piątek, 31 lipca 2015

wnioski



miłego lata w mieście.

rozciągajcie się
medytujcie
biegajcie
leżcie w słońcu koło kwiatów
piszcie wiersze
pałaszujcie sorbet owocowy bez umiaru
(szczególnie ten cytrynowy i z owoców leśnych)
i składajcie wnioski inicjatywy obywatelskiej

miłego lata w mieście.

czwartek, 30 lipca 2015

zając



wieczorem w centrum wielkiego miasta wypadł na mnie z ozdobnego sitowia.

spłoszony moim widokiem zrobił stójkę i zawrócił.
zdążyłam zrobić kilka zdjęć.
widać na nich zajęcze słuchy.
czujność i zagubienie.
strach i gotowość do ucieczki.
po chwili wyskoczył z drugiej strony kępy traw.
i zamarł w bezruchu,
cierpliwie wyczekując na odpowiedni moment, żeby przeskoczyć dwupasmówkę.

w niektórych dzielnicach wielkiego miasta pojawiają się dziki,
w mojej jeże i zające.

środa, 29 lipca 2015

rozgrzewka



rozsyłam kolegom z pokoju instrukcje z ćwiczeniami
joga w pracy
i zaczynamy ćwiczyć
10 pozycji, które można wykonać przy biurku

oczywiście jeśli nie ma szefa

robimy wszystkie asany z listy

w połowie czuję jak koszula przylepia mi się do ciała

po tej rozgrzewce na siedząco chciałabym znaleźć się na prawdziwej macie
i robić ulubione wygięcia w kocim grzbiecie i asany skrętne
w pełnej wersji

poniedziałek, 27 lipca 2015

wrażenia



Pan T., dwudziestoletni student z Francji, zapytany o wrażenia z całodniowego spaceru po wielkim mieście, po którym oprowadzali go Młodzi, odpowiada z przekonaniem:
- wielkie miasto jest ładniejsze od Nicei.

gwoli wyjaśnienia muszę dodać, że Pan T. dwa ostatnie lata spędził na studiach w Nicei, więc wie o czym mówi.

sobota, 25 lipca 2015

lody



Wybiegamy spóźnieni na warsztaty kulinarne. Przed drzwiami spotykam sąsiadkę (zza ściany), która prowadzi rodzinną cukiernię. Chwalę jej lody, które stały się słynne tego lata. Z racji chwytliwej nazwy wykorzystującej skróconą, młodzieżową formę nazwy wielkiego miasta. W jednej chwili obdarowuje mnie tymi popularnymi lodami na patyku, bo tak rzadko się widujemy - mówi. Przeźroczysty celofan podpisany ręcznie. Etykieta informuje: 100% natural, hand-made, fruity, data do spożycia do końca września 2015. Najbardziej smakują mi truskawkowe. Są doskonałe, na głowę biją wszystkie komercyjne lody.

Warsztaty prowadzi para muzyków polsko-fińska, ona gra na wiolonczeli, on na gitarze. Pieczemy otwarte pierożki karjalanpiirakat z trzech rodzajów mąki, wypełnione masą ryżową. Po upieczeniu smarujemy je masłem (nie obejdzie się bez niego żadna fińska potrawa) i dodajemy pastę jajeczną (posiekane na twardo jaja z dodatkiem masła). Na deser – pieczemy jabłka z czerwonymi porzeczkami (w podłużnej foremce) posypane płatkami owsianymi z masłem. Podaje się je z lodami śmietankowymi lub waniliowymi. Pycha.

Przy okazji dowiadujemy się, jak to zwykle od autochtonów, wielu ciekawych rzeczy o Finlandii. Nie ma tam rodzajników on i ona, więc w rozmowie nie wiadomo o kim mowa, tym bardziej, że imię nie wskazuje płci. Największą ciekawostką jest to, że rodzice nadają nowo narodzonemu dziecku nowe imię. Ambicją każdego ojca i matki jest wymyślenie czegoś absolutnie unikalnego. Dlatego na początku roku szkolnego nauczycielka dostając listę uczniów, nie wie który z nich jest chłopcem, a który dziewczynką.

