sobota, 30 listopada 2013
sobota
w drodze na siłownię zauważam brak sieci w telefonie,
szybko orientuję się, że właśnie skończyła mi się umowa
z operatorem p., zamieniłam operatora p. na p.
(co za piękny przykład anonimizacji),
powinnam włożyć nową kartę sim,
a ja nawet nie wiem gdzie ona jest,
w stosie papierów i teczek, czy może w koszu na śmieci,
telefonu do wykonania najważniejszego połączenia
(muszę uprzedzić Dzieci przed bezskutecznym dzwonieniem)
pożycza mi Pani L., południowa sesja jogi w ciszy i skupieniu,
w księgarni przeglądam Papuszę Agnieszki Kuźniar,
pierwszy rozdział o śmierci Wajsa, męża poetki, wciągający,
językiem Papuszy pisany, zachęca do dalszej lektury,
zakupy w supermarkecie, koniecznie puszka tuńczyka
w sosie własnym dla Maurycego i butelka chianti,
bo biała etykieta z informacją o winie po włosku,
w domu czytam Radio Yokohama Bruczkowskiego,
choć nie wciąga mnie tak jak Bezsenność w ....
piątek, 29 listopada 2013
czystek
od poniedziałku zaczęłam kurację czystkiem.
poleciła mi go Pani K., która pije napar z czystka od miesiąca,
i zaopatrzyła mnie w niego.
czystek, chłystek - pomyślałam w pierwszej chwili.
później dowiedziałam się, że to poważne zioło.
wzmacniacz systemu immunologicznego,
działa przeciwzapalnie, przeciwwirusowo,
przeciwbakteryjnie, przeciwgrzybiczo.
pięknie pachnie i smakuje zdecydowanie lepiej
niż zielona herbata czy yerba mate.
jako herbatka czystek może z powodzeniem zastąpić
inne rozgrzewające napary pijane w biurze.
dlatego postanowiłam pić chłystkową herbatę przez całą zimę.
po części z uwagi na uzdrawiające właściwości,
ale głównie właśnie ze względu na jego świeży smak i aromat.
czwartek, 28 listopada 2013
pisarka
spotkanie autorskie w teatrze
wchodzę spóźniona
kasjerka kieruje mnie na piętro
na scenie siedzi pisarka
żadnej z jej książek nie czytałam ani wierszy
weszłam z ciekawości
bo po drodze miałam
i po czasie też
przemoc lochów, murów obronnych - mówi
nie żyjemy w szczęśliwym świecie
coraz bardziej staje się to widoczne
świat, w którym żyjemy wcale nie jest dobry
ale każdy może znaleźć dobre rozwiązanie dla tego
ludzką kondycją jest znajdowanie rozwiązania
chodzę do lasu, uwielbiam las,
czuję się tam tak jakby większa większa
po pół godzinie wymykam się z widowni niezauważona
środa, 27 listopada 2013
miss
amerykanka w każdym calu
półkrwi nigeryjka
piękna jak marzenie
została miss nowego jorku 2010
weganka
zdrowym pożywieniem przez żołądek do jej serca
wdarł się polak dietetyk, kucharz
z nim przyjechała do polski i tu została
spotkałam ją na odosobnieniu medytacyjnym latem 2011
była wtedy w ciąży
pełna radości, uroku, glamour
dziś mieszka na wsi z rodziną
gra po polsku w wałbrzyskim teatrze
w zachodnich mediach rozsławia nasz kraj
znalazła w nim coś ważnego
co sprawia, że czuje się tutaj jak w domu
tak jak inni śnią american dream
tak ona śni sen o polsce
zachwyca się polakami za ich bezpośredniość
prostotę, trwałe i silne relacje rodzinne
coraz lepiej mówi po polsku
Davina
wtorek, 26 listopada 2013
ćwiczenie
Czy chodzisz, siedzisz czy też śpisz,
zawsze spoglądaj w swój umysł,
nieustannie i bez przerwy.
Jest to ćwiczenie warte wysiłku.
