poniedziałek, 30 listopada 2015

wersja



W andrzejkowe popołudnie zajadam się papieskimi kremówkami przy rodzinnym stole.
Wieczorem kino, na widowni, więcej Włochów niż Polaków, film dokumentalny o Włochach z wielkiego miasta, którzy przyjechali do Polski za głosem serca albo w poszukiwaniu perspektyw i prostoty. Znaleźli nowy dom, do bel paese nie chcą wracać, boli ich, że dawna ojczyzna nie dba o nich, a także, że nie jest to ten potężny kraj, jakim był kiedyś (przy okazji ciekawostka – więcej Włochów opuszcza kraj niż przyjeżdża do niego emigrantów). Tego czego im w Polsce brakuje to: neapolitańskiej pizzy, zapachów średniowiecznego miasta, w którym się wychowali i znali od dzieciństwa, baru pod domem, takiego w którym można spędzać czas od rana do późnej nocy, i spotykać się z przyjaciółmi. Na szczęście jest strona na twarzoksiążce, umożliwiająca kontakt in italiano, dzięki której stworzyli małą społeczność, spędzają razem czas, bo tak całkiem bez ziomków, to żyć się nie da, jeden 5-6 miesięcy tak żył, i wspomina to jako najgorszy czas w życiu. Po dokumencie projekcja filmu La vita e bella, który widziałam naście lat temu i mam na dvd, ale nigdy przenigdy nie chciałam po raz drugi oglądać, bo ten pierwszy przeżyłam mocno, dla wyjaśnienia dodam, że poszłam do kina na komedię, a to przecież dramat przez duże d. Pan W. zostaje, więc i ja daję się ponieść początkowym idyllicznym obrazom, z nadzieją, że zobaczę dzisiaj inne zakończenie, że bohater grany przez Roberto Benigniego przeżyje, jakimś cudownym zdarzeniem losu, dziś przedstawiona wersja będzie bez tej jednej drastycznej sceny zmieniającej ten film w klasyczną tragedię, tylko dla mnie nakręconą.

niedziela, 29 listopada 2015

black



Weekend upłynął mi na zakupach. Przypadkowo dostrzeżony na szybie sklepu napis black friday i zaznaczona wielkość rabatu, sprawił, że dwa kolejne dni wypełniła mi gonitwa w poszukiwaniu podkoszulków, swetrów, spódniczek, butów zimowych i balerin na studniówkę. Odebrałam zamówioną przez internetowy sklep sukienkę, z rozkloszowanymi rękawami dla Młodej. Wygląda poetycko (koronka z tyłu sięga aż za linię pasa). W tym samym elektronicznym sklepie, wybieramy buty – w oko wpadają mi czarne ze sznurowadłami na sześciocentymetrowym obcasie z krzywego klocka, i 1,5 centymetrowe z wąskimi paseczkami. Te wyższe znikają ze sklepu nim zdążymy się zdecydować, zamawiamy więc te niziutkie.

W ulubionej księgarni nad espresso con panna, czytam książki, których nigdy nie kupię. Co chwila odrywam się od tekstu, i wsłuchuję w toczącą się przy sąsiednim stoliku rozmowę ojca z synem. Niepełnosprawny malec cierpi na porażenie kończyn i z trudem utrzymuje główkę. Ojciec trzyma go na kolanach, podaje herbatę przez plastikową słomkę. Opowieść o przygodach Kubusia Puchatka przeplata rozmowa pełna wspomnień o matce (mama takie śmieszne rzeczy wymyślała), a także wydarzeń dnia, w którym rehabilitacja jest stałym punktem (dlatego musimy się śpieszyć). Wspólnie podjęta decyzja o zakupie książki (żeby Mikołaj nie musiał szukać po sklepach, to my mu pomożemy) też wymaga omówienia. Za ile złotów? - pyta młody czytelnik ciekawy jej ceny.