piątek, 24 lipca 2015

pasikonik


obserwuję pasikonika, który
przysiadł na parapecie

od kilku godzin
w tej samej pozycji

na nóżkach
zielonych jak źdźbła trawy
siedzi jakby na coś czekał
jakby spał

zdaje się, że zgubił drogę do domu
(nie bez winy są siatki w oknach przeciw komarom)
i coś mi mówi, że jego konikowe serduszko nie wytrzymało upału

czwartek, 23 lipca 2015

lawenda


Pani L. (dobra dusza na piętrze) częstuje mnie winogronami. Pochłaniam je łapczywie, jakby to były moje pierwsze i ostatnie winogrona w życiu, taka jestem spragniona. Podnosząc owoce do ust, raz po raz czuję ból prawego przedramienia, ręka boli mnie od kilku dni. Myślałam, że przeforsowałam ją na jodze (dlaczego tylko jedna ręka, skoro haturanga dandasana dalej mi nie wychodzi, w dodatku ćwiczę tylko dwa razy w tygodniu, i nie są to zbyt intensywne ćwiczenia). Ale po kwadransie wycierania kuchennych szafek magiczną gąbeczką, wiem skąd wziął się ten ból, to efekt kolejnego dnia poświęconego na sprzątanie i wykonywania jednostajnego ruchu góra-dół.

Piszę scenariusz filmu reklamowego. Czy ja mogę narzekać na swoją pracę, nie, dopóki robię takie rzeczy nie mogę, nie powinnam. Klima sączy cichutko swoją jednostajną pieśń, biurko przystrojone widokówkami z pracami Cerise Doucede, oraz Jaume Plensy (w którym od biennale w Wenecji jestem zakochana), dodaje mi oddechu. Ekran komputera dalej kusi lawendą (zmieniam jeszcze kolory notatek na pulpicie, żeby pasowały do pachnących pól).

W domu do mikstury czyszczącej, którą wzorem perfekcyjnej pani domu przygotowuję w rozpylaczu (w proporcjach na oko - dużo wody mało octu) dolewam olejku lawendowego. Dziesięć kropli dodanych do buteleczki sprawia, że w czasie mycia szyb biblioteczki unosi się wokół mnie magiczny zapach francuskiego lata i już nie myślę o sprzątaniu, raczej o tym czy ta wonność utrzyma się i przeniknie do książek, czy pozwoli mi cieszyć się sobą dłużej i podczas czytania.

środa, 22 lipca 2015

sorry



personalizuję ekran służbowego komputera,
wbrew zaleceniom zespołu informatycznego korpo.
w ciągu minuty mam pięć różnych motywów tła
od złocistych chryzantem po komiksowego żółwia
– wygrywa kanion Colorado, nigdy niespełnione marzenie podróży.

po chwili w innej zakładce odkrywam pole lawendy, które przenosi mnie
na południe Francji i już podziwiam liliowe brzuchate kępy i pasmo zamglonych gór.
czuję unoszący się zapach wakacji i pragnę napchać sobie kieszenie pachnącymi płatkami
tych czarodziejskich kwiatów.

wychodzę z biura.
słońce dopada mnie z taką siłą, jakby świeciło tylko dla mnie.
na ulicy czuję się niczym młoda aktorka oślepiona światłem scenicznych jupiterów.
zakładam ciemne okulary
podpinam włosy i rozdaję uśmiechy mijanym przechodniom.

ktoś mi dzisiaj powiedział sorry, taki mamy klimat wskazując na silną klimatyzację.
parafrazując to popularne obecnie w Polsce powiedzenie, dopiero
na dworze mówię: sorry, ale chce się żyć.

wtorek, 21 lipca 2015

granice



Zupełny brak tchu, niebo letniej nocy
sięga tak daleko do wieczności,
nie ma jeziora, gdzie mgły przynoszą ulgę,
odzwierciedlają taką ciszę
jak tę chwilę -

wtedy granice samotności się zacierają
i oczy stają się przezroczyte,
i głosy stają się proste jak wiatry,
i nie ma już niczego więcej do ukrycia.
Jak mogłabym teraz się bać?
Nigdy cię nie stracę.


