wtorek, 30 września 2014

drogeria


wpadam do sieciowej drogerii o niemiecko brzmiącej nazwie. przeglądam asortyment kremów do pielęgnacji twarzy. jeden przy drugim leżą kolorowe pudełka w błyszczących foliach od najwyższej półki do najniższej. odczytuję napisy informujące o rodzajach użytych kwasów i olejków, kodach młodości, laserach oraz niezawieraniu szkodliwych parabenów. na półce tuż przy ziemi odkrywam kremy 70+ polskiego producenta. i nie mogę ukryć zdziwienia. jak schyli się po nie siedemdziesięcioletnia klientka? a jak starsza, bo to w końcu jest krem dla pań 70 plus? jeśli uda jej się sięgnąć, to czy zgięta w pałąk zdoła się wyprostować? nie widzę żadnych uchwytów przy regale. zwracam uwagę ekspedientce przy kasie na tę dziwną właściwość prezentacji kosmetyków. zdaje się nie rozumieć problemu. jak możliwe jest takie usytuowanie? indaguję - rozkład towarów otrzymujemy z centrali - tłumaczy kasjerka, niepojęte, wygląda na to, że nie zależy państwu na ich sprzedaży - nie ustępuję. - rozumiem układać nisko kremy dla pięćdziesięciolatek, te mogą się schylić i niech się schylają, ale staruszki, chyba że te kremy ktoś kupuje dla nich w prezencie. - monologizuję. kobieta śmieje się i dodaje z zawodową grzecznością - zawsze służymy pomocą.

po wyjściu ze sklepu, postanawiam nieprzerwanie ćwiczyć skłony do przodu i szybkie podnoszenie z kolan, tak żebym w przyszłości samodzielnie mogła sięgnąć po kosmetyk z najniższej półki. teraz nie tylko wiem skąd wzięło się to wyświechtane określenie, ale też jakie trudności musi pokonać osoba dokonująca wyboru z powodów ekonomicznych.

poniedziałek, 29 września 2014

orzech


kapelusiki żołędzi zaintrygowały Młodą, wizyta w brand store i już mam nowego smartfona, poszukiwania smyczy godnej koreańskiego cudu techniki, który od wczoraj wypełnia bielą moją torebkę, spacer do domu z Młodymi, po drodze dowiaduję się dlaczego nie poszli na zajęcia z laboratorium chemicznego i że do klasy doszedł nowy kolega, Paweł z innego lo, sms od Pani B. - Kochana zajmij mi miejsce w kinie, na moją wiadomość, że nie dotarłam, Pani B. odpisuje Oj szkoda, w domu sprawdzam pocztę ciekawa czy nie odpowiedziała Pani A., zajęta zwijaniem interesu i chodzeniem z torbami jak sama określa, stosunek wysłanej korespondencji do tej otrzymanej wynosi już 3:0, przed tradycyjną kolacją telefon od Pani L. - Nasz instruktor nie poprowadzi już więcej zajęć z jogi. i to jest twardy orzech do zgryzienia.

niedziela, 28 września 2014

sesja


w ogrodach zamkowych wśród tłumu odwiedzających sesja fotograficzna
wygląda jak ślubna
suknia, panna młoda
fotograf z asystentką
kobieta w strojnej sukni z kremowego atłasu z odkrytymi ramionami
obok nie ma pana młodego
jest druga kobieta w prostej do ziemi sukience z białej koronki z bukiecikiem w ręce
przejeżdżamy rowerami przez mostek na którym ustawiają się do zdjęć
tren ecru zajmuje cały wolną przestrzeń
panny młode stoją nieporuszone
Nie chcemy niszczyć tak pięknej sukni - mówię
Już jest taka brudna uśmiecha się w odpowiedzi jedna z nich
mężczyzna w szarym garniturze podnosi rąbek sukni robiąc miejsce do przejazdu

sobota, 27 września 2014

upiększanie


Ali MacGraw, aktorka znana z łzawego i nieśmiertelnego filmu Love story, przestała farbować włosy w wieku 75 lat.
zastanawiam się kiedy ja zrezygnuję z tego niepotrzebnego upiększania.
w jakim wieku kobieta może zdać się na naturę i być całkiem sobą?
oczywiście ta, przeciętnie piękna.