piątek, 27 listopada 2015

scenopis


Bo ja wierzę, że istnieje jakiś model idealny dla każdego, tylko dla niego jednego, jakby idealny scenopis od całej wieczności napisany i to w najdrobniejszych szczegółach.
Sławomir Mrożek


też wierzę.

czwartek, 26 listopada 2015

przepisy



Niedawno przegłosowane przez sejm zmiany w kodeksie drogowym zmieniły moje życie. Zgodnie z nowymi przepisami, pieszy oczekujący na przejściu będzie miał pierwszeństwo przed pojazdem (za wyjątkiem tramwaju). Kierowca, natomiast, będzie musiał ustąpić pierwszeństwa pieszemu tak na przejściu, jak i oczekującemu na wejście na przejście.

Choć mają wejść w życie dopiero za rok, bo 1 stycznia 2017, niektórzy kierowcy już je stosują. Gdy idę do pracy, samochody hamują z daleka. Nie biegnę w pośpiechu przez jezdnię. Kierowcy zwalniają, pozwalając mi przejść w normalnym tempie. A gdy dochodzę do przejścia, ci najbardziej szarmanccy zatrzymują się, żeby umożliwić przejście. Jakby przepuszczali mnie w drzwiach.

Nim trafię do biura z domu przechodzę sześć dróg, z czego dwie są dwukierunkowe. Na żadnym z przejść nie ma sygnalizacji świetlnej. Wcześniej stałam przed krawężnikiem przy trzech najbardziej ruchliwych drogach minutę lub nawet dwie, czekając aż przejadą wszystkie śpieszące się do biur i szkół auta. Teraz gdy podchodzę, nadjeżdżające samochody zatrzymują się. Nie dzieje się tak w 100%, ale w 80%. Dojście do biura jest zupełnie inne. Czuję się wyjątkowo. Czuję się zauważana na drodze. Wiem, że dla innych uczestników ruchu liczy się moje bezpieczeństwo. Nie jestem anonimem. Jestem przechodniem.

środa, 25 listopada 2015

roszczeniowa


- Mamo, ale ty jesteś roszczeniowa w te poranki! – woła Młoda, gdy stojąc w drzwiach domagam się buziaka na pożegnanie.

Roszczeniowa? Dlaczego? Raczej pamiętająca.

Dobrze pamiętam ten czerwcowy dzień gdy żegnałam się z moją Mamą. Jak stałyśmy w przedpokoju i przekazywała mi ostatnie rady oraz sprawy do załatwienia. Wyjeżdżała jak zwykle. Na kilka tygodni. Nie zobaczyłam jej więcej.

Dlatego tak domagam się czułości w momencie rozstania. Nieważne czy wychodzę do pracy czy wyjeżdżam na dziesięciodniowe medytacje. Zawsze mam gdzieś w pamięci, w tyle głowy (jak się teraz mówi), to że możemy się więcej nie zobaczyć, że to może być pożegnanie. Nasze ostatnie.

wtorek, 24 listopada 2015

śnieg


Pierwszy śnieg dostrzegam na dachach garaży. Delikatny. Drobny jak ziarnka piasku. Przypadkowy. Niepewny siebie. Zagubiony.

Wieczorem w świetle latarni widzę śnieżną biel na jaskrawozielonym trawniku. Ten śnieg jest inny. Błyszczący. Gwałtowny. Mroźny. Dzielny. Całym swoim blaskiem domaga się uwagi. Zadziwia mnie to śmiałe połączenie zieleni i bieli. Wygląda jak element filmowej scenografii, więc mimochodem szukam wzrokiem operatora kamery. Lecz nie mogę go znaleźć.

poniedziałek, 23 listopada 2015

trudność



Człowieka, który czyta poezję, jest trudniej złamać niż tego, który jej nie czyta.
Iosif Brodski

niedziela, 22 listopada 2015

mętno



na mętnym wietrze
wyją róże,
powiedzieliśmy
co było do powiedzenia, czas
wysiadać, kusi mnie jeszcze
by powiedzieć
że cokolwiek będą o mnie mówić
nigdy niczego nikomu nie
miałem za złe.