Karin Boye, Ta chwila


brak mi tchu
rozżarzone powietrze
letniej nocy sięga stąd do wieczności
nie ma morza, gdzie bryza przynosi ulgę
nie ma rzeki, z kaskadami chłodnych basenów

trwam w tej chwili
niebo wstępuje we mnie

granice zacierają się
wędrujące ulicą głosy mieszają się z
zapachem spalonej ziemi
nie mam już nic więcej do ukrycia
nagie ciało rozbłysło kroplami potu
nie muszę się niczego bać

poniedziałek, 20 lipca 2015

smsy



odkąd wyjechali piszę smsy:
kocham kocham kocham
ściskam ściskam ściskam


Adresatka odpowiada:
uściski
co tam w domu? ale nie dzwoń, tylko napisz


Adresat milczy
nie odpowiada na moje słowne zaczepki
chodzą słuchy, że uskarża się na telefon zastępczy,
który nie jest smartfonem

niedziela, 19 lipca 2015

opactwo



w wielkim upale
pojechałam do Tyńca

w upale
zwiedzałam jedyne w Polsce opactwo
wzmiankowane w europejskich przewodnikach

oprowadzał nas brat Grzegorz
jeden z trzydziestu pięciu mnichów
przystojny przed trzydziestką
w klasztorze jest krótko, bo od 3,5 roku

stałość to cecha szczególna tego zakonu
od ślubów do śmierci mnisi benedyktyńscy przebywają
w jednym miejscu
w czarnych sukmanach, opasani skórzanym pasem
spędzają na modlitwach i liturgii - nieszpory
godzina czytań z kompletą, msza św. konwentualna
(jak wyliczam na podstawie porządku dnia) -
minimum 4 godziny dziennie

wszyscy wszechstronnie wykształceni
na pobliskim cmentarzu
nieomal każdy nagrobek (za wyjątkiem jednego)
oznaczony jest literami prof.

wdaję się w pogawędkę ze napotkaną kobietą
pracowała w klasztorze pięć lat
jej mąż osiem przy odbudowie obiektu
mówi o tych, którzy znaleźli wieczny odpoczynek
to byli mądrzy mnisi
można było z nimi porozmawiać o życiu
a Ci młodzi teraz ...



sobota, 18 lipca 2015

banieczka



Oglądam w internecie kampanię społeczną Dopalacze ryją banię, i odkrywam nieznany mi język młodzieżowy. Pierwszy raz natknęłam się na sformułowania: tripowaliśmy, wrzucić do klasera (kolekcjonować), mieć haluny, czy rycie bani. Czytam wyjaśnienia językoznawców tych młodzieżowych sformułowań, i dziwię się, że można mieć zrytą banię, w pozytywnym znaczeniu, a nawet banieczkę.

Sprawdzam skutki gradobicia na balkonie, i z satysfakcją stwierdzam, że żadna roślina nie ucierpiała. Wygląda na to, że po kolejnej wichurze, moje świerki czują się lepiej i są bardziej zielone. Piszę propozycje zmian, które uważam za niezbędne do przeprowadzenia w mojej dzielnicy, tych architektonicznych i artystyczno-kulturalnych wyszło prawie półtorej strony (może powinnam się streszczać?). Prawie cały dzień żywię się arbuzem z lodówki. Ten najsłodszy po uderzeniu ręką wydaje dźwięk klaskania Jeśli nie brzmi jak dłonie/ klaszczące na weselu, nie jest twój.* Może powinnam oprócz ławeczek grających muzykę poważną, zaproponować jeszcze zorganizowanie święta arbuza?

Mój bank potwierdził otrzymanie pieniędzy tytułem zwrotu sandałów minimalistycznych. Jak obiecałam odnotowuję ten fakt na blogu. Za szybkość reakcji (trzy dni od daty otrzymania przesyłki) oraz handlową rzetelność polecam tego producenta. Trzeba jednak pamiętać decydując się na zakup obuwia w cyberprzestrzeni, że trudno dopasować stopę do zaproponowanej rozmiarówki, a zwrot obuwia wiąże się z dodatkowym kosztem. Mam nadzieję, że wkrótce na jakichś targach uda mi się przymierzyć te buty i wybrać właściwy dla siebie model, tak żebym mogła cieszyć się także latem chodzeniem prawie na bosaka.


*Khaled Mattawa, Opowieści arbuzowe

piątek, 17 lipca 2015



Pij herbatę powoli i z szacunkiem, tak jakby była to oś, wokół której obraca się świat – powoli, spokojnie, bez gonienia ku przyszłości.
Thích Nhất Hạnh

sprzątanie



Dawnej dom sprzątało się gruntownie przed świętami. Był to czas wielkich porządków i powszechnego czyszczenia, wypełniony niezliczonymi czynnościami (jak woskowanie podłóg, czyszczenie zastaw stołowych, naczyń ze srebra, pranie bielizny pościelowej oraz zasłon), które przywracały dawny blask mieszkalnym pomieszczeniom. Z miotłą i ścierką docierano do każdego kąta, nawet najbardziej zapomnianego. Przeganiano myszy i pająki. Wymiatało złe nastroje, choroby, pajęczyny.