Milarepa
przypomniało mi się jeszcze jedno ćwiczenie
stanowiące medytację w drodze,
które warto wypróbować.
polega na obserwacji oddechu w rytmie własnych kroków.
kroki są czymś na wzór wahadła metronomu.
ile kroków robię wdech,
ile kroków robię wydech,
czy tyle samo kroków trwa mój wdech co wydech.
metoda szczególnie przydatna w początkowym
okresie obserwacji oddechu.
gdy mówię o ćwiczeniach obserwacji, to przypomina mi się jeszcze jedno,
przekazane mi przez moją mistrzynię jogi.
przez jeden dzień obserwuj swój umysł i oddech,
te niezliczone chwile kiedy robisz wdech i kiedy robisz wydech.
zauważ w którym momencie pojawiają się myśli.
czy myśli pojawiają się kiedy robisz wdech czy kiedy robisz wydech,
czy w czasie zatrzymania pomiędzy wdechem i wydechem
lub wydechem i wdechem.
na znalezienie odpowiedzi na pytanie
kiedy pojawiają się myśli dostałam tydzień.
mam nadzieję, że za tydzień Wy
też znajdziecie odpowiedź na to pytanie.
poniedziałek, 25 listopada 2013
okno
teraz otworzę wirtualne okno - powiedział
nauczyciel jogi włączając klimatyzację przed
końcowym relaksem.
niedziela, 24 listopada 2013
odkrycie
moje kulinarne odkrycie,
efekt poszukiwań nowych smaków,
nowych konsystencji -
zmiksowane w blenderze stojącym
orzechy laskowe
(ja użyłam mielonych sprzedawanych w paczkach,
choć dobre blendery mielą podobno wszystko),
rodzynki (wcześniej dobrze opłukane, duża paczka),
z niewielką ilością wody i jedną pomarańczą (najlepiej bez pestek).
w wersji drugiej dodałam do tych samych
składników jeszcze migdały mielone, też całą paczkę.
wizualnie zwyczajny deser, po skosztowaniu okazał
się wspaniałym przysmakiem, pełnym różnych smaków,
takim o jakim marzą wegetarianie, a doceniają nawet mięsożercy.
Młodego deser tak zachwycił, że zaproponował mi otwarcie cukierni.
sobota, 23 listopada 2013
stosunek
stosunek produktów surowych do gotowanych i przetworzonych
w mojej diecie wynosi obecnie 1:3.
problem polega na tym, że mój organizm żadnej ilości produktów surowych,
nie uważa za wystarczającą aby się nasycić,
w ogóle nie zauważa zjedzonych owoców i warzyw,
uznaje je wyłącznie za przekąskę,
i dopomina się czegoś konkretniejszego do jedzenia.
mimo zjedzenia dzisiaj: dwóch mandarynek, trzech jabłek (sporej wielkości),
trzech gruszek (też nie małych), i wypicia 0,5 litra soku
ze świeżo wyciskanych pomarańczy,
zjadłam jeszcze: chleb z masłem, ilość kromek umknęła mojej uwadze,
fritattę z papryką, cukinią i pomidorami,
cztery pieczone na maśle banany posypane cynamonem (słodycz nad słodycze)
i wypiłam dwie małe filiżanki kawy naturalnej.
ciężko jest być witarianką zimą.
dlatego szukam pomysłów na zimowe surowe dania,
które pomogą mi przetrwać ten czas bez słońca
i utrzymać proporcję pożywienia 1:2.
piątek, 22 listopada 2013
czwartek, 21 listopada 2013
jesień
szara, zimna, deszczowa jesień,
która to już, nie chcę zagłębiać się, wolę liczyć wiosny,
nauczyciel jogi zaprasza na sesje coraz młodsze dziewczyny,
wczoraj ćwiczyła przy nim piękna dwudziestolatka
z błyszczącymi czarnymi włosami ułożonymi na boba,
ubrana w zieloną koszulkę z napisem BABKA LEKARSKA
(dwuznaczność właściwa słowu babka nasuwa się sama),
wokół siłowni powyrastały iglaste drzewka przystrojone
w złotosrebrne świąteczne ozdoby, sprawdziłam kalendarz,
prawie półtora miesiąca do grudniowej odświętności,
nad rzymem przelatuje 10 milionów szpaków,
które przyleciały do wiecznego miasta z europy wschodniej,
(teoria chaosu w praktyce),
kolega logistyk od dwóch tygodni zaopatruje mnie
w kiszoną kapustę własnej roboty,
litrowy słoik najprawdziwszej białej kapusty z sokiem
dostaję dwa razy w tygodniu,
nowy nauczyciel włoskiego pochodzi z neapolu i boi się dzików,
nie chciałby się z nimi spotkać ani na przystanku autobusowym
ani w lesie podczas joggingu,
pierwsze zajęcia z nim to była joga śmiechu.