Charles Bukowski


w ulubionej księgarni nad sokiem z cytrusów i dużą kawą wertuję biografię Jezusa, 500 zdań polskich profesora Bralczyka, i wiersze Bukowskiego w bardzo dobrym tłumaczeniu. teraz czuję jak bardzo mi brakowało tego przesiadywania z książkami, odkąd nie mam zajęć jogi w sobotę, nie wpadam tutaj, od kilku miesięcy nie wdycham zapachu nowości wydawniczych, nie spędzam tej obowiązkowej godziny z książką, której nigdy nie kupię, jak tej z poezją Bukowskiego.

lubię dosadność jego stylu i metafory, wyłapuję w późnych wierszach, pisanych pod koniec życia, głębokie przemyślenia:
wiem jak bardzo zgrzeszyłem zdaję sobie sprawę że nie
ominie mnie śmierć i warto być na nią przygotowanym...
ale na razie przydałoby mi się trochę snu trochę snu ciszy i spokoju.

robię zdjęcia tych właśnie fragmentów, żeby zachować sobie ich lekturę na dłużej, w pamięci komórki zatrzymuję wiele kartek różnych autorów, pożółkłych jakby od długiego przechowywania (albo raczej niedostatecznego oświetlenia), ostatnia pochodzi z biografii Hitchcocka, ale najbardziej lubię uwieczniać myśli poetów, jak powietrza potrzebuję innego spojrzenia, z innych ust, innego pióra, z głębi innej duszy.

na zewnątrz w mętnym wietrze wyją róże, znowu pada zimny deszcz, nie kupiłam studniówkowej sukienki, (jeśli jest na świecie druga matka, która sama kupuje kreację wieczorową dla nastoletniej córki, to przesyłam jej wirtualne pozdrowienia życząc powodzenia w tym niełatwym zadaniu), ale udało mi się wybrać jeden prezent dla Młodego na zbliżające się imieniny i mikołajkowy ciuch dla Młodej.

sobota, 21 listopada 2015

kaskada



I oto jestem teraz cały w niebiańskiej kaskadzie,
omotany warkoczami powietrza,
tutaj na podobieństwo najświetlistszych liści,
zawieszony prawie tak wysoko jak krogulec,
patrzący,
słuchający,
- motyle są niczym pogubione płomyki,
pasma gór - niby smugi dymu -
i nagle, kiedy obejmuję pełny okrąg nieba
wokół mnie, wydaje mi się, że zrozumiałem śmierć.

Nie widzę już nic więcej tylko samo światło,
i zawęźlone w nim dalekie krzyki ptaków,

a góry?

Nieważki popiół
u stóp blasku.

Philippe Jaccottet


i oto jestem
cała w niebiańskiej kaskadzie,
omotana powiewem sobotniego wieczoru
na podobieństwo świetlistych istot,
prawie tak samo doskonała jak kropla deszczu
wynurza się
z niezmierzonej przestrzeni radość trwania
ponad błądzącymi myślami i roztargnieniem

nie widzę już nic więcej tylko samą miłość
i opadające jesienne liście

a ulice

pełne dostatku i światła
zaskakują
najpiękniejszym widokiem miasta po zmroku.

piątek, 20 listopada 2015

Antoine



I won’t give you the gift of hating you mówi do zamachowców Antoine Leiris, którego żona zginęła w ataku terrorystycznym w Paryżu.

jaka siła jest w tym Mężczyźnie.


sobota, 14 listopada 2015

imagine


Od wczoraj piosenka Johna Lennona Imagine pojawiła się na nowo w sieci, po tym jak pewien paryżanin zagrał ją na fortepianie przed klubem bartaclan. W ten sposób uczcił pamięć ofiar piątkowych ataków terrorystycznych w stolicy Francji. Najtragiczniejszy spośród nich miał miejsce właśnie w tym klubie. Z rąk uzbrojonych zamachowców zginęło tam około 100 osób. 