W moim domu rodzinnym nie przywiązywano wielkiej wagi do porządków świątecznych. Sprzątało się, ale w granicach przyzwoitości, bez zbędnego nadęcia. Kontynuując tę linię, odpuszczam sobie sprzątanie świąteczne, traktując je jak sprzedaż wiązaną, przed którą nie da się uciec. Sprzątam, tyle ile trzeba, aby dobrze czuć się we własnym wnętrzu.

Inaczej ma się z porządkami przed przyjazdem gości. To jest czas specjalnych przygotowań i nic nie może być pominięte. Piszę długą listę rzeczy do zrobienia. Mobilizuję rodzinę. Wyciągam całą armię szczotek, mopów i magicznych gąbeczek (to mój największy sprzymierzeniec w walce z brudem plus gumowe rękawiczki). Właśnie teraz rozwijam skrzydła i porządkową inwencję. Mieszkanie ma lśnić. I będzie. Tylko czystością mogę przysłonić niedoskonałości wynikające z braku codziennej troski. Więc po tym przydługim wstępie zabieram się do pracy...

środa, 15 lipca 2015

wakacje



zamknęłam się w domu jak w pudełku
wygładziłam fałdy zasłony
przeszukałam lodówkę
wyłączyłam komórkę
rozciągnęłam na łóżku niczym płaszczka
łapczywie sięgnęłam po czereśnie z pełnej misy
i pomyślałam
czy ja muszę wyjeżdżać na wakacje?

wtorek, 14 lipca 2015

wskazówka



Obiecaj mi,
obiecaj mi dzisiaj,
obiecaj mi teraz,
kiedy Słońce jest nad głową,
dokładnie w zenicie,
obiecaj mi:

Nawet
jeżeli cię przygniotą
górami nienawiści i przemocy;
nawet jeżeli rozdepczą cię
jak robaka,
nawet jeżeli poćwiartują cię i wyprują wnętrzności,
pamiętaj, bracie,
pamiętaj:
człowiek nie jest naszym wrogiem.

Jedyną rzeczą wartą ciebie jest współczucie -
niepokonane, nieograniczone, bezwarunkowe.
Nienawiść nigdy nie pozwoli ci
przeciwstawić się
bestii w człowieku.

Pewnego dnia, kiedy staniesz samotnie przed tą bestią,
z niewzruszoną odwagą, z życzliwością w oczach,
bez wzburzenia
(nawet jeżeli nikt tego nie zobaczy),
z twojego uśmiechu
rozwinie się kwiat.
Ci, których kochasz
ujrzą cię poprzez tysiące światów narodzin i śmierci.

I znów samotny,
pójdę z pochyloną głową,
wiedząc, że miłość stała się wieczna.

Słońce i księżyc
będą dalej świecić
na mojej długiej, wyboistej drodze.

Thích Nhất Hạnh, Wskazówka


obiecuję.

obiecuję dzisiaj,
obiecuję teraz,
gdy coraz więcej na niebo wschodzi gwiazd
dokładnie w tej chwili
obiecuję:

nawet jeżeli przygniotą mnie
górami przemocy i nienawiści,
nawet jeśli unicestwią mnie jak zwierzę rzeźne
nawet jeśli zapanują nam moim ciałem
będę pamiętać:
człowiek nie jest moim wrogiem.

pewnego dnia, kiedy stanę przed najgorszym
z niewzruszoną twarzą, z łagodnością w oczach
uwagę skupię na wdechu i wydechu, a
z mojego uśmiechu rozkwitnie miłość.

ci, których kocham
ujrzą mnie przez pola kwiatów i tysiące narodzin i śmierci,
jak idę z podniesioną głową.

miłość stała się wieczna.




poniedziałek, 13 lipca 2015

Timbuktu



Nie włączam domowego komputera w poniedziałek i czwartek. Od dwóch tygodni. Odzwyczajam się od serfowania. W te dni nie piszę postów, nie przeglądam ulubionych stron, nie czytam blogów. Z przyzwyczajenia jeszcze włączam wifi w strefach dostępu i ściągam aktualizacje najświeższych wiadomości i pocztę na telefon.