środa, 20 listopada 2013
rzeka
więcej niż mógł nauczyć go nauczyciel uczyła go rzeka.
uczył się od niej nieustannie.
nauczył się od niej słuchania,
słuchania ze spokojnym sercem,
takiego słuchania,
przy którym dusza otwiera się
i czeka, nie żywiąc namiętności,
niczego nie pragnąc, niczego nie osądzając.
rzeka jest teraz wszędzie,
u źródła i u ujścia,
przy wodospadzie i przy przeprawie,
i tam gdzie toczy się wartki nurt,
w morzu, i w górach, w jeziorze,
jest wszędzie naraz
i istnieje dla niej tylko chwila obecna,
bez cieni przyszłości.
kiedy się tego nauczył,
przyjrzał się swemu życiu
i zobaczył je jak tę rzekę,
narodziny nie były przeszłością,
a śmierć nie była przyszłością.
nie było niczego, niczego nie będzie,
wszystko ma swój byt i jest teraz.
rzeka przemawiała do niego wieloma głosami.
słyszał w niej głos króla i głos wojownika,
głos bawołu i głos nocnego ptaka,
głos rodzącej kobiety i kogoś,
kto wzdycha, i tysiąc innych głosów.
w jej głosie były głosy wszystkich stworzeń.
gdy zdołał usłyszeć naraz wszystkie jej tysięczne głosy,
usłyszał jak rzeka wymawia święte słowo Om.
(na podstawie Siddhartha Hermanna Hesse)
wtorek, 19 listopada 2013
zapytanie
Chciałem się nauczyć, czym jestem ja i jaki jest jego sens.
Chciałem się uwolnić od tego ja, chciałem je pokonać.
Ale nie mogłem go pokonać, mogło mi się tylko wydawać,
mogłem tylko od niego uciekać, chować się przed nim.
Zaiste, nic na świecie nie zaprzątało mojej myśli tak bardzo
jak moje własne ja, ta zagadka, że żyję, że jestem osobnym bytem,
oddzielnym od wszystkich innych, że jestem Siddhartha.
A o niczym na świecie nie wiem tak mało jak o samym sobie!
Hermann Hesse, Siddhartha
kim jestem
tym który pyta
tym który słucha
tym który odpowiada
tym który tak mało wie o sobie samym
jak o niczym innym na świecie
jestem tym kim jestem
poniedziałek, 18 listopada 2013
czerwone
na jesienną chandrę - lekarstwo -
odkrycie poetki Romy Jegor i jej wierszy.
poszukiwaczka znaczeń, układaczka słów.
niezwykła.
pachnie kartką. gra w czerwone.
wiersze rodzi i karmi jak dzieci.
mieszka w mikołowie.
Czerwone dachy w upale
czerwone maki w deszczu
wspomnienie czerwonego wina
i czerwonych paznokci jak
soczewki poszarpanych myśli
Na kolorach łatwiej się skupić
kolorem patrzeć więc w zasiekach
palców połóż myśl pod rzęsami
niech pot z niej wypłynie i strach
Niech przejdzie przez nijakie
pokoje i szklaną ciszę
Kołuj nad dachami
wargami wzbijaj się nad mgły
układaj walcz
Pomaluję ci końcówki wyrazów
które połykasz
i małą biedronkę uśmiechu
Może zapamiętasz do wieczora
dzisiejszego lata motyle
Roma Jegor, Aldscheimer II
i jeszcze:
Chciałabym mieć z tobą konie
i ich ciche stąpanie nad ranem
mgły chusteczkę gdy jeszcze śpią muchy
albo wspólne ślimaków łapanie
chciałabym mieć z tobą jaśmin
parapet i imbryk z kawą
wspólne klucze do rdzy w starej bramie
słoneczniki begonie makaron
albo wspólny jakiś jeden bilet
deszcz lub upał co się w wieczór wwierca
może chociaż wspólny przystanek
cień akacji na rozgrzanych plecach
chciałabym mieć z tobą spokój
niedziela, 17 listopada 2013
sobota, 16 listopada 2013
chandra
mam chandrę.