Zamieszczam dwa, moim zdaniem najlepsze, tłumaczenia tej piosenki, A pod linkiem nietypowe wykonanie - fragment serialu muzyczno-komediowego Glee.


Wyobraź sobie Ziemię
Obłoków nad nią dach
Gdzie piekło z niebem
Przestały budzić strach
A ludzie tu i teraz
W szczęściu pragną trwać

Na ziemi tej, bez granic
Co niosą słowo: wróg
Nie musisz ginąć za nic
I czci nie żąda Bóg
A pokój ludzkim sprawom
Bieg nadaje swój...

Nie śnię sam i wraz z nami
Wierzyć zechciej w marzeń sens
Aż kiedyś świat na jawie
Zacznie śnić nasz wspólny sen

Bez głodu i chciwości
Wyobraź sobie świat
Gdzie nie ma praw własności
A człek dla człeka - brat
Gdzie ludzie dzielą zgodnie
To, co los im da...

Nie śnię sam...


John Lennon, Wyobraź sobie 
tłumaczył Jerzy Menel




Pomyśl, że nie ma nieba
To przecież proste tak
Pod nami nie ma piekła
Nad głową tysiąc gwiazd

Wyobraź sobie ludzi
Gdy pokój ogarnia świat
Pomyśl, że nie ma granic
To takie proste wiesz

Nikt nie zabija za nic
Religi nie ma też
Wyobraź sobie, że ludzie
Żyją dzisiejszym dniem

Powiesz, że to marzenia
Lecz nie jestem przecież sam
Któregoś dnia staniesz ze mną
Bo to jest nasz wspólny świat

Pomyśl, że nie ma głodu
To łatwe przecież wiesz
Już nie ma żadnej biedy
Chciwości ani łez

Wyobraź sobie ludzi
Dbających o wspólny świat

Powiesz, że to marzenia
Lecz nie jestem przecież sam
Któregoś dnia staniesz ze mną
Jeden jest nasz wspólny świat 


tłumaczył Michał Worgacz

piątek, 13 listopada 2015

dlatego


Mało obchodzi mnie początek świata
Teraz poruszają się liście
teraz widzę to drzewo ogromne
którego kory zranionej dotykam

I światło w gałęziach
błyszczy od łez


Philippe Jaccottet, Mało obchodzi mnie początek świata
tłumaczyła K. Rodowska


w Paryżu
światło w gałęziach błyszczy od łez
teraz poruszają się tylko liście.


mało obchodzi mnie początek świata
czy bóg stworzył pierwszą kobietę czy jednak mężczyznę
czy człowiek pochodzi od małpy czy wzbijającego się w niebo ptaka
nie ma to dla mnie znaczenia
świat może się kurczyć albo rozszerzać
nie zastanawiam się nad tym
ani ile galaktyk krąży w kosmosie
i na której z planet drogi mlecznej istnieje życie podobne do ziemskiego.

ale przejmuje mnie to co się dzieje tu i teraz
w moim kraju i całej europie.
przeraża rozwijająca się nieprawość.

dlatego ogłaszam
nie zgadzam się na zabijanie
nie pozwalam na odbieranie życia drugiemu człowiekowi
takie jest ludzkie prawo
żaden bóg na inne pozwolić nie może.


Bezpośredni odnośnik do obrazka

czwartek, 12 listopada 2015

akupunktura


jeszcze nie zeszły mi krwawe wybroczyny z pleców po bańkach z pierwszego zabiegu,
a już biegnę na drugi.

czy będzie pani stawiała bańki w tych samych miejscach czy innych? - pytam z pewną obawą.
zobaczę - ucina szybko.

stanęły w innych.
igły też przebiły moje ciało w różnych niż poprzednio miejscach -
na czubku głowy (w tym miejscu przez, które dusza wchodzi w ciało,
i którędy wychodzi) były po raz pierwszy.

w jednym uchu miałam wbite dwie igły (w obrąbek ucha i muszlę)
a w drugim tylko jedną (muszla).
pamiętając odpowiedź: zobaczę,
nie pytałam dlaczego tak odmiennie zostały potraktowane
moje z pozoru identyczne uszy.