piątek, 26 września 2014

parasol


pod parasolem w kwiatki - kobieta w średnim wieku, trzyma w dłoni zapalonego papierosa
pod brązową parasolką w drobny wzorek - kaczym krokiem tęga pani z czubem misternie ułożonych loków
pod parasolem w szkocką kratę - kobieta w skórzanej kurteczce, poranny chłód zmusza ją do schowania ręki w napoleońskiej pozie
pod czarnym parasolem - dziewczyna w szarych dżinsach przeciera zaspane oczy, albo poprawia soczewkę kontaktową
pod parasolem z przeźroczystego plastiku w niebieskie grochy - mężczyzna w zielonym dresie wyprowadza na smyczy pieska o śnieżnobiałej sierści
pod czarnymi parasolami - para młodych ludzi rozmawia z ożywieniem, ona w jasnym prochowcu, z opatrunkiem na lewym oku
pod granatową parasolką - młoda kobieta zadziera głowę, podskakuje przewieszony przez ramię laptop i czarna torebka
pod jaskrawofioletowym parasolem - ledwo widoczna kobieta po pięćdziesiątce, którą znam z widzenia, wypala ostatniego przed pracą papierosa
pod parasolką w kolorze mokrego piasku - zaskoczona rozmaitością deszczowego poranka - ja.



pierwsze od miesięcy naprawdę zimne dni i zasłyszana wiadomość, że w górach spadł śnieg, pierwsze założenie puchowego płaszczyka oraz grubych skarpetek i zarzucenie porannego jedzenia surowizny. dalej jem wiele surowych owoców i warzyw, ale dużo wcześniej sięgam po ciepły posiłek i razowy chleb. dziś trzy ruskie pierożki przypieczone na maśle z nasionami lnu zjadłam już o ósmej rano. to oczywiste pożegnanie lata i diety raw till four.

czwartek, 25 września 2014

biografia



Kiedyś czytałem książkę, biografię sławną,
I pytałem sam siebie: Więc tak autor wyobraża sobie życie człowieka?
I kiedy ja przeminę, ktoś też tak opisze moje życie?
(Jak gdyby ktoś rzeczywiście wiedział cokolwiek o moim prawdziwym życiu,
Kiedy nawet ja sam, myślę często, wiem o nim nic lub bardzo niewiele,
Ledwie kilka drobiazgów, luźnych słabiutkich nitek, kłamstewek
Usiłuję wytropić na własny użytek).


Walt Whitman, Kiedyś czytałem książkę, w tłumaczeniu Andrzeja Szuby


Gabriele, moja przyjaciółka z lat szkolnych mawiała, że każdy może napisać książkę. przynajmniej tę jedną jedyną książkę o sobie. swoją biografię.

każdy nie tylko może, ale powinien napisać książkę. dla siebie, dla bliskich, i dla nieznajomych mówiących obcymi językami, którzy nigdy jej nie przeczytają, a nawet nie usłyszą o niej wcale. wystarczy sam akt tworzenia, powołania do życia opowieści, zamkniętej w jednej stronie lub tysiącu stron, w jednym zdaniu lub w jednym słowie, napisanej na papierze biblijnym lub kolorowej serwetce, tej szczególnej historii, która jest nam najbliższa. świat skorzysta na tym, nie tylko przez czytanie, lecz przez samą obecność, tak jak wzbogaca się wszechświat każdym naszym oddechem. wystarczy, że na orbicie okołoziemskiej pojawi się twórcza energia, wzmocniona radosnym zachwytem autora z ukończenia dzieła, i ta czystość w powietrzu gdy opisze się smutki.

Urodziła się 13 maja pięć minut przed siódmą wieczorem. W rocznicę objawień fatimskich. Ta data zasłynęła później innym wydarzeniem - zamachem na papieża Jana Pawła II. Nie wiadomo czy dzień był jasny, czy błyskawice rozrywały niebo na strzępy (internetowe archiwum pogody dostępne jest od 2007 roku). Woli myśleć, że świeciło słońce. Wyobraża sobie, że po wyjściu z nabrzmiałego łona otoczyło ją ciepłe wiosenne powietrze, zapach bzu i pełne miłości spojrzenie matki.

