczy.

auto rusza uspokojone jego łagodnym pogodnym głosem.
zrozumiało, że dalsza pomoc będzie czekać nań w domu,
a do domu dojedzie cało i bezpiecznie.

za tę gotowość pomocy,
za wykonanie kilku czynności pod maską,
za zaproszenie do warsztatu,
za poświęcenie naszemu pojazdowi pół godziny,
Pan Mechanik nie chciał w zamian nic.

nic.
zupełnie nieznane w obecnym świecie określenie gratis.
to nic to jakby wszystko.

mamy wszystko czego potrzebujemy.
wszystko czego potrzebujemy to świadomość,
jacy szczęśliwi na prawdę jesteśmy.


jestem szczęśliwa i wiem, że Pan Mechanik także.

sobota, 29 września 2012

dokument


obejrzałam dokument Tato, I love you.

szukałam drugiej części Dom nad Mississipi.
niestety nie znalazłam.

piątek, 28 września 2012

czwartek, 27 września 2012

dwuzłotówka


znalazłam dziś dwuzłotówkę.
leżała między płytami chodnika.
podniosłam ją, wytarłam dokładnie chusteczką,
i włożyłam do portfela.
leży obok innych drobniaków.

będąc dzieckiem wiele rzeczy znajdowałam przypadkiem,
w miejscach zatłoczonych lub odludnych.
srebrny łańcuszek na plaży,
złotą obrączkę w prawie pustym tramwaju,
dwa portfele pełne pieniędzy,
pierwszy - w windzie bloku w którym mieszkałam,
drugi - przy głównej ulicy,
drobne monety - bardzo często.

jeden z tych portfeli udało się zwrócić właścicielce.
w podziękowaniu dostałam od niej książkę Małego księcia.
pieniądze z drugiego portfela wydałam co do grosza.
kupiłam Ówczesnemu torbę myśliwską w prezencie,
i zafundowałam obiad w Wierzynku.

z wiekiem moja zdolność znajdowania wartościowych
rzeczy znacznie zmalała, stępił się zmysł obserwacji,
osłabł wzrok.

w wieku dojrzałym - a contrario - mniej rzeczy gubię.
to jakaś rekompensata, forma pocieszenia,
za utratę talentu znalazcy.

jako dziecko gubiłam coś stale,
a to srebrny ażurowy pierścionek z trzema turkusami,
znalazła go koleżanka i oddała,
a to klucze, czapkę, rękawiczki...

jak widać bilans musi wyjść na zero.
pero...

środa, 26 września 2012

krawat


nie lubię krawatów.

wydają mi się zbytecznym elementem stroju,
zupełnie nie pasującym do dzisiejszych mężczyzn.

podoba mi się styl noszenia marynarki i koszuli
na każdą okazję bez krawata.
to dla mnie bardzo eleganckie połączenie i wystarczające.

ale podoba mi się też jak mężczyźni bawią się tą ozdobą,
jak czynią ją jeszcze bardziej strojną, charakterystyczną,
jak staje się ona głównym elementem ich garderoby,
jak przykuwa wzrok.

lubię patrzeć na mężczyzn, którzy noszą pastelowe koszule
i barwne krawaty.
przypominają mi ptaki rajskie, niespotykaną rzadkość.

nie muszę dodawać, że wczoraj takiego mężczyznę spotkałam.
miał na sobie różową koszulę,
i do niej turkusowy krawat w śnieżnobiałe grochy.

czas jakby stanął. ciągle mam te kolory przed oczami.
czy też może dlatego, że w centrum wielkiego miasta
wyrosły kilkumetrowe kwiaty z plastiku,
z płatkami w jaskrawych fioletach, różach, pomarańczach.
są sztuczne.
daleko im do prawdziwej roślinności tropików,
a jednak są czarujące.
zaczarowały mnie i wielkie miasto.

wtorek, 25 września 2012

pomyślność


w starych notatkach znalazłam takie oto zapiski:
pomyślność w każdej sprawie zapewnia mantra shabari.
należy szeptać ją rano codziennie 5 razy.