środa, 11 listopada 2015

warto


Zwalić by można się z nóg
Co rusz,
Co krok.
Co noc,
To szloch
I rozpacz.

Ale czy warto?
Może nie warto?
Chyba nie warto...
Raczej nie warto.
Nie, nie - nie warto.

Zginąć by można jak nic:
Do żył
Jest nóż.
Lub w dół
Na bruk
Z wysoka.

Ale czy warto?
Może nie warto?
Chyba nie warto...
Raczej nie warto.
Nie, nie - nie warto.

Jechać by można do miast
Lub w las,
Na błoń.
Na koń
I goń
Nieboskłon.

Ale czy warto?
Może nie warto?
Ech, chyba warto...
Tak, tak - warto.
Bardzo to warto.
O, tak - to warto.
Jeszcze jak warto.


Edward Stachura, Czy warto

wtorek, 10 listopada 2015

mumio


zabieg akupunktury w maleńkiej przychodni na obrzeżach miasta.

dojeżdżam po pracy.
wita mnie uśmiechnięta lekarka, rodem z Mongolii.

wywiad lekarski też na wesoło
bo jej polski, choć wyraźny i poprawny gramatycznie, to jednak trochę śmieszy
z uwagi na miękkość wypowiadanych dźwięków,
zdaje mi się jakbym rozmawiała z dzieckiem, taką starą maleńką,
a temat rozmowy raczej nie dla dzieci,
za to jej mongolski, w którym rozmawia z koleżanką, brzmi podobnie do węgierskiego.

może pani mówić o wszystkich chorobach,
ile ma pani lat,
nie wygląda pani,
wszyscy to pani mówią,
tak mówią, potwierdzam.

najpierw delikatnie masuje mi plecy,
potem wbija kilkanaście igieł
(bolą mnie wkłucia w okolicy nerek, przeprasza, jedną igłę przekłada w inne miejsce,
te na plecach są zupełnie nieodczuwalne)
i stawia trzy bańki.
po 15-20 minutach wyjmuje wszystkie igły, zdejmuje bańki.
obracam się na plecy
teraz już mogę obserwować jak wbija we mnie siedmiocentymetrowe igły.

leżę i czuję, że mi zimno.
jestem w samej bieliźnie przykryta cieniutkim jednorazowym prześcieradełkiem.
stopy mam okryte ręcznikiem.

na pożegnanie dostaję od mongolskiej lekarki
(u nas tylko lekarze mogą wykonywać zabiegi akupunktury)
torebeczki z ziołowymi kuleczkami.
te czarne nazywa mumio (z greckiego - chroniące ciało) i radzi poczytać o nich w internecie.
czytam.

Mumio zawiera ok. 23 pierwiastków, 30 makro i mikro- elementów, 10 różnych tlenków metali, 6 aminokwasów, szereg witamin, olejki eteryczne, jad pszczeli, substancje smołopodobne - każda z nich może dodatnio wpłynąć na procesy życiowe człowieka, potęgując procesy regeneracyjne w różnych tkankach, działać przeciwzapalnie i ogólnie wzmacniająco, a także przywracać upośledzone funkcje peryferyjnych pni nerwowych i analitycznych centrów w mózgu. Dzięki bogatej i złożonej zawartości, wielkiej ilości elementów zarówno nieorganicznych, jak i organicznych aktywnych biologicznie zgromadzonych przez przyrodę w jednej substancji mumio działa leczniczo na wiele chorób. Mechanizm działania mumio jest bardzo złożony i ma wielostronny wpływ na funkcjonowanie organizmu.