środa, 24 września 2014

pół


Pół dnia
ciszy słucham w olszynie
z cykadami

Buson, w tłumaczeniu Czesława Miłosza


pół dnia tęsknię za ciszą
taką z cykadami
i taką z głębin sztormowego morza.
pół dnia
tęsknię za świergotem skowronków.

wtorek, 23 września 2014

dworek


na wykładzie: niezwykłe popisy elokwencji i erudycji, jakich nie widziałam i nie słyszałam jeszcze na żywo, niestety wyłącznie w wydaniu męskim, kilkanaście kobiet przysłuchiwało się wyczynom z widowni, traktaty odczyty eseje wiersze cytaty, głos zabierają profesorowie autorzy a w końcu arcybiskup, drugi prelegent zaczyna od Arystotelesa pytaniami kto robi co robi gdzie robi, my żydzi jesteśmy stworzeni z wielu kawałków, w ekstazie od wschodu do zachodu słońca, ta która zna dobrą radę, pisanie jest groźne, słowo jest sprawcze, co niewypowiedziane zmierza od nieistnienia, bieda temu kto wyrusza i nie powraca, gdziekolwiek jestem, miejsce miejsc, mamy szansę zanurzyć się w długim trwaniu aby budować tkankę organiczną, Miłosz jak świat, raz wierzył, raz nie wierzył, czekał na spotkanie mistyczne jak dzieci z Fatimy, ale się nie wydarzyło, wdzięczny życiu, że nie wystawiło go na próby, których nie mógłby udźwignąć, - co będziecie robić w tych sejnach? - będziecie budować tkankę łączną! był tak szczęśliwy gdy znalazł to słowo.

słucham, notuję scenki wspomnienia. rozśmiesza mnie pytanie arcybiskupa: dlaczego nie doszedł do akceptacji chrześcijaństwa i katolicyzmu, sugerujące że ksiądz zaakceptował i tego samego oczekuje od innych, nie wiedzieć czemu, i jeszcze wtrącone gdzieś zdanie, że zen nie zabił w nim katolicyzmu, zastanawia przy tym padające dwu lub trzykrotnie pod adresem Poety słowo herezja, i wkrótce te wspominki otwierają i moje wspomnienia i w pewnej chwili uzmysławiam sobie, że byłam w Miłoszowym dworku w Krasnogrudzie wieki temu kiedy podróżowałam rowerem po Suwalszczyźnie, i widziałam ten opuszczony zrujnowany nieomal budynek, a w okolicy żywej duszy, który zresztą przypominał mi dom rodzinny mojej Mamy w Wilnie, już wówczas jego nazwisko było dla mnie magnesem, ale nie był to czas zaczytywania się, raczej zapamiętywania tytułów, zbierania wierszy i oprawiania u introligatora kserowanych na powielaczu książek.

tak się domknęło koło poznania.

poniedziałek, 22 września 2014

błogość



we własnym łóżku
od ósmej wieczorem do szóstej rano
nieprzerwany stan błogości
najsłodsza słodycz
pierwotna
najprostsza
niezastąpiona niczym

niedziela, 21 września 2014

sprawozdanie



Zajmuję się
teraz rzeczami

tak małymi,
że kiedy na nie

huknę Hu!,
to znikam


A. R. Ammons, Sprawozdanie z poczynionych postępów
w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka


zajmuję się teraz rzeczami tak małymi,
że obawiam się że kiedyś stracę moje największe pragnienie
i nie przypomnę sobie czym jest miłość

sobota, 20 września 2014

ślub



I nazwałam to marzenie
bo chciałam zatrzymać
Białe kwiaty kwitnące nocą
Białe kwiaty kwitnące wzdłuż ogrodowych ulic
Ludzie chodzą w górę i w dół i zapominają i
ubierają się w śmieszne stroje
„Jednak nigdy nie wracają
własne zmienione poglądy”
Deszcz pada i białe kwiaty w
deszczu i deszcz są czystym sercem, jak
bezdomne zwierzęta czystego serca