Om Uum Liim Shriim Huum Fat Swaha

mantrę otrzymałam dawno temu od mistrza jogi Ravi'ego Javalgekara, autora książki
Joga lecznicza.

zaczęłam recytacje wczoraj,
w intencji zmian wszelakich na lepsze.

nie wiem kiedy pojawi się obiecywana pomyślność,
ale w czasie śpiewu tej mantry wibracje w ciele są niesamowite.

poniedziałek, 24 września 2012

kasztany


przechodzę pod kasztanowcem codziennie w drodze do pracy.
zbieram kasztany leżące na ziemi i przynoszę do biura.

układam wokół komputera
jeden, dwa, trzy.
kilka kasztanów ma już zeschnięte łupiny,
ten, który przyniosłam dzisiaj błyszczy
zuchwale i nieprzyzwoicie.

pierwszy w tym roku kasztan znalazłam
w połowie sierpnia. wcześniak.
pękał z dumy w za ciasnym ubranku.
spod zielonych kolców wyłaniał się rudobrązowy brzuszek.
był mały jak orzeszek laskowy.

nie lubię prac ręcznych.
nie lubię tworzyć kasztanowych ludków.
nie lubię patrzyć na ich rozłupane główki.

widok nabitych na zapałki kasztanów
przeraża mnie i napawa smutkiem.

kasztan sam w sobie jest idealny,
nie potrzebuje dodatkowych obręczy, nakładek,
ozdób, makijażu.

owoc kasztanowca ma kolor jesieni,
nieregularny, intrygujący kształt
i tajemniczą gładkość.

trzymam go w dłoni i czuję
jak jaśnieje jego delikatna skóra,
jak bije mu serce,
słyszę jak szepcze coś w niezrozumiałym języku,
jak tęskni.

sobota, 22 września 2012

pościel


zmieniłam pościel wszystkim domownikom.

wymieniłam kołdry letnie na zimowe.
te letnie schowałam głęboko w czeluściach szuflad i szaf.

obróciłam materace w łóżkach na drugą stronę,
tę cieplejszą, oznaczoną płatkami śniegu.

na zimowe kołdry założyłam poszwy w czerwieniach i pomarańczach.
i czekam na sny słodkie, ciepłe jak wspomnienie lata.



znalazłam na yt film krokodyl w kawałkach,
debiut reżysera Kim Ki-duka, z napisami włoskimi.
kto czuje się na siłach - polecam
wieczór filmowy z akcentami filologicznymi.

piątek, 21 września 2012

okulary


wybraliśmy się z Młodym do optyka po okulary.
wybieraliśmy się od tygodnia,
a to deszcz, a to niewłączona komórka,
i niemożność złapania kontaktu,
a to przeraźliwe zimno,
aż wreszcie się udało.

pan Optyk był miły i cierpliwy.
dał Młodemu do przymierzenia wszystkie oprawki dla panów
i nawet jedną dla pań.

Młodemu do gustu przypadły modne raybany,
czarne lakierowane, rzucają się w oczy,
nie da się ich nie zauważyć.
niestety, logo było za drogie.
zamówiliśmy takie same,
bez firmowego znaczka.

i tak w ten oto sposób, Młody dołączył
pełnoprawnie do naszej rodziny okularników.

czwartek, 20 września 2012

para


przytuleni spleceni wgłąb siebie zapatrzeni
rozmarzeni jacyś piękni spojrzeniem
obrazem porozumienia kwiatów dusz płci
gwiazdy rozpalone wędrują nad głowami ich
chmury wgłąb ziemi jasność jasna ponad wszystkie
czasy graj muzyko marsze mazurki uściśnij
ode mnie ją jego przez cały wszechświat moc

środa, 19 września 2012

częstogęsto


chwila samotności słodka niespodziewana
rozdzielona kroplami uderzającego o szyby deszczu
i szumu komputera cisza
łapczywie przegryzana kromka chleba z masłem
trzecia w tej minucie zmieniła głód w wełniany sweter
telefon dzwonił oddzwaniam rozmowa nic nie znacząca
wiele takich z nim przegadałam teraz słyszę
z głośników mądrze głos częstogęsto mówiący miękko
reportaż o kobiecie z siłą patrzenia odczuwania współ
post o jesieni nadchodzącej wierszem zbliża






wtorek, 18 września 2012

oczy


a dziś znowu filmowo.
tym razem byłam z Młodą na filmie W drodze.
z recenzji wynikało, że film będzie
obsceniczny i bulwersujacy.

i tak w istocie było.

w dyskusjach przed filmem Młoda argumentowała,
że książkę, kultową podobno, na podstawie której
nakręcono film czytała już w zeszłym roku.
więc wie wszystko.
więc czego się boję.