smutno mi z powodu zepsutego komputera, który od kilku dni
nie otwiera plików tekstowych, a po otwarciu przeglądarki internetowej
zawiesza się automatycznie, nie pozwalając na załadowanie strony bloga.
wszystkie zabiegi służące doprowadzeniu peceta
do dawnego ładu i stanu używalności okazują się bezowocne.
komputer nie chce poddać się leczeniu.
ja sama czuję się przez to coraz gorzej.
czuję objawy odstawienia, które przeżywa każdy uzależniony.
nie umiem odnaleźć się w nowej rzeczywistości bez myszki,
klawiatury i odsłon stron web.
moje biurko odstrasza zimnem jak wygasły kominek.
na szczęście pocztę mogę odczytać w pracy.
zajęta działaniami naprawczymi
nie poszłam z ziomeczkami (wyrażenie Młodej) na Pietę,
ale premiery Papuszy nie ominęłam.
czuję, że pora wrócić do dawnych narzędzi, chwycić za pióro.
pamiętnik z życia biurowego piszę w brulionie, od tyłu.
Młodzi użyczają mi swojego laptopa na godzinę.
jak się im odwdzięczę - zastanawiam się w duchu.
w tym krótkim czasie łączę się z dziennikiem elektronicznym
i sprawdzam ich oceny (robię to przeciętnie dwa razy na semestr,
nieobecność na zebraniu traktuję jako pretekst do wejścia na stronę szkoły),
zapisuję też Młodych do szkoły tańca na zajęcia
tańca towarzyskiego dla niewtajemniczonych
(które wydają się idealne dla Młodego)
i szukam maty do jogi adidasa
(pytanie na dziś: gdzie znaleźć kolor inny niż różowy).
piątek, 15 listopada 2013
Papusza
Lesie, ojcze mój,
czarny ojcze,
ty mnie wychowałeś,
ty mnie porzuciłeś.
Liście twoje drżą
i ja drżę jak one,
ty śpiewasz i ja śpiewam,
śmiejesz się i ja się śmieję.
Ty nie zapomniałeś
i ja cię pamiętam.
O, Boże, dokąd iść?
Co robić, skąd brać
bajki i pieśni?
Do lasu nie chodzę,
rzeki nie spotykam.
Lesie, ojcze mój,
czarny ojcze!
Papusza, Lesie, ojcze mój (weszo, dadoro miro)
czarny ojcze mój,
ty mnie nie zapomniałeś
i ja cię pamiętam.
czarny ojcze mój,
do lasu chodzę
rzekę spotykam
boga widzę, który cię prowadzi.
sosna śmiała się.
tak, tak właśnie było,
wszystko, co nie zostało do końca
wycierpiane i rozwiązane, powracało,
bolał ciągle ten sam ból.
rana jeszcze się jątrzyła,
serce broniło się jeszcze przed losem,
cierpienie nie zakwitło jeszcze pogardą i zwycięstwem.
Hermann Hesse
czwartek, 14 listopada 2013
środa, 13 listopada 2013
walka
walczę z niewidzialnym wrogiem -
komputerowymi śmieciami, wirusami, ciasteczkami.
skanuję mój osobisty komputer adv cleanerem (171 śmieci)
i avastem (dokładnej liczby wyłapanych zagrożeń nie znam).
wtorek, 12 listopada 2013
jestem
A potem położyłem się w śpiworze i paląc papierosa przed snem, rozmyślałem:
„Wszystko jest możliwe. Jestem bogiem. Jestem buddą,
jestem niedoskonałym Rayem Smithem, wszystkim równocześnie.
Jestem pustą przestrzenią, wszystkimi stworzeniami, wszystkimi rzeczami.
Dopóki świat istniał, istnieje i będzie trwał, robię wszystko,
co należy zrobić, robiłem wszystko, co należało zrobić,
i będę czynił wszystko, co należy uczynić, wcielając się
po skończonym życiu w nowe życie, przechodzące od jednego istnienia w następne,
aż wszystkie istoty osiągną doskonałość i dokona się mój czas.