Tua Forsström, Opis, w przekładzie Ryszarda Mierzejewskiego


nazwałam ten wiersz ślub bo chciałam zatrzymać to marzenie
białe kwiaty kwitnące nocą w kapitularzu krakowskich dominikanów
ludzie chodzący w górę i w dół
biała suknia rozwijająca się przy rynku głównym pod szczęśliwym numerem
i deszcz padający czystym sercem przypomniał mi te trudne do wypowiedzenia
słowa małżeńskiego przyrzeczenia

piątek, 19 września 2014

piątek


przerażona ilością czasu spędzanego w internecie, postanowiłam wrócić do dawnego zwyczaju niewłączania komputera w domu. zdecydowałam, że na początek potrzebuję co najmniej dwóch dni wolnych od buszowania w przestrzeni mozili, firefoxa i linuxa.
oczywiście blog zachowa swoją codzienną chronologię i jak zwykle posty uzupełnię z odręcznych notatek.

czwartek, 18 września 2014

biblioteka


odwiedzam osiedlową bibliotekę.

przechodzę wzdłuż przepełnionych regałów, jak zawsze kierując się najpierw do półek z nowościami. wdycham przykry zapach starych tomów, i wyobrażam sobie jak będzie wyglądać biblioteka przyszłości z księgozbiorem wyświetlanym na ścianach. książki ułożone na półkach podobnych do tych tradycyjnych, unosiłyby się życzeniem czytelnika na wysokość jego wzroku. tomy materializowałyby się po dotknięciu ręką.

nie lubię starych książek, więc z nowoczesnej biblioteki usunęłabym wszystkie poplamione i zakurzone, o zniszczonych grzbietach, klejone, w których papier z białego zmienił się w kolor makulatury. postawiłabym na jakość treści i pozbyłabym się wszystkich kryminałów, tanich sensacji, szmatławców, romansideł, wojennych reportaży, pesymistycznych wynurzeń i krwawych relacji, dzienników zimnych i dołujących, żałosnych bzdur, płaskich, smętnych i niepotrzebnych. celem tego miejsca byłoby zgromadzenie mniejszej ilości książek, ale bardziej wartościowych. czytelnikom łatwiej byłoby dokonać wyboru lektury. w tradycyjnej bibliotece mam z tym stale kłopot. czas biegnie jak z bicza strzelił. w końcu dwa tomiki Seamusa Heaney’a wymieniam na niewdzięczną pamięć Bernlefa oraz Droga do Ashramu Antologia poezji kontrkulturowej (w ciągu szesnastu lat od daty wydania, książkę wypożyczano cztery razy, ja jestem jej piątym czytelnikiem) oraz ostatnie wiersze Josifa Brodskiego w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka (tu lepiej, bo to w końcu noblista, książka szesnastoletnia a jestem jej dziesiątym czytelnikiem). w słońcu zaczynam czytać tę pierwszą. po kilku linijkach z przyjemnością stwierdzam, że jest dobrze napisana.

środa, 17 września 2014

karty


pół godziny na fotelu dentystycznym zdana na umiejętności nieznanego dentysty, jedno małe wypełnienie i zapowiedź dłuższego leczenia w listopadzie, w drodze do pizzerii wstępuję do sieciowej księgarni po kartę ślubną, na kilku półkach rozmaitość wzorów i formatów, moją uwagę przykuwają te na kremowym papierze, najpiękniejsze wydają mi się te najbardziej ascetyczne, bez zbędnych ozdóbek i przekazów (złączonych obrączek lub serc), niestety najbardziej minimalistyczne nie mają napisu dla młodej pary w dniu ślubu, który uważam za nieodzowny, bo roztacza tak wielki czar, że narzeczonym od jednego spojrzenia kręcą się łzy w oczach, kupuję dwie kartki, jedną dla pary młodej, drugą dla Pana W., i wpisuję jubileuszową dedykację, degustacja pizzy najlepszej w mieście, która może z powodzeniem konkurować z tą we Włoszech, w lokalu gdzie wieczorem trudno znaleźć wolny stolik, i konieczna jest rezerwacja, a po południu na nią nie można liczyć, bo w godzinach największego ruchu personel odmawia rezerwowania, zamawiam pizzę z gruszkami i serem pecorino, i wkrótce żałuję, że nie wzięłam tej z pastą truflową, gorgonzolą, rukolą oraz czosnkiem, którą podjadam od Młodej.

kartę Pan W. zostawia na stole. więc ta śliczna kelnerka, która nas obsługiwała pozna powód naszego wyjścia.

wtorek, 16 września 2014

mysikrólik



Większa
Niż mysikrólik
Radość mysikrólika.