faktycznie film był taki, że wstydziłam się,
że oglądałam go z córką nastolatką.
chciałam wyjść w trakcie.
niektóre sceny przekraczały moje wyobrażenie
o dobrym smaku i sztuce.
kobiety były tam jedynie przedmiotami, obiektami pożądania.
w czasie tych scen zasłaniałam Młodej oczy
i prosiłam Idź do toalety.
a ona, tylko się śmiała.

poniedziałek, 17 września 2012

dziewiętnastka


no i stuknęła mi dziewiętnastka.
nikt się tego nie spodziewał.
najmniej ja sama.

z tej okazji rodzinny obiad we włoskim barze.
i dużo uśmiechu.

niedziela, 16 września 2012

radość


byłam z Młodym na filmie Przyjeżdża orkiestra.
już go kiedyś widziałam, ale Młody nie.
dostęp do "sztuki" był darmowy, a takowy popieram,
więc poszłam jeszcze raz.
Syn się trochę męczył, ze względu na charakter filmu,
odmienny od medialnego chłamu, z którym ma kontakt na co dzień.
ale wytrzymał dzielnie do końca.

film warto zobaczyć.
bo to film z klimatem,
o wszystkim i o niczym, który rejestruje każdą chwilę.
lubię takie.
z powolną narracją.
a do tego aktorstwo jednego z głównych bohaterów wybitne.
jedno spojrzenie na jego twarz wystarczało za wszystkie słowa.
i jeszcze Izrael, państwo, którego nie znam.
i egipcjanie, ludzie których trochę znam.




radość ze spokoju umysłu.
świetny wywiad na jesienny wieczór.

sobota, 15 września 2012

wówczas


Godnym uwagi jest fakt,
że stajemy się samoświadomi dopiero wówczas,
gdy zostajemy schwytani w konflikt pomiędzy przyjemnością a bólem,
konflikt, który wymaga wyboru i decyzji.
To zderzenie pragnienia i lęku wywołuje złość,
która jest wielkim niszczycielem zdrowia i życia.
Gdy bierzesz ból za to, czym jest – lekcją i ostrzeżeniem,
zważasz nań i wnikasz weń głęboko, znika granica między bólem
i przyjemnością;
zarówno jedno jak i drugie staje się doświadczeniem –
bolesnym, gdy istnieje opór, a przyjemnym, gdy jest akceptowane.

Nisargadatta Maharaj




















w sobotnie popołudnie odwiedzam mall w wielkim mieście.
tu mieści się moja siłownia, tu jest ulubiona księgarnia
z dużym wyborem książek i najlepszą kawą pod słońcem.

w mall'u najpiękniejsze są wystawy.

różnobarwne stroje podkreślone wszechobecną czernią i złotem,
manekiny wyglądają jak mimowie z teatru pantomimy, którzy
leżą, siedzą, jeżdżą na rowerach, wyprowadzają psy na spacer,
twarze z wielkich fotografii śmieją się do mnie porozumiewawczo.

idę powoli po dobrze znanych uliczkach.

zdjęcia robią się same, dopóki działa bateria w telefonie.
czuję niedosyt.
obiecuję sobie wrócić wkrótce i dokończyć dzieła.

piątek, 14 września 2012

praca


rozmyślam właśnie o swojej pracy
i stwierdzam, że bardzo ją lubię.

im więcej w niej niezależności,
samodzielnie podjętych decyzji,
im więcej autorskich pism,
i skomplikowanych spraw,

im bardziej napięty grafik,
przepełniona agenda,
im więcej szkoleń, samokształcenia,
porozumienia, uśmiechów, żartów

tym bardziej lubię moją pracę.
















(znalezione w sieci)


nadrobiłam dwudniowe zaległości w pisaniu.
pisałam codziennie od 1 stycznia,
z przerwami w czasie wyjazdów.
a tu nagle przerwa bez konkretnej przyczyny.
no i przysiadłam.

codziennego pisania nauczyłam się od Chustki.
ona napisała 877 postów na blogu.
pisała je codziennie dla syna, dla czytaczy, dla siebie.

pisała o chorobie, o życiu, o pięknie chwili,
o poezji, o ludziach, o leczeniu, o odkrywaniu świata.
pisała codziennie mimo choroby, zmęczenia, bólu, braku sił.

pisała codziennie, jak redaktor dziennika.
tego się od niej nauczyłam. tak pisać.
pisać codziennie choćby nie działo się nic
lub choćby działo się niewyobrażalnie wiele.
po prostu pisać.
niech przechodzące przez głowę myśli zatrzymają się
w tej właśnie chwili na papierze.
niech przeżywany nastrój odnajdzie swoje słowo, swój wiersz.

od dwóch dni na blogu Chustki cisza.
bardzo smutna cisza.

czwartek, 13 września 2012

ćwiczenia


po trzech miesiącach ćwiczeń na siłowni -
joga, pilates, streching,
moje ciało przeżywa renesans.

czuje się gotowe do ćwiczeń,
które kiedyś wykonywało
i do tych, które próbuje po raz pierwszy.

nie boi się.

nie boi się stopa,
nie boi się kolano,
nie boi się podudzie.