Dlaczego więc mam się zamartwiać, dlaczego płakać, skoro
i tak wszystkie stworzenia będą doskonałe jak wyzwolony umysł
i świadomość bananowych skórek?” Jack Kerouac
jestem buddą
jestem człowiekiem
jestem przestrzenią, gwiazdą, słońcem
jestem tym, co żyje, rośnie, kwitnie, zdumiewa, zachwyca
jestem tym, co płynie, co się zmienia, co lata, chodzi, pełza
jestem umysłem, ciałem, drogą
jestem powinnością, wiecznością, spokojem
jestem nieskończoną dobrocią, miłością, wierszem
jestem stanem ukojenia, ciepła, czułości, dotyku
jestem niedoskonałym smutkiem, nietrwałą rozpaczą, chorobą, żalem
jestem dniem i nocą.
poniedziałek, 11 listopada 2013
ulga
Przez sznur z ociosanych kamieni
przeniosłem zwykły worek ziemi,
I posadziłem kilka zwykłych drzew,
Teraz te drzewa w kamieniach,
są jak me ręce w kieszeniach,
Kieszenie palcom mają ulgę nieść.
I tylko Ty mnie słodki Boże
w opiece swojej zawsze miej
kilka serc otworzyłem być może
być może otworzę jeszcze
Nocą gdy nie ogolony,
Twego zdjęcia dotykam,
chciałbym byś wyszła z niego,
w moim śnie,
w chwili gdy nie daje już rady,
znam Twoje leniwe przykłady,
jest moje serce,
jest mój głos.
I tylko Ty mnie słodki Boże
w opiece swojej zawsze mniej
kilka serc otworzyłem być może
być może otworzę jeszcze
Przez sznur z ociosanych kamieni
przeniosłem zwykły worek ziemi,
I posadziłem kilka zwykłych drzew,
Teraz te drzewa w kamieniach,
są jak me ręce w kieszeniach,
Kieszenie palcom mają ulgę nieść.
I tylko Ty mnie słodki Boże
w opiece swojej zawsze miej
kilka serc otworzyłem być może
być może otworzę jeszcze
kilka serc...
Marek Dyjak, Modlitwa
niedziela, 10 listopada 2013
śnieg
choć raz w życiu śnieg prószy również w naszych snach
napisał w jednym z wczesnych wierszy Ka.,
bohater pamukowskiego Śniegu,
człowiek trochę z Kafki, trochę z Dostojewskiego.
czytam Śnieg Orhana Pamuka
i myślę kiedy przyśni mi się ten sen,
w którym zobaczę spadające z czarnego nieba płatki śniegu.
sobota, 9 listopada 2013
najpiękniejsze
Najpiękniejsze wiersze
pisze się na kamieniach
mając poranione kolana
i umysł wyostrzony tajemnicą.
Najpiękniejsze wiersze pisze się
przed pustym ołtarzem,
w otoczeniu agentów
boskiego szaleństwa.
Wtedy, kryminalista i wariat,
dyktujesz ludzkości wersety
wersety odwetu...
Alda Merini
piątek, 8 listopada 2013
suszi
zjadłam trzy kromki chleba razowego posmarowane grubo świeżym masłem,
czerwoną paprykę ze słoika, w kolorze, który przypomniał mi
serduszko z ceramiki, leżące na klawiaturze służbowego komputera
(lubię je właśnie za tę karminową czerwień),
cztery słodkie jabłka najtwardsze z twardych,
trzy mandarynki lekko kwaśne i ogórek kiszony,
wypiłam herbatę zieloną i napar z czerwonokrzewu
afrykańskiego o intrygującej nazwie rooibos, w kubku z rysunkiem Pabla Picassa,
datowanym na dzień 5 grudnia 1950 roku (prezent od kochanej A.),
litr wody, kawę czarną jak smoła, przygotowaną za pomocą ekspresu ręcznego
czyli moich doskonale sprawnych rąk, którymi przelałam kawę zaparzoną
w kubku do białej filiżanki, fusy zostawiam cygankom niech wróżą pomyślność,
odmówiłam skosztowania ciasta francuskiego z wiśniowym nadzieniem
(pewna sieć supermarketów słynie z tych wyrobów, o czym wiedział kolega K.,
który dla uczczenia premii zafundował je wszystkim), oraz cukierków toffi
(zawsze w miseczce na parapecie leżą cukierki w celofanowych papierkach),
mój podziw dla współpracowników opychających się słodyczami nigdy nie maleje,
napisałam cztery pisma urzędowe, jeden wniosek, w którym zrzekłam się
funkcji administratora systemu komputerowego, poza tym esemes do W. i email do A,
dzwoniłam niezliczoną ilość razy za pomocą aparatu telefonicznego,
który stoi po lewej stronie biurka, wciśnięty między komputer
i zielone drzewko, o nieznanej mi nazwie, które jest oznaką stanu mojej duszy
(teraz tonie w jasnozielonych liściach), dwa razy śmiałam się do rozpuku,
pierwszy gdy do pokoju wleciała wielka agresywna mucha, a kolega B.