John Wills, w przekładzie Czesława Miłosza


większa niż pawi ogon
jest moja radość

większa niż głowa słonia
jest moja szczęśliwość

większa niż róg nosorożca
jest moja wdzięczność

poniedziałek, 15 września 2014

bóg


Leżę
w pokoju hotelowym. Nie ma
nikogo koło mnie. Nikogo
komu mogłabym powiedzieć że mój Bóg
mój Bóg w którego trudno mi uwierzyć
jest bardzo smutny i jeździ
tym co my
pociągiem towarowym.

Ewa Lipska, Wakacje w hotelu, fragment


leżę w sypialni.
w mieszkaniu nie ma nikogo oprócz mnie
i dochodzących z balkonu jęków sąsiadki, utyskującej na deszcz.
nikomu nie mogę powiedzieć że mój Bóg,
w którego trudno uwierzyć
jest sprawiedliwy i pełen nadziei
i tak jak my
nie znajduje się na liście osób do awansu.

niedziela, 14 września 2014

czajniczki


oglądamy z Młodą filmiki Czajnikowego, który odkrywa przed nami tajniki przyrządzania herbat i yerby. już wiem jak mało wiem o parzeniu. moje napary nie są ani staranne ani zgodne ze sztuką: temperatura wody przypadkowa, termometr pozostaje nietknięty, a i wyczulenie na uzyskanie właściwej temperatury do parzenia żadne. więc oglądamy ręka w rękę, głowa w głowę, my herbaciane miłośniczki, i już wkrótce uważamy za niezbędne zakupienie tacy do ceremonii parzenia herbaty i co najmniej dwóch dodatkowych czajniczków, w tym jeden koniecznie musi być japoński z Tokoname ze specjalnym uchwytem, taki jaki ma nauczycielka japońskiego Pani A., drugi czajniczek najlepiej żeby był w komplecie z czarkami, no i gaiwan czyli czarka z przykrywką, i tutaj możliwości są spore, do wyboru są szklane i porcelanowe naczynia, wiadomo że najlepiej mieć oba, ewentualnie - rozmyślamy - przydałby się cały zestaw: gaiwan, przelewaczka z kompletem czarek i niucharów (jaka ładna nazwa, to wyższe od czarki naczyńko, służące właśnie do niuchania czyli podziwiania i oceniania zapachu herbaty).

obiecuję sobie podszkolić się w tych obco brzmiących rodzajach herbat (Gyokuro, Shincha), bo wyraźnie nie nadążam za Mistrzynią.

sobota, 13 września 2014

senność



Znajdę drogę do obu jezior o tej późnej porze
Sunąc w półśnie za nocnym larum krzykliwych łabędzi.
A jeśli zasnę, wydra, której wypatruję ciągle
Wypłynie u ujścia rzeki przy kładce z kamieni.

Michael Longley, Bezsenność, w tłumaczeniu Piotra Sommera


może to jest wiersz o bezsenności, jak twierdzi w tytule autor, ale dla mnie jest to wiersz o usposobieniu do spania, o wyczekiwaniu na tę jedną jedyną chwilę dnia kiedy zapadam się w nierzeczywistość, i mam poczucie całkowitego bycia z samą sobą.

tego momentu kiedy wydra, której wypatruję ciągle wypłynie u ujścia rzeki przy kładce z kamieni, teraz pragnę jak niczego na świecie. jestem strasznie śpiąca.

piątek, 12 września 2014

noc


I tkają w ciemności swe sieci pająki a noc taka cicha i świerszcze żałośnie rzępolą
Jesienią

Gunnar Ekelöf, Absentia animi w tłumaczeniu Piotra Bukowskiego


noc taka cicha
jesienią.

czwartek, 11 września 2014

forma



Jesień, stary woźnica, sikający
pod wiatr
i paru szczęściarzy
w rozpylonej mgle
w pyle wodnym
omdlewa, rozkładając ręce.
Jesień, te jej formy wyrazu, kiedy piszczałki
niebieskich organów opadają
i wody fałdują się w lodowe pnie.
Chciałabym nie żyć, zatonąć,
osunąwszy się na dno kieszeni.
Jesień, te jej formy wyrazu:
że nawet głazy mogą oszaleć,
wody opadać, wzdłuż brzegów ramienia.