ćwiczę wiele nowych asan.

kruk wychodzi mi lepiej niż kiedykolwiek przedtem.
mogę stać w tej asanie długo.

nie wróciłam jeszcze tylko do ryby,
kiedyś mojej szczególnie ulubionej asany.


środa, 12 września 2012

zło


Śmierć jest złem.
Bogowie tak osądzili, bo gdyby było inaczej
wybraliby dla siebie życie śmiertelne.
Safona

myślę odwrotnie.
śmierć jest dobrem,
jak wszystko co nas spotyka.
my tak jak bogowie jesteśmy nieśmiertelni.

cytat zamieściłam, bo spodobało mi się jego brzmienie.
wyszło spod pióra Edwarda Stachury.

wtorek, 11 września 2012

pieta


wspaniała wiadomość dla miłośników Kim Ki-duka,
do których sama się zaliczam.
otrzymał on złotego lwa na festiwalu filmowym w wenecji,
za film pt. Pieta.

jego twórczość jest niezwykła:
miłość i ból to kluczowe tematy Kim Ki-duka,
a okrucieństwo skojarzone z liryzmem to podstawowy rejestr jego sztuki.
przeciwieństwa łączą się u niego jak dwie strony tego samego medalu.

na ulubionym portalu dostępny jest zwiastun Piety.
całego filmu niestety nie ma.
nie ma też wypuszczonego w ubiegłym roku filmu Arirang.
poza tymi dwoma wyjątkami,
dostępna jest cała filmografia tego twórcy.
polecam zobaczyć ją w całości.
i zachłysnąć się.

nie ma bardziej poetyckiego kina nad filmy Ki-duka.
to kino mocne, obezwładniające,
kino, które dociera do samego wnętrza,
i zostaje tam na zawsze.

film Pieta w Korei otrzymał kategorię 19+,
zarezerwowaną dla najbardziej kontrowersyjnych obrazów.

poniedziałek, 10 września 2012

smoothie


Victoria Butenko - guru witarian
w zabawnej piosence o smoothie,
doskonałym napoju dla wszystkich.

oczywiście najważniejszy jest green smoothie,
i mam go zamiar właśnie wyprodukować
z tego co zalega w lodówce.

sama pani guru nie wygląda na osobę
żywiącą się tylko i wyłącznie surowizną.
czyżby nie dało się?

znajduję coraz więcej biedronek w mieszkaniu.
jedna uparcie pomaga mi w pisaniu na komputerze.
po przejściu wszystkich przycisków klawiatury,
sprawdza ze spokojem co napisałam na ekranie.


niedziela, 9 września 2012

jedynie


jedynie miłości ma sens.
wszystko inne jest wyczerpujące.



Ewa Stępnicka - witarianka, popularyzatorka idei witarianizmu

dotarłam do Koniakowa, wsi słynącej z wyrobu koronek.
nie byłam tam sto lat.
ostatni raz, bodajże dziecięciem będąc, podczas pobytu na zimowisku.

w drodze spędziłam więcej czasu niż w samym Koniakowie.
ale było warto.
widoki, powietrze i energia gór. wyjątkowe.

obowiązkowe must visit - knajpa Ochędzita,
nazwana tak od szczytu góry, u podnóża której się znajduje.
jedzenie - z przykrością znowu stwierdzam - tylko dla mięsożerców.
wegetarianie mogą zadowolić się li tylko pierogami.

pojechałabym tam raz jeszcze. nawet jeszcze dziś.

sobota, 8 września 2012

lot


interesują mnie wszystkie doniesienia dotyczące bliźniąt.
automatycznie wychwytuję je z miliona różnych informacji.
także te dotyczące ich rodziców.

ostatnia wiadomość o bliźniętach jaką przeczytałam rozbawiła mnie do łez.