Minęły dopiero dwa tygodnie, ale już czuję, że tworzy się nowa przestrzeń. Moja własna. Naznaczona rozłąką z cyberprzestrzenią. Wolność. Od błękitnych ekranów i czarnych klawiatur. Od gugla i chroma, od enter i dilejt.

Tak mi się marzy (to wpływ filmu Timbuktu) istnieć z dala od wszelkiej pracy i obowiązków, od nakazów i zakazów, od bycia podwładnym po bycie obywatelem. Od stroju dress code do farbowanych włosów, od dzwoniącego rano budzika po lunch w pojemniku, od szumu drukarki po dźwięk tankowania. Być dalej. Żyć pełniej. Doświadczać istnienia poza instytucją i ustalonymi granicami. Być pielgrzymem i podróżnikiem, mniszką i wagabundą, być Adamem i Ewą. Oddać się szczęściu i celebrować chwilę aż do kresu dnia. Częściej. Więcej. Dalej.


niedziela, 12 lipca 2015

miska



Na jarmarcznym straganie kupuję ceramiczną miskę. Pomalowana na zewnątrz w kolorze słonecznej żółci, wewnątrz jest stalowoniebieska, i ten błękit rozlewa się nieregularnie niczym wulkaniczna lawa poza brzeg naczynia. Misa została wykonana na zajęciach terapeutycznych grupy twórczej osób niepełnosprawnych.

Lubię elementy dekoracyjne wykonane przez artystów nieprofesjonalnych, szczególnie takie, stworzone w poszukiwaniu piękna i wewnętrznego spokoju. W ubiegłym roku na tym samym jarmarku kupiłam kwadratowe naczynie, o wysokości 3 cm, z granatową glazurą upstrzoną plamami ciemnej czerwieni. Do czego miał pierwotnie służyć ten pojemnik nie wiem, ale my używamy go jako serwetnik. Zastosowanie rzuciło się w oczy natychmiast gdy stanął na stole. W jego wnętrzu idealnie wpasowują się papierowe serwetki w zabawne ludki i wielkanocne zające.

Na stoisku pod wielkim dębem, rękodzielnictwo sprzedają twórcy tych osobliwych dzieł czyli osoby niepełnosprawne i ich terapeuci. W pewnej chwili, wysoki sprzedawca, odnalazł wykonaną przez siebie zakładkę do książki, ogląda ją i z radością wykrzykuje – o to moje!

Spodobał mi się ten okrzyk zachwytu. Spodobała mi się duma tego twórcy.

Wspominając tę scenę, czuję lekki żal, że nie poznałam autorów zakupionych przeze mnie prac, ani że nie było mi było dane usłyszeć tego okrzyku radości: to moje! wskazującego na miskę lub ceramiczny kwadrat.

sobota, 11 lipca 2015

bezwładne



obudził mnie budzik.
to przykre, jak na weekend, zdarzenie wywołam sama. zupełnie niepotrzebnie.

idąc spać nie nastawiałam budzika, pamiętam to wyraźnie, bo nigdy tego nie robię w piątek (w sobotę wstaję bez dzwonów). ale w nocy straciłam rachubę jaki jest dzień tygodnia, i gdy zobaczyłam niewłączony przycisk budzika (kątem uchylonego nieznacznie oka), to automatycznie go nacisnęłam. i nawet poczułam pewną ulgę, że zauważyłam to właśnie przed tym, nim miał zadzwonić, i że nie spóźnię się do pracy. kiedy rozległo się titanie, z trudem je wyłączyłam, lecz nie miałam siły, aby podnieść się z łóżka. obudziłam się dopiero za piętnaście ósma, gdy było już bardzo jasno, dziwiąc się temu nocnemu zdarzeniu z budzikiem. kogo miał obudzić, i po co. czy moją nieuwagę miał przywołać do pionu, skierować na właściwe tory?