Sirkka Turkka, w tłumaczeniu Andrzeja Zawady



czytam Krótką historię czasu Stephen Hawkinga, dla równowagi po trzech tomach intymnych zapisków Adriana Mola z okresu dojrzewania, wypatruję zielonych szczytów drzew, w rozpylonej mgle najpospolitsze klony przy starej jarzębinie wyglądają jak para szczęściarzy, na pytanie o suknię odpowiednią na przyjęcie weselne, ekspedientki butików wpadają w panikę i podają mi bezkształtne worki w kolorze borsuczej sierści, zastanawiam się kto wymyślił tę zasadę, że kolor ecru zarezerwowany jest dla panny młodej, i rozmyślam, skoro wszechświat rozszerza się nieustannie wzdłuż brzegów nieba, to wybór eleganckich kreacji w sklepach też powinien.

środa, 10 września 2014

wniosek


za klawiaturą leży osiem kasztanów, które zebrałam wczesnym rankiem w drodze do pracy. nocne kasztany, mają lekko lepiącą skórkę, która zdaje się wyrażać pragnienie znalezienia w czyjejś ręce i przyczepienia do kogoś na stałe.

dalej jestem na diecie raw till four chociaż nie przestrzegam jej zasad zbyt kategorycznie i pozwalam sobie na róźne odstępstwa, modyfikując zalecenia w sposób, jaki najbardziej mi odpowiada. i tak w czasie wakacyjnych rozjazdów godzinę czwartą zastąpiła trzecia, potem druga i pierwsza, ale przez cały czas kontynuowałam rozdział posiłków na surowe spożywane do południa i te niesurowe, dla których przeznaczałam godziny popołudniowe. gdy wróciłam do codziennej pracy i wpadłam w rytm domowego zaopatrzenia, starałam się przywrócić równowagę temu podziałowi. z różnym skutkiem, jednak dalej godziną graniczną nie do przekroczenia jest godzina pierwsza.

zakupy z Młodym, w poszukiwaniu plecaka na szkolne utensylia, zakończyły się degustacją bułeczki wege w subwayu. pieczona bułka razowa o długości wyznaczonej metrem franczyzobiorcy (15 cm) z pastą z awokado i rozmaitą zieleniną, z całą pewnością może stanowić alternatywę dla przekąsek fast food. wniosek: młodzi potrafią zaskakiwać i inspirować, a dorośli powinni zawierzyć dzieciom.

wtorek, 9 września 2014

rosa


Rosa poranna wylewa się chłodna i nadmierna.
Tysiące łąkowych sieci pajęczych ujawnia się całkiem wyraźnie.
Któż by przypuścił, ze jest ich aż tyle.
Wszystkie są cynowo-matowo-szare i gruzełkowato okrążone wilgocią.
Konik polny odstawił swój smyczek,
którym tak pilnie i często przeciągał
przez skrzypiące ciało.
Lato rdzewieje już w paprotniku.


Harry Martinson, Ranek wrześniowy
w tłumaczeniu Leonarda Neugera


lato rdzewieje w twardych jak łyko brzoskwiniach
a owoce śliwy upodobniają się do słodkich galaretek serwowanych w kawiarniach.
w ulubionej knajpce wege jesienne menu -
dziś wybieram kopytka dyniowe obsypane pestkami dyni i nasionami słonecznika.
zebrania szkolne i wielogodzinne omawianie zmian w statucie szkoły:
dwadzieścia ujemnych punktów za używanie komórek,
minus jeden za każde spóźnienie, a usprawiedliwienia nieobecności i spóźnień
honorowane będą wyłącznie w formie papierowej (!)
.
poranna rosa wylewa się na źdźbła trawy i czubki butów,
ślimaki porzuciły skorupy dla betonowego chodnika,
któż by przypuścił, że jest ich aż tyle.
nowy grafik w siłowni sprawia, że wytyczam kolejne postanowienia -
obowiązkowe trzy sesje jogi w tygodniu, poniedziałek sobota piątek,
i krótkie odosobnienie w połowie października.