rodzice dwóch czternastotygodniowych chłopców,
przeraźliwie bojąc się pierwszej podróży w przestworza ze swymi pociechami,
postanowili rozładować swój stres przez obdarowanie
wszystkich współpasażerów lotu prezentami.
do paczki słodyczy dołączona była wizytówka informująca o tym,
w jakim doborowym towarzystwie spędzą lot
i że gdyby potrzebowali zatyczek do uszu to
są one dostępne u rodziców rzeczonych bliźniaków.




piątek, 7 września 2012

staruszkowie


dla przeciwwagi wczorajszego posta,
znalazłam w dużym formacie raaadosny artykuł
pt. stary człowiek i może.

portrety fantastycznych osób
w mocno podeszłym wieku.

staruszkowie dojrzali,
spełnieni, aktywni, twórczy,
w pełni akceptujący swoje ciało,
i mijający czas.

uwielbiam takie postacie!
to dla mnie dowód, że można,
że się da,
że starość może być wyjątkowa,
radosna, twórcza, pełna.

moim ulubionym filmem dokumentalnym
jest film o angielskich stulatkach,
którzy samodzielnie prowadzą samochody.

chciałabym żyć 100 lat.
to od dawna jest moim marzeniem.
zadowolę się oczywiście też i dziewięćdziesiątką.

nie będę narzekać,
gdy przyjdzie mi odejść w tym wieku,
o nie.
ale im bliżej setki, tym lepiej!




czwartek, 6 września 2012

twarze


obserwowałam przechodzących ludzi.

prawie wszystkie twarze dorosłych
wyrażały zmęczenie, smutek, żal,
trwogę, zniecierpliwienie, zmartwienie.

byli tacy zajęci swoimi myślami,
że nie zauważali mnie.
byli tacy zajęci swoimi myślami,
że idąc obok czułam ciężar ich myśli.

czułam jak myśli toczą się po ich głowach,
jak przygniatają do ziemi.
widziałam ból,który wykrzywia im twarze,
jak nie mogą wyzwolić się od gmatwaniny,
jak nie mogą oderwać się,
jak nie mogą odpocząć,
wkręceni w samonakręcającą się spiralę,
nie jeden raz,
nie jeden dzień,
ale przez całe życie,
przez cały czas.

środa, 5 września 2012

wtorek, 4 września 2012

pies


pies upodabnia się do właściciela,
tak jak właściciel do psa.

ciepły wrześniowy wieczór,
pies, który mieszka na parterze kamienicy,
spędza w otwartym oknie.

z wyciągniętymi łapkami,
pyskiem na kocu w granatowo-czerwoną kratę,
rozpłaszczony jak płaszczka
gapi się przed siebie.

przesiaduje dopóki
ciepłe powietrze ogrzewa mu futro.
dopóki miejsce jest wolne,
nie przegania pan.

wystawanie w oknie i gapienie się na ulicę
to rozrywka bezpieczna,
żaden wilczur ani rottweiler nie dosięgnie parapetu,
można im się przyglądać z wysoka,
z pewną wyższością i dociekliwością.

można oczy zamknąć i marzyć.
można śnić.
nie trzeba wykazywać się refleksem,
uwagą czy znajomością rzeczy.

wystawanie w oknie i gapienie się na ulicę
to jakby telewizja, radio i internet w jednym,
a może i więcej,
bo powietrze,
bo słońce,
bo kawałek nieba,
bo zapachy,
bo prawdziwy świat.

poniedziałek, 3 września 2012

gra


Życie to jest teatr, mówisz ciągle, opowiadasz;
Maski coraz inne, coraz mylne się zakłada;
Wszystko to zabawa, wszystko to jest jedna gra
Przy otwartych i zamkniętych drzwiach.
To jest gra!

Życie to nie teatr, ja ci na to odpowiadam;
Życie to nie tylko kolorowa maskarada;
Życie jest straszniejsze i piękniejsze jeszcze jest;
Wszystko przy nim blednie, blednie nawet sama śmierć!
Ty i ja - teatry to są dwa!
Ty i ja!

Ty - ty prawdziwej nie uronisz łzy.
Ty najwyżej w górę wznosisz brwi.
Nawet kiedy źle ci jest, to nie jest źle.
Bo ty grasz!

Ja - duszę na ramieniu wiecznie mam.
Cały jestem zbudowany z ran.
Lecz kaleką nie ja jestem, tylko ty!