ze stoickim spokojem rzekł – ot, muszka owocówka, i drugi ze zdziwienia
Pani E. gdy odkryła, że nie noszę podkolanówek pod spodniami w biurowej przestrzeni,
w drodze powrotnej do domu widziałam stado kruków,
podobno najinteligentniejszych z ptaków występujących na świecie,
sto sztuk albo dwieście kroczyło po polanie, każde w innym kierunku, pozornie bez celu,
po południu odwiedziłam po raz pierwszy w życiu sushi bar,
kiedyś musi być ten pierwszy raz, nawet gdy się jest wegetarianką od siedemnastu lat,
zjadłam set wegetariański: maki z ogórków, imbir, wasabi,
piłam zieloną herbatę z dodatkiem ryżu z malutkiej czarki,
i wysłuchałam relacji z wydarzeń dnia jak to Młody stojąc na bramce strzelił samobója,
którego na szczęście nie uznano, bo piłka wylądowała za wysoko.
czwartek, 7 listopada 2013
praca
Kiedy się dziś obudziłam, wstałam i umyłam się,
zaczęło mi się zdawać, że rozumiem wszystko,
co się dzieje na świecie, i że wiem, jak trzeba żyć.
Kochany panie doktorze, ja wiem wszystko.
Człowiek, kimkolwiek by był, powinien pracować,
pracować w pocie czoła, bo w tym,
tylko w tym zawiera się cały sens
i cel jego życia, wszystkie jego radości.
Jak to dobrze być robotnikiem, który wstaje o świcie
i tłucze kamienie na szosie, albo pastuchem,
albo nauczycielem, który uczy dzieci,
albo maszynistą na kolei...
Boże, być nawet nie człowiekiem, ale choćby wołem roboczym,
zwyczajnym koniem, czymkolwiek, aby tylko pracować –
wszystko to lepsze niż życie młodej kobiety,
która budzi się o dwunastej w południe,
potem pije kawę w łóżku, potem ubiera się przez dwie godziny...
Ach, jakie to okropne!
Czasami w upalny dzień tak się chce pić,
jak mnie teraz chce się pracować.
I jeżeli nie będę wstawała wcześnie i nie wezmę się do pracy,
to niech pan przestanie się ze mną przyjaźnić, panie doktorze.
Antoni Czechow, Trzy siostry
ten dzisiejszy post dedykuję Pani A.,
która ma tyle energii i zapału do pracy jak czechowowska siostra,
i podejmuje coraz to nowe zajęcia, łącząc obowiązki
przedsiębiorcy, jubilera rzemieślnika, prezesa i sprzedawcy,
a ostatnio także pracownika, a przecież nie jest japonką,
jej doba ma tylko 24 godziny, w domu czekają dzieci, choć
już nie najmłodsze, i te zwyczajne sprawy jak szkoła, zakupy, porządki, obiad,
dedykuję także tym, którzy wstają o piątej lub szóstej rano
i pędzą utartym szlakiem w dobrze sobie znane miejsca,
zwane miejscami pracy, gdzie spędzają najlepsze godziny dnia,
(jaka wtedy jest jasność, jak mocno świeci słońce) a w sumie - lata,
czasami powątpiewając w słuszność dokonanego wyboru,
(dlaczego nie zostałam lekarzem, albo powinnyśmy rozkręcić jakiś interes),
aby usłyszeli jak wiatr przemawia szeptem przez szybę,
jak zdradza im tajemnice wiecznego życia i wiecznego zdumienia.