poniedziałek, 8 września 2014

powód


Znudziło mi się wzuwać i zezuwać – napisał pewien carski pisarz w liście pożegnalnym. znaleziono go martwego w jednym bucie. nieopodal ciała leżał drugi but.

na wakacjach zdecydowałam zaprzestać pisania bloga, bo jak mi się zdawało, posiłkując się wymową notatki carskiego skryby Znudziło mi się wzuwać i zezuwać, i nie miałam już pewności czy moje pisanie ma sens i czy w obecnej formule jest komuś potrzebne. rozważałam założenie nowego bloga z wierszem na każdy dzień, i zastanawiałam się nad wyborem konwencji. po powrocie zdałam telefonicznie relację Pani A., a ona złożyła zdecydowany sprzeciw i zażądała kontynuacji zapisków. wobec takiego dictum zdecydowałam, że popiszę jeszcze. jak długo nie wiem. Prawdo, nie zwracaj na mnie zbyt bacznej uwagi. Powago, okaż mi wspaniałomyślność...

w końcu pisanie postów to coś więcej niż wsuwanie i zdejmowanie trzewików.

niedziela, 7 września 2014

hybryda


jeśli czytają mnie pracownicy Samsunga, czyli po koreańsku Trzech gwiazd, i jest wśród nich manager galaxy kzoom-a, modelu który miał w tym miesiącu polską premierę, i w jego gestii leży testowanie produktu, to pragnę ogłosić, że chętnie podejmę się czynności testowania przez czas nieokreślony. już teraz k zoom wydaje mi się idealnym połączeniem telefonu i aparatu fotograficznego, instrumentem dwa w jednym, swoistą hybrydą o jakiej marzę.

zaopatrzona w k zooma zapewne wkrótce przerzucę się na instagram.

sobota, 6 września 2014

obietnica


Jesienią
W moim wierszu słychać szelest
Słowa spełniają swoją powinność i zamierają
Pokryte kurzem, kurzem albo rosą
aż podmuch wiatru uniesie się, porwie i położy (je)
(a) gdzie indziej
ten, kto partout szuka sensu wszechświata
dawno zrozumiał sens szeleszczenia
bo jest nim szelest
a on sam w sobie to coś innego niż
mokre kalosze po liściach
rozkojarzone kroki w parku po dywanie
z liści, klejących się tak przyjacielsko
do mokrych kaloszy, rozkojarzone kroki

Gunnar Ekelöf, Absentia animi
w tłumaczeniu Piotra Bukowskiego


jesienią
w moim wierszu słychać
mgłę wieczorną, która opada na czerwone liście i owoce dyni
niesione wiatrem słowa kręcą się wkoło
jak rozbiegane motyle
strumień światła kładzie na mojej dłoni żarliwą obietnicę
ta, która nosi w sobie sens wszechświata
unika szukania
nadmiernie

piątek, 5 września 2014

opadanie


opada opada opada liście
a my mądrzejsi z latami
odczytujemy z niego przekaz
coraz to wyraźniejszy


Ivo Harák, Jesień
tłumaczył Lech Przeczek


każdego roku jesienią opadają liście
a my mądrzejsi mądrością starszych uczniów
odczytujemy przekaz z marzeń sennych i tajemnych układów planet
coraz wyraźniej czując
że góry i my to jedno
tak jak ja i ty
idziemy powoli
każdego dnia osiągając cel naszej wędrówki

czwartek, 4 września 2014

stado


wyciągnęłam kartę pamięci z aparatu i włożyłam do komputera.
niewiele zdjęć znalazłam.
jeszcze mniej zamieszczam.

może nie porówna się ich do stada wróbli.














środa, 3 września 2014

uśmiech


Nasz uśmiech przynosi szczęście nam samym i wszystkim wokół nas.
Thích Nhất Hạnh


uśmiecham się do Was Wszystkich uśmiechem, który przynosi szczęście.

bądźcie szczęśliwi.
bądźcie uśmiechnięci.

wtorek, 2 września 2014

odświeżenie


Każde z nas ma w sobie serce Buddy. Budda jest tutaj, kiedy tylko jesteśmy uważni.
Thích Nhất Hạnh

poniedziałek, 1 września 2014

przywołanie


Nigdy nie zapominaj:
Chodzimy nad piekłem
Oglądając kwiaty.

Issa, w tłumaczeniu Czesława Miłosza