Dzisiaj bankiet u artystów, ty się tam wybierasz;
Gości będzie dużo, nieodstępna tyraliera;
Flirt i alkohole, może tańce będą też,
Drzwi otwarte zamkną potem się.
No i cześć!

Wpadnę tam na chwilę, zanim spuchnie atmosfera;
Wódki dwie wypiję, potem cicho się pozbieram;
Wyjdę na ulicę, przy fontannie zmoczę łeb;
Wyjdę na przestworza, przecudowny stworzę wiersz.
Ty i ja - teatry to są dwa.
Ty i ja!

Ty - ty prawdziwej nie uronisz łzy.
Ty najwyżej w górę wznosisz brwi.
I niezaraźliwy wcale jest twój śmiech.
Bo ty grasz!

Ja - duszę na ramieniu wiecznie mam.
Cały jestem zbudowany z ran.
Lecz gdy śmieje się, to wkrąg się śmieje świat!




śpiewa Marek Gałązka

niedziela, 2 września 2012

poeta


Trzeba pisać. Żeby zarobić na chleb.
I na podróż do Patagonii albo na Labrador.
Bo trzeciego wyjścia, trzeciego bieguna, zdaje się, nie ma.
Zaraz. Chwila.
Są jeszcze dwa bieguny magnetyczne.
Niewiele brakowało, a byłbym zapomniał, a kiedy bym sobie później,
kiedyś tam, przypomniał, mogłoby już wtedy być za późno.
Tak. Więc są jeszcze dwa bieguny magnetyczne.
I czemu właśnie one nie miałyby się okazać dosłownie
najbardziej przyciągające. Jeden z nich.
Co będzie tym biegunem? A może kto? Kto będzie tak pociągający?

O czym pisać? O wszystkim. O poezji zatem.
Bo wszystko jest poezją, każdy jest poetą.
Do sformułowania tej prawdy powoli
doprowadziło mnie widziane, słyszane, przebyte, przeczute,
przewrażliwione, przeklęte i błogosławione,
z rzadka tu i tam przeczytane.
Wszystko jest poezją, każdy jest poetą.

Wszystko jest poezją, a najmniej poezją jest napisany wiersz;
każdy jest poetą, a najmniej poetą jest poeta piszący wiersze:
czy to jest też prawda? Jeszcze nie wiadomo.
Wiele znaków na ziemi i niebie wskazuje na to,
że tak istotnie jest.
Zwłaszcza na ziemi.
Zwłaszcza na książkach.
Na książkach zwłaszcza "poetyckich".
Wszystko jest poezją: to że idziesz do księgarni,
kupujesz tomik wierszy, wychodzisz,
przy straganie kupujesz pół kilo czereśni albo pół kilo śliwek,
zależy jaka pora roku, idziesz do parku,
siadasz na ławce, jedną ręką przewracasz kartki,
drugą sięgasz po czereśnie lub śliwki, zależy jaka pora roku,
wszystko to jest oczywiście poezja,
a najmniej poezją są czytane wiersze.
Bo czytasz i co czytasz?
Czytasz, że nie ma ci nic do powiedzenia pan Fulano czy pan Mengano,
czy pan Zutano, jak mówią w Ameryce Łacińskiej,
czyli panowie: Iksiński, Ipsyloński, Zaniewski.
Przewracasz kartki i tyle.
Kiedy się jedzie pociągiem, to jest to podobna,
ale o ile ciekawsza poezja.
Znam takich, którzy wysiadają na jakiejś stacji
albo wprost wyskakują z pociągu (nie trzeba z pośpiesznego),
żeby wejść w krajobraz, który ich nagle olśnił.
Żeby być w nim. Wtopić się weń. Być jedną linijką,
jednym wersem w tym wierszu. Taki skok z pociągu albo
nagłe wysiadanie na stacji niedocelowej i pójście przez
pola, na przełaj, na sagę jest przepięknym wierszem,
tyle że nie zapisanym na papierze.
Ale ja myślę, że zapisany zostaje w powietrzu,
odciśnięty w zostaje powietrzu kształt tego wiersza
i znam znowu takich, którzy umieją przepisywać z powietrza
i być może tego wiersza nie przegapią,
tylko go przepiszą z powietrza i inne wiersze przepiszą z powietrza,
z wnętrza powietrza, inne jeszcze wiersze przepiszą z własnego wnętrza,
zbiorą to wszystko, złożą do wydawnictwa,
redaktor w wydawnictwie, który przeważnie nie ma
zielonego ani niebieskiego pojęcia,
być może tych wierszy nie odrzuci, mimo mętnych,
niejednoznacznych recenzji wewnętrznych
i po latach ukazuje się książka, idziesz do księgarni,
kupujesz, wychodzisz, przy straganie kupujesz pół kilo jabłek
albo w kiosku paczkę papierosów, idziesz do parku,
siadasz na ławce, czytasz i potęga!
Coraz jesteś przykuty do tego, co czytasz,
i dlatego coraz podnosisz głowę w górę,
w domeny powietrza i odbywasz komunię z tym, co czytasz,
tak, jak tego chce Gaston Bachelard i jak powinno być.
I czy wtedy też jest tak, że najmniej poezją jest napisany wiersz
i tak, że najmniej poetą jest poeta piszący wiersze?
Wygląda na to, że wtedy nie jest tak, ale coś mi szepce,
że to jeszcze nie jest dowód przesądzający sprawę.
Będziemy tego dochodzić.