dalej dzień potoczył się zwyczajnie, zakupy w najbliższych sklepach, mus truskawkowo-bananowy ze szpinakiem, czyli próba powrotu do diety raw till four, rozmowa telefoniczna z Panią A. (tylko 54 minuty), a potem późne i obfite śniadanie (w sezonie wakacyjnym nie mam sobotnich zajęć jogi i pozwalam sobie aż nadto), lektura wyborczej nad filiżanką herbaty, a w niej ciekawe wspomnienie poety Jarosława Mikołajewskiego o ojcu, o jego dużych dłoniach i upodobaniu do truskawek (imieninowych gości na truskaweczki zapraszał), a także wiersz z prowadzonej przez poetę rubryki WIERSZ JEST CUDEM, za którą wielka chwała mu się należy (za tytuł i za to, że udało mu się przebić z poezją do tak popularnej gazety). dzisiaj był to wiersz Tadeusza Kijonki Kto, co: Zza czarnej góry/ wypełza chmura/ i brnie przed siebie./ A za nią dalsze,/ bezwładne stado/ nadyma się i spiętrza.

złożyłam Młodej życzenia imieninowe i wręczyłam prezent - różowy wieszak na biżuterię w kształcie serca. zrobiłam też przelew na jej konto z tym samym co zawsze tytułem na arbuza, podwieczorek przy rodzinnym stole z kawą i owocami.

i w końcu wysłałam zgłoszenie na medytacje oświęcimskie, organizowane w listopadzie przez buddyjski ośrodek zen z Warszawy.

piątek, 10 lipca 2015

klucze



- dostałam klucze do domu. - mówi Pani M. informując nas o coraz
intensywniejszych barwach swojego związku.
- szkoda, że ten dom tak daleko! - z uśmiechem zauważa Pani A.
- to wygląda na poważną sprawę. - dodaję.
- jest poważną - potwierdza dobitnie Pani M.

czwartek, 9 lipca 2015

pięty



- jakie pani ma małe pięty! - zachwyca się kosmetyczka moimi stopami.
- to chyba rozmiar 37 - mówi wmasowując kosmetyk.
- nie, skądże, 41! - ogłaszam.
- ech, to niemożliwe! - śmieje się.

czy to z powodu tych małych pięt i wąskich stóp, czy też niewłaściwych instrukcji pomiaru ze strony internetowej, minimalistyczne sandały, które otrzymałam przesyłką pocztową, okazały się dla mnie zbyt duże. zwróciłam je producentowi. teraz czekam na zwrot pieniędzy.

to mój pierwszy zakup butów przez internet i niestety nieudany. jak tylko dostanę zwrot zapłaty, to napiszę o tym na blogu. bo z handlowcami jest tak jak z mężczyznami, prawdziwego poznaje się nie po tym jak zaczyna, ale jak kończy.

a buty miały taką ładną nazwę mnichy...

pewnie te pasujące na moje stopy, nazywałyby się mniszki.

środa, 8 lipca 2015

dowody


Młodzi odebrali dziś pierwsze w życiu dowody osobiste.

podziwiamy te ślicznie błyszczące plastikowe karty z podobizną właścicieli
na awersie i rewersie, które musi mieć każdy pełnoletni obywatel mieszkający w Polsce
i na żądanie przedstawicieli różnych władz publicznych oraz uprawnionych osób okazywać.

Młoda z dumą pokazuje mi swój dokument i mówi,
że gdyby nie padający deszcz, to miałaby ochotę pójść do ulubionej knajpy,
rzucić na bar ten plastikowy dowód swojej pełnoletności i powiedzieć:
- herbatę poproszę!

sobota, 4 lipca 2015

nie



nie pojadę już więcej do Elbląga.
nie pojadę nigdy.

wymazuję to miasto z mapy Polski
jako wrogie kobiecie i niegwarantujące jej bezpieczeństwa,
miasto, w którym gwałciciele chodzą wolno po ulicach,
policja przesłuchuje podejrzanych pół roku po zdarzeniu,
a prokuratura umarza śledztwo,
po czym sąd (sędzina) uznając sprawców za winnych daje wyrok w zawieszeniu.

tak niskiego wyroku za gwałt w Polsce jeszcze nie było i nie można go inaczej tłumaczyć
jako jawne przyzwolenie organów sprawiedliwości na tego typu zachowania ze strony mężczyzn.

organizacje feministyczne napisały w tej sprawie list otwarty.
najbardziej niepokojące jest jednak to, że aby osiągnąć sprawiedliwy wyrok sprawa musi być nagłośniona przez media.


piątek, 3 lipca 2015

czekanie



Kiedy uczeń jest gotowy, pojawia się mistrz.