środa, 6 listopada 2013
zakupy
drugi dzień wędruję po sklepach w poszukiwaniu nowej garderoby.
moja szafa wymaga szybkiego uzupełnienia i odnowienia.
przeglądam wieszak za wieszakiem
i przypomina mi się wywód Pani M., nauczycielki włoskiego,
na temat złej jakości damskich koszulek z bawełny,
w których robią się tajemnicze małe dziurki,
wykrzywiają boki i wyciągają rękawy,
przez co starczają przeważnie na jeden sezon.
stwierdzam, że moje odzienie w istocie straciło fason i ma owe dziurki.
rozumiem teraz jej irytację.
jako pierwszą odwiedziłam nową galerię z tysiącem sklepów w centrum miasta,
później oddaloną od niej starą galerię z drugim tysiącem sklepów.
wielokilometrowe powierzchnie, które przemierzyłam
pełne były dziwacznych okryć, swetrów bez guzików,
koszulek odsłaniających połowę brzucha z rękawem 3/4,
rozpaczliwych wzorów i przygnębiających kolorów, których ilość
nie ułatwiała wyboru, a od rozmaitości i feerii barw rozbolała mnie głowa.
niektóre sklepy wyglądały tak, jakby nikt nigdy do nich nie wchodził,
i wchodzić nie miał zamiaru, a sprzedawcy pogodzeni z faktem,
usługiwania nieobecnym klientom zamierali w znudzeniu i beznadziei,
nie różniąc się wcale od manekinów.
z wszechobecnych szumów dobywających się z wnętrz sklepów
wyłapałam dźwięki muzyki, którą lubię, i która dodała mi sił i uratowała moje zakupy -
A New SoulYael Naim i Jamesa Blunta.
o szóstej obwieściłam koniec maratonu i wyjście z księgarni.
dotychczasowy rezultat - siedem do dwóch uznałam za zadowalający -
siedem rzeczy kupionych, dwie zwrócone,
czyli w mojej szafie się znajdą: jasnobeżowy sweter z grubej wełny,
dwie koszulki granatowe z długim rękawem, jedna z rozkwitającymi kwiatami
druga z czarnymi paskami, szary tshirt i czarny top.
wtorek, 5 listopada 2013
kebab
każdy dzień głodówki powoduje wzrost pragnień kulinarnych.
w pierwszy dzień myśli Młodej krążą jak zwykle
wokół: pizzy, sushi, kebaba.
obiecuję jej, że zje wszystko jak tylko wyzdrowieje.
te słowa działają na nią jak magiczne zaklęcie, gorączka spada.
Młoda przygotowuje mi listę zakupów.
kupuję potrzebne składniki w osiedlowych sklepach:
ogórek zielony i kiszony, pomidory, ser żółty, czosnek,
dwa kubki gęstego jogurtu naturalnego, majonez.
po czarne oliwki i pitę idę do delikatesów arabskich,
które znajdują się pięć minut drogi od mojego domu,
nie chcę przez to powiedzieć, że mieszkam w dzielnicy arabskiej,
wręcz przeciwnie, taki sklep to w moim mieście rzadkość.
nie odwiedzam często tego sklepu.
ale lubię do niego przychodzić ze względu na zapachy
i egzotyczne opakowania z tajemniczymi napisami,
które częściowo tłumaczą ich angielskie odpowiedniki,
duże słoje herbat, olejki do twarzy, do włosów, arganowy,
z liści laurowych, za ladą stoi młoda polka
w nieodzownej czarnej chuście na głowie,
zastanawiam się czy to wymóg pracodawcy czy jej własny wybór,
dziś sprzedawcą jest młody arab, mówiący łamaną polszczyzną.
nie wiem ile rozumie z tego co mówię,
bo nie odpowiada na moje pytania.
do sklepu wchodzi kobieta w średnim wieku
widać, że nie jest tu po raz pierwszy, wybiera szybko,
od razu zasypuję ją pytaniami, chętnie
wyjaśnia mi do czego używa niektóre produkty,
zachęca do spróbowania tahini i orientalnych słodyczy,
zachwala płaty ciasta pakowane w paczkach,
za jej namową kupuję tahini w białym plastikowym słoiku
z zieloną zakrętką, i dwa batoniki w złoconych papierkach,
sprzedawca od siebie dodaje jeszcze przepis na humus,
z dodatkiem tahini oczywiście.
poniedziałek, 4 listopada 2013
tam
Tam, gdzie wiatr śpiewa pieśni,
jesienią modlą się do Boga
liście złote
i Cyganka czarna.
W lasach,
u krzyżowych dróg,
gdzie wiatry śpiewają pieśni,
Cyganka Boga prosi
i liść złoty spada.