Będziemy tego i wielu innych rzeczy dochodzić.
Mówi Ezra Pound: "ciekawość swoją trzeba nieustannie doskonalić".
To poleciłby Pound młodym poetą, gdyby miał im cos polecać.
Polecić by to należało wszystkim (wszystkim poetom, bo każdy jest poetą).
Również tym, co płyną na wielkich statkach po morzach i oceanach świata,
widząc niewiele poza czubkiem własnego nosa żeglującym
po morzach i oceanach świata.
Mówię o nich, bo miałem z nimi trochę do czynienia w różnych
rozrzuconych na obydwu półkulach portach:
Acapulco, Mazaltlán, Veracruz, Tampico, Marsylia, Le Havre,
Ostenda, Antwerpia, Amsterdam, Oslo, Stavanger, Rijeka, Bejrut.

W Bejrucie zwłaszcza bardzo marnym poetą (każdy jest poetą),
żałosnym wręcz grafomanem okazał się kapitan pewnego statku,
do którego to statku dążyłem z bijącym sercem,
pokonując dwa łańcuchy górskie, najpierw Góry Antylibanu,
potem rajską dolinę Beka i zraz znów Góry Libanu,
w śniegu, w śniegu (Liban znaczy po arabsku "biały"),
potem, po drugiej stronie, w dół, do Bejrutu,
i jeszcze niżej, do portu: trzy razy przeszedłem wzdłuż
i wszerz wszystkie nabrzeża, nie znajdując poszukiwanego statku,
który nie jest przecież szpilką w stogu siana,
nawet w tak olbrzymim porcie jak Bejrut.
Statek, którego szukam, jest niewidoczny,
bo jest widocznie na redzie, pomyślałem wreszcie,
siedząc na jakieś beczce, paląc papierosa, odpoczywając zachłannie,
ale jakby nie całym ciałem, jak człowiek,
który jeszcze nie dał za wygraną.
Wynająłem łódź i popłynąłem na redę, w morze...

Swoją ciekawość trzeba umieć doskonalić.
Jeden jedzie na Wyspy Kanaryjskie, drugi do Grudziąca,
ale nie znaczy to, że swoją ciekawość
i ciekawość świata bardziej udoskonali ten pierwszy.
Podróż do Grudziąca może być dla tego drugiego
o wiele bardziej ciekawa i egzotyczna,
niż dla tego pierwszego podróż do Santa Cruz de Teneryfe.
Poza tym, gdziekolwiek by się pojechało,
spotyka się tam, dokąd się dotarło, przede wszystkim to,
co się z sobą przywiozło.
Jeśli przywiozło się ze sobą niewiele tako niewiele się
w drugim końcu świata spotyka.
I tu nic nie pomoże.

Niektórzy z poetów piszących wiersze podają pod swoimi
utworami nazwę egzotycznie brzmiącej miejscowości,
na przykład "Pisane w Istambule, dnia tego a tego",
albo "Szwajcaria, nad jeziorem takim a takim",
jakby to miało w jakimś sensie nobilitować powyżej napisany tekst,
podnieść jego rangę, jego wartość.
Są przypadki podawania pod utworami miejsca
i daty oraz ewentualnie dedykacji,
podyktowane względami często usprawiedliwionymi,
ale często też proceder ten obliczony jest na efekt.
Tani. Mówię, co wiem.