inne nazwy tego specyfiku to: Krew Gór, Łzy Gór, Pot Gór.
zainteresował mnie wątek literacki związany z tym znanym od tysiącleci naturalnym lekiem:
kilkakrotne wzmianki o mumio znajdują się w dramatach Szekspira,
Falstaff mówi: Powinienem zjeść górę mumio,
a w Makbecie o mumio śpiewają wiedźmy.

ja swoją górę mumio zaczynam jeść od jutra rana.
chętnie też posłucham jak śpiewają o tym wiedźmy.

poniedziałek, 9 listopada 2015

zrozumienie


Potrzeba mi ciszy
i samotności
i szaty językowej o nienagannym kroju.
Potrzeba mi tajemnicy
i solidnych danych o rzeczywistości.
Chwilowo moim zadaniem
jest próba wyplątania się
z własnych sformułowań.

Żyć znaczy nieustannie cierpieć.
Kto tego nie rozumie
ten nigdy nie będzie szczęśliwy
.
Kristina Lugn
tłumaczyła Natalia Altebo


żyć oznacza nieustannie się zmieniać.
kto tego nie zrozumie
ten nigdy nie będzie szczęśliwy.

niedziela, 8 listopada 2015

zaczynanie


Ten, kto naprawdę umie żyć, zaczyna dzień od uśmiechu.
Thich Nhat Hanh, Każdy krok niesie pokój

sobota, 7 listopada 2015

dzielność


Salvador Alvarenga.

czekam na polskie wydanie książki o tym niezwykłym człowieku, który spędził 438 dni na morzu.
nieomal samotnie (młody towarzysz, z którym wypłynął na połów ryb, wkrótce zmarł).
bez gpsa, radia, lusterka, wody pitnej, pożywienia. w niewidocznej dla mijających statków łodzi. przetrwał dzięki sile woli, głębokiej wierze w sens cierpienia. po tym mogło być już tylko niebo.

piątek, 6 listopada 2015

perspektywa



Z pewnej perspektywy Auschwitz trwa odwiecznie: nie ma przeszłości, nie ma przyszłości, jest tu i teraz. Intencją naszych medytacji jest to, aby energię takich miejsc leczyć i przekształcać. 
Małgorzata Braunek


May we always have the courage to bear witness, 

to see ourselves as other and to see other as ourself. 
Roshi Bernie Glassman


czwartek, 5 listopada 2015

birkenau


w Auschwitz-Birkenau
na medytacjach organizowanych przez Zen Peacemakers.
na kolejowej rampie.
tej, której zdjęcie pokazuje internetowa wyszukiwarka gdy wstuka się nazwę obozu.

dlaczego tam pojechałam?
żeby oddać cześć tym, których los doświadczył wielkim dramatem,
żeby oddać hołd tym, którzy zginęli.

świeciło słońce.

ale nie chodzi, tylko o to, żeby pamiętać,
bo choć ta karta historii jest już zamknięta, to na świecie
dalej są liczne miejsca, w których ludzie ludziom gotują ten los,
gdzie człowiek z woli drugiego przestaje być człowiekiem.

zielona miękka trawa, żadnych drzew ani krzewów.

dlatego medytacja.
głęboko wierzę, że możemy
zmieniać świat na lepsze.
poprzez otwarte serca i spokojny umysł.
one czynią cuda.
po to tam byłam.

z ziemi wystają dziesiątki kominów z czerwono-brunatnej cegły. to pozostałość po drewnianych barakach.

czas medytacji dzielony był recytacją nazwisk, osób zmarłych w obozie, które zostały opublikowane w Księdze Zgonów z Auschwitz (fragmenty).
czytałam nazwiska ze strony numer 300.
zapamiętałam jedno z nich, Anastazji Fontanny z Opoczna.