Bronisława Wajs (Papusza), Tam, gdzie wiatr
cyganka boga prosi
liść złoty spada
deszcz dżdży
ciemna jesień wkracza tam,
gdzie żałobnicy pieśń grają
odchodzącemu latu
a ja plany snuję
niedziela, 3 listopada 2013
teściowa
rocznik 27 to był dobry rocznik - mówi kobieta
siedząca naprzeciwko mnie przy restauracyjnym stole.
teściowa jest z rocznika 26 - wyjaśnia A.
teściowa na pogrzeb przyjechała ze stolicy.
drobna, niewysoka, bezpośrednia w obejściu.
mądre, dobre oczy, patrzą na mnie z uśmiechem.
pamięta nasze spotkanie przed trzema laty w Zakopanem.
chciałaby jeszcze raz wybrać się w góry
w takim gronie jak wówczas.
na cmentarzu dwóch mężczyzn, dużo od niej młodszych,
jeden pięćdziesięciodwuletni, drugi czterdziestosiedmioletni
służą jej ramieniem, ona kroczy między nimi jak młoda dziewczyna.
na czwarte piętro weszła bez zatrzymywania.
kto na trzecim piętrze się nie zatrzymuje,
ten ma zdrowe serce - mówi.
na co dzień nie ćwiczy chodzenia po schodach,
mieszka na parterze domu, ale w wysokie góry jeszcze się wybiera.
choć wspinania już nie uprawia, dalej jeździ na nartach i na rowerze.
dwa razy do roku wydaje przyjęcia dla 60 najbliższych osób,
z okazji imienin swoich i męża,
młodszego o dwa lata, który ma dopiero osiemdziesiąt pięć.
sobota, 2 listopada 2013
właśnie
Być może właśnie tu i teraz
kiedy pode mną przesuwa się ziemia i cierpliwy ocean
pozwalający patrzeć na siebie z góry
być może tu właśnie
na wysokości dziesięciu tysięcy metrów
nad chmurami które zakrywają wszystko
tak że leci się w mroźnej pustce
w przestrzeni przezroczystej i niczyjej
być może w tym półbycie
dane mi będzie pojąć czym jest ono
to życie niepowstrzymane
wciąż obrócone plecami do mijającego czasu
to życie w którym cierpienie
nigdy nie może sprostać utracie
Julia Hartwig, Być może
piątek, 1 listopada 2013
cmentarz
wy, którzy przechodzicie, pamiętajcie, proszę, o nas.
niegdyś byliśmy, kim jesteście
czym jesteśmy, tym będziecie.
zwiedzałam stary ewangelicki cmentarz, który jest udostępniany
zwiedzającym tylko raz w roku, w dzień wszystkich świętych.
cmentarz jest zdewastowany i zaniedbany, ale i magiczny, z klimatem.
ostatnią osobę pogrzebano tam 60 lat temu.
na cmentarzu architektura roślin zdominowała architekturę grobowców.
nie ma nawet regularnych ścieżek.
odnowiony jest tylko jeden grobowiec tajemniczego przedsiębiorcy.
po terenie cmentarza oprowadzał nas przewodnik,
bardzo przystojny młody człowiek, chyba architekt,
dla którego cmentarz nie ma żadnych tajemnic.
znał każdą piędź ziemi, każdy jego grobowiec.
opowiadał tak ciekawie historię tego miejsca, pochówków (tych oficjalnych,
i nieoficjalnych) oraz życiorysy właścicieli grobowców,
że słuchałam go z zapartym tchem, jak kilkanaście innych osób.
przewodnik całą energią swojej młodości walczy o odnowienie cmentarza.
doprowadzenie terenu do stanu, w którym mógłby być otwarty
dla zwiedzających jest jego misją.
pewnie jeszcze tego nie napisałam, że kocham cmentarze.
odwiedzam je gdy tylko mam okazję,
niezależnie od tego czy znajdują się w Paryżu czy Zawoji,
i służą do grzebania zmarłych
albo są terenami spacerowymi kryjącymi zabytki kultury.
niezwykły nastrój tego cmentarza udzielił się Młodej,
która kontemplowała samotnie, opuściwszy grupę i przystojnego przewodnika,
na koniec stwierdzając, że w tym miejscu mogłaby umawiać się na randki.






Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