czekam na mistrza
czekam na anioły,
które zejdą z nieba
i otoczą mnie czułym majestatem
nadziei

wszystko niech będzie drżeniem wiatru
wszystko niech będzie wzruszeniem ramion
wszystko niech będzie słowem tak delikatnym jak trzepot motyla

czwartek, 2 lipca 2015

Różewicz


ciągle mnie pytają
co pan myśli o Bogu
a ja im odpowiadam
nieważne jest co ja myślę o Bogu
ale co Bóg myśli o mnie

Tadeusz Różewicz

wpadam do biblioteki, nieomal pusta półka z nowościami, za to dwa rzędy poezji wyglądają jakby nikt się do nich nie zbliżał od lat, w oczy wpada mi tomik Różewicza, zaczynam czytać i wsiąkam, wychodzę z trzema książkami poetyckimi Różewicza i Domem Spokojnej Młodości Ewy Lipskiej. nim dojdę do domu przeczytam już połowę nożyka profesora, który wydany jest razem z rękopisami z niespotykaną pedanterią - końce stron opatrzone są znakami oznaczającymi światło między wersami oraz światło między zwrotkami. szczególnie podobają mi się wspomnienia o Miłoszu, które pojawiają się raz po raz w wierszach Różewicza, no i nie jest to już tylko znane z lekcji polskiego Mam dwadzieścia cztery lata/ocalałem/prowadzony na rzeź, ale czasem "życie" zasłania/ To/ co jest większe od życia. w szarej strefie wiersze inspirowane wierszami Leopolda Staffa, na którego dzięki przytoczonym bezpośrednio przed wierszem cytatami (tak jak u mnie!), też można spojrzeć inaczej. dlatego na koniec zacytuję właśnie Staffa, w wierszu który wydaje mi się najszczerszy, i najbardziej pasujący do obecnej letniej aury:

Siedzę w ogrodzie.
Wszystko jest stare odwieczne.
Słońce, drzewa, kwiaty.
Tylko ja jestem młody,
Jak własny wnuk,
Jak wielu wnuków,
Bo jest ich tłum.
Śmieją się ze mnie.
Ja też.
Leopold Staff

środa, 1 lipca 2015

świętoszek



Życie jest tak dobre, jak dobrym pozwalasz mu być. Charles Bukowski

zwiedzam z Panią E. nowo otwarte muzeum. wjeżdżamy na wieżę widokową, z której rozlega się przejmująca panorama wielkiego miasta, a ja jak zwykle boję się wysokości, i za jej plecami chowam się, na szczęście pracownik muzeum wyczuwając moje lęki, zagaduje i sypie anegdotkami, dzięki czemu nie zbiegam z przerażeniem schodami w dół, a nawet udaje mi się zrobić selfie z wieżowcami w tle. w samym muzeum zachwyca architektura - surowość, prostota, przestrzeń w liniach prostych. wchodzimy wgłąb coraz niżej i niżej. na minus dwa - kolekcja sztuki, i jak zwykle najbardziej podobają mi się obrazy malowane radością i kolorem, czyli malarstwo naiwne Sówka, Ociepka, Wróbel (brakuje tylko sikorki - powie Młody w komentarzu do mojej relacji, a przecież Sikorka ze mną była!), i linoryty Nowaka. polska sztuka współczesna do mnie nie przemawia, dopóki szara i bura, dopóki depresyjna. kobieta zwiedzająca tę część wystawy z kilkuletnim synem wychodzi nie kryjąc niechęci - niektórej sztuki nie można brać poważnie. - mówi do dziecka. po powrocie w domu, oglądam z Synem Świętoszka teatru telewizji, z doborową obsadą - Łomnicki, Łukaszewicz, Seweryn, Szykulska i Seniuk. wszyscy aktorzy nieprawdopodobnie młodzi i tacy perfekcyjni w warsztacie aktorskim, że przedstawienie, choć stare i czarno-białe, faktycznie zainteresowało Młodego i przemówiło pięknem języka i opisywanej historii. przed zaśnięciem czytam cudo - ogromne tomisko wierszy w przekładzie Miłosza, które Poeta sam wybrał i opatrzył komentarzem. czy ja już o tym gdzieś wspomniałam, że Miłosz jest moim ukochanym poetą, twórcą, i jedynym mentorem?