środa, 4 listopada 2015

laptop


zachwycam się nieprzerwanie nowym urządzeniem.
moim własnym.
prywatnym
nie służbowym
którego nie muszę dzielić
z nikim.

stoi (albo jak kto woli leży) niepozornie na biurku,
obok drukarki, starych głośników (obecnie bezużytecznych) i wiklinowego koszyka
z różnokolorowymi pisakami.
z tyłu za nim wynurza się drewniana płaskorzeźba, przedstawiająca smoka i buddę w kobiecej postaci, pamiątka z Wietnamu.

nie ma jeszcze imienia,
ale już się zadomowił.

działa jak stary wierny sługa, na najmniejsze skinienie
i jest tak żwawy jak Speedy Gonzales, najszybsza na świecie meksykańska mysz,
gdy uruchamia system operacyjny.

nie muszę dodawać, że bardzo go lubię.

wtorek, 3 listopada 2015

spoza


nie bój się chodzenia po morzu
nieudanego życia
wszystkiego najlepszego
dokładnej sumy niedokładnych danych
miłości nie dla ciebie
czekania na nikogo

przytul w ten czas nieludzki
swe ucho do poduszki
bo to co nas spotyka
przychodzi spoza nas


ks. Jan Twardowski, wiersz z banałem w środku


bo to co nas spotyka
przychodzi spoza nas

bo to co nas spotyka
przychodzi spoza nas

poniedziałek, 2 listopada 2015

oferta


x znaczy pocałunek w tym kraju. Marek Hłasko, Listy


Nie lubię reklam. Ale raz pójdę na ustępstwo. W słusznej sprawie przedstawię ofertę niemieckiej sieci detalicznej. W spożywczych supermarketach od poniedziałku można kupić Listy Marka Hłaski za niecałe 30 złotych. Piszę o tym, bo sama tę książkę kupiłam i niezdecydowanym polecam. Zbiór korespondencji jednego z największych polskich pisarzy, to coś więcej niż świadectwo czasów. To dramatyczna historia jego życia opowiedziana w listach. To opowieść o miłości, przyjaźni, pisaniu i walce o własne miejsce w literaturze i świecie. Marek Hłasko swoimi listami napisał jedną z najlepszych swoich powieści.

Po tę książkę sięgnęłam wcześniej. Nazwisko Hłaski i Osieckiej były dla mnie wystarczającą rekomendacją. Zachwyciła mnie prostota i naturalność z jaką pisał. Szacunek i wytworność. A jak zwykle najbardziej rozczuliły listy kierowane do matki i zamieszczone na wstępie zdjęcie pisarza z dedykacją dla niej: Trudno jest coś napisać własnej matce. 18.XII.57.

To prawda, że trudno.


niedziela, 1 listopada 2015

pogrzeb


odwiedzamy z Młodą cmentarz,
pierwszy jaki poznałam w życiu.

w gęstwinie grobowców tracę orientację i z trudem
odnajduję rodzinny grób,
w którym spoczywa brat mojego dziadka wraz z żoną.
stryjostwa nigdy nie poznałam.
ale byłam na pogrzebie stryja.
ja, uczennica pierwszej klasy szkoły podstawowej,
za rękę z ukochaną Babcią.
pamiętam dobrze ten pogrzeb,  jak w granatowej sukience i z białą kokardą we włosach
nierozumiejąca, przestraszona tłumem,
szłam w kondukcie, a przede mną korpulentna pani w żółtym płaszczu,
o której kreacji długo rozprawiało się w rodzinie,
jak można było wybrać się w takim stroju na pogrzeb.

zapalamy znicze.

wędrujemy zatłoczonymi alejkami.
od jednego pomnika do drugiego.
dotykamy historii.
wspominamy.
znajdujemy groby dwóch sławnych kompozytorów, jednych z najwybitniejszych
współczesnych,
leżą blisko siebie oddaleni wąskim przejściem,
grób pisarza, którego książkami zaczytywali się Młodzi w dzieciństwie,
dziennikarki, która zginęła w głośnej katastrofie lotniczej
i aktora symbolu pokolenia mojej Mamy, który też zginął tragicznie,
pod kołami pociągu.