Nie wiem, czy któryś z poetów-astronautów amerykańskich
(każdy jest poetą), którzy byli na księżycu,
zajmuje się pisaniem wierszy.
Jeśli tak jest i jeśli tak było,
że ów piszący wiersze miał czas napisać na księżycu wiersz,
to fakt napisania go na księżycu nie ma dla wartości wiersza,
wartości samej w sobie, żadnego znaczenia.
Jeśli wiersz jest słaby, to fakt napisania go na księżycu
nie czyni go lepszym.
Jeśli już, to raczej można by powiedzieć, że czyni go jeszcze gorszym.
Takie miejsce jak księżyc chyba jednak do czegoś zobowiązuje.
Przynamniej na razie.
Powiedzmy to samo trochę inaczej: jeśli utwór jest dobry
(co najmniej dobry), to niech sobie będą:
miejsce i data powstania oraz ewentualne dedykacja.
Utworowi to nie przeszkadza; czytelnik ma to,
czego szukał, a autor, opatrując swój tekst datą
i miejscem powstania oraz ewentualną dedykacją,
ma w tym widocznie jakiś swój cel, najczęściej całkiem prywatny,
intymny i nam, czytelnikom, nic do tego.
Zatrzymałem się być może odrobinę dłużej niż należało,
przy sprawach dość błahych, ale w tych błahościach też jest rzecz.

Ciekawość swoją trzeba nieustannie doskonalić.
Tymczasem ludzie (poeci-ludzie, bo każdy jest poetą) śpią.
Śpią we śnie i śpią na jawie.
Budzenie się ze snu poziomego jest w miażdżącej większości
jedynie przejściem do innego rodzaju snu, snu pionowego,
snu jawnego, snu z otwartymi oczami.
Ale, na szczęście, nie wszyscy budząc się śpią dalej
w tym nieco niepotocznym rozumieniu.
Jest też garstka takich, co nie śpi nigdy.
Nawet śpiąc, w tym potocznym rozumieniu, nie śpią.
Pracują dalej przez sen.

Edward Stachura

byłam z Młodą w kinie na Siostra mojej siostry.
film zupełnie nie dla nastolatek,
choć z kategorii komedii romantycznych.

dla mnie był to dramat, pełną gębą,
z trochę komicznym zakończeniem.

sobota, 1 września 2012

podróżnik


wpadłam na jego zapiski z kursu Vipassany jakiś czas temu.
ukończył kurs medytacji w Limie.
relacja barwna, prawdziwa,
bogata w szczegóły, choć nie robił w czasie kursu notatek.
to był jego pierwszy kurs. miał wtedy 23 lata.
rzadko takie wspomnienia można przeczytać po polsku.
zostawiłam ją w zakładce ulubione.

dziś przeczytałam całość raz jeszcze.
pomyślałam dlaczego nie pisze więcej.
świetny z niego obserwator, może prowadzi innego bloga, poszukam.
google był okrutny w swojej odpowiedzi.

ulubieńcy bogów umierają młodo...
lecz później żyją wiecznie w ich towarzystwie.


“Podobno każdy musi umrzeć.
Każdy stoi przed śmiercią.
Jak stoi przed śmiercią człowiek dwudziestoletni,
człowiek czterdziestoletni, człowiek siedemdziesięcioletni?
To znaczy człowiek, który dożył siedemdziesięciu lat,
dożył czterdziestu lat, dożył dwudziestu.
Czy każdy z nich stoi przed śmiercią inaczej?
Widzi się, że tak.
Dwudziestoletni tak jakby nie stali przed śmiercią,
albo raczej stoją, lecz odwróceni do niej plecami:
pogardliwie, wyzywająco, beztrosko lub bezmyślnie;
czterdziestoletni stoją przed śmiercią,
można by powiedzieć, profilem,
już zrobili w stronę śmierci ten słynny półobrót;
siedemdziesięcioletni stoją przed śmiercią twarzą w twarz, oko w oko. […]
Byli dwudziestoletni (i są),
którzy stali przed śmiercią twarzą w twarz,
oko w oko, jak stuletni starcy.
To było fantastyczne.
To było arcydzielne.
Kiedy coś robili, kiedy zajmowali się jakąś twórczością,
na przykład pisaniem wierszy, to coś fantastycznego,
coś arcydzielnego w ich wierszach było (jest).”

Edward Stachura, Wszystko jest poezją, Warszawa 1984, str. 16

ulubiona piosenka Kuby - podróżnika, marzyciela,
który spełniał swoje marzenia.