poniedziałek, 30 czerwca 2014
tropik
deszcz pada intensywnie jak w porze deszczowej, do biura docieram z mokrymi stopami, przed zmoknięciem nie chroni mnie gruba warstwa sztywnego płótna, z której wykonane są buty ani złamany parasol trzymany w jednej ręce i przytrzymywany drugą, zachowaniu równowagi w marszu służą dyndające na moich ramionach, czarna torebka na długim pasku i lniana torba ze znakiem pacyfy, z małym co nie co w środku, na drugim. na chodnikowych płytach prężą się brązowe tłuste ślimaki bez skorup, które staram się omijać. od wczoraj Pani A. biwakuje pod namiotem w wysokich górach, myślę o niej i odganiam cumulusy i nimbostratusy znad strzelistych wierzchołków skał. przypominam też sobie nasze kilkutygodniowe wyjazdy pod namiot w miejsce z, którego słyszałam szum bałtyku przez kilometrowy las. polskie morze końcem czerwca i początkiem lipca zawsze było tak nieprzyjaźnie zimne jak dotyk przemarzniętego kochanka, o kąpielach nie było mowy, samo zamoczenie nóg było aktem niepospolitej odwagi, a jeszcze gdy padał deszcz a padał nieomal codziennie, ten ciepły letni deszcz, który nigdy nie wysycha. dorodne żaby wskakiwały do namiotu, i pod naszymi sypialniami lęgły się kijanki. największe burze spędzaliśmy w aucie, które odgrywało rolę łodzi podwodnej albo ratunkowej i włóczyliśmy się nim po okolicy od smażalni ryb po budki z goframi. czasami po prostu przeczekiwaliśmy niepogodę czytając książki, czytaliśmy wtedy bardzo dużo na głos małym wówczas dzieciom. co ciekawe Najmłodsi nigdy nie zauważali mankamentów pogody. dla nich każdy dzień był doskonały.
niedziela, 29 czerwca 2014
rąbek
Cały dzień włóczyłem się nad morzem. Czasem schodziłem ze skał na brzeg i siadałem wśród czarnych małży. Wreszcie jestem tu znowu, w ogrodzie, gdzie powietrze nocy jest pełne czułości i gwiazdy tworzą przejrzysty rąbek wokół gór. I jestem ludzkim stworzeniem, które stoi w ciemności i patrzy w drzewo wiśni, kołyszące się nad nim pod nocnym niebem w pobliżu morza.
Robert Bly, z tomu The Morning Glory, Prose Poems, w tłumaczeniu Julii Hartwig
cały dzień siedziałam w domu, myśląc o morzu.
czasem kładłam się na łóżku wśród nieprzeczytanych książek.
wreszcie wyszłam wieczorem,
gdy powietrze wypełniała tkliwość i ruchome cienie maszerowały wzdłuż drogi.
deszcz spadł tak obfity jakby czekał specjalnie na mnie.
rozłożyłam sobie nad głową kolorową gazetę.
byłam jednym z tych stworzeń, które idą i omijają brudne kałuże,
przesuwające się w wodzie drzewa uzmysłowiły mi jak daleko jestem od morza.
sobota, 28 czerwca 2014
piekło
Japońskie słowo "piekło" oznacza "brak przestrzeni". Kiedy nie dajemy sobie przestrzeni, jesteśmy w piekle. Kiedy nie dajemy przestrzeni innym, oni są w piekle.
Genpo Merzel, Oko nigdy nie śpi
ta cytata wyraźnie odnosi się do związków międzyludzkich, to ludzie ludziom zgotowali ten los i od zarania dziejów ograniczanie przestrzeni postępuje, albo pan zdradza panią, albo pani pana, albo pan zabija panią, albo zleca morderstwo, tak się to układa od początku wszechświata nie wiedzieć czemu, jakby wkoło macieju, i chciałoby się zrozumieć po co to wszystko, czemu w człowieku się tworzy taki wewnętrzny przymus robienia zła, czy to ze strachu, lęku, nienawiści, bo chyba nie z samej chciwości czy pożądania, zaburzony umysł manifestuje swoją niczym nieograniczoną siłę, bo gdy już człowiek do takiej myśli dojdzie, żeby kogoś zabić, to nie potrafi o tym przestać myśleć, choć wykształcony, i najlepszy uniwersytet świata ukończył, to już nawet może i siebie widzi na ławie oskarżonych albo w więzieniu, ale zrezygnować z planu nie potrafi, i sam siebie pewnie uniewinnia, uzasadnienie musi stworzyć, żeby sobie wydać się prawym, tym, który działa w zgodzie z własnym sumieniem, no i żeby innych przekonać o swojej uczciwości, nie chciałam o tym pisać, ale o morderstwie, podwójnym, myślę od kilku dni i uwierzyć nie mogę, że przyznał się do winy, całe nasze przekonanie, że było inaczej, i poparcie innych, którzy go znali i którym wielokrotnie w różnych sytuacjach pomagał, na nic się zdało, bo jeśli pisało już o tym bbc, to nie jest spekulacja, to wiadomość sprawdzona. liczę po cichu, że proces wyjawi dalsze szczegóły.
piątek, 27 czerwca 2014
zendo
Mistrz Shizan odpowiedział uczniowi, ze nie-wiedzenie jest najbardziej intymną rzeczą.
Od przeszło roku ta najbardziej intymna praktyka jest ze mną w każdym momencie. Nie muszę się już starać by o niej pamiętać, owszem, początkowo było zmaganie a czasami szczery bunt kiedy wszystko zmieniało się z chwili na chwile a kolejne plany brały w łeb, lub kiedy odzywały się myśli, że ja muszę wiedzieć! cokolwiek, choćby jak i ile czasu to będzie trwało. Tak nie można żyć! Ale ja przecież i tak nic innego nie robię - właśnie żyję.
Przyjmowanie i całkowita akceptacja ‘nie wiem’ mimo wielu lat praktyki okazuje się więc nie taką prostą rzeczą… lecz kiedy się zdarza, kiedy rzeczywiście akceptuję, że nie wiem, odpuszczam myśli, wyobrażenia, oczekiwania, to znikają lęki i frustracje umysłu, pojawiają się cisza i spokój. Okazuje się, że mamy w sobie tę bezpieczną przestrzeń, i klucz do niej cały czas, i tylko od nas zależy, czy zechcemy z niego skorzystać.
NIE WIEM daje nam siłę i ufność do wszystkiego, co się pojawia, jest prawdziwym antidotum na nasze oczekiwania by było inaczej niż jest.
Niech każdy dzień będzie bezkresny jak dzisiejsze niebo,
które w swoim błękicie zawiera wszystko, bo nic nie wie.
Jestem z Wami i jestem Wam bardzo wdzięczna za wszystko co dla mnie robicie. Nie mam słów, by wyrazić jak bardzo mnie to porusza.
Mam nadzieję - do zobaczenia wkrótce w zendo!
Małgorzata Braunek, ostatnia mowa dharmy Roshi Małgosi
do zobaczenia w zendo.
czwartek, 26 czerwca 2014
widzenie
Za czerwonym ulicznym światłem młode liście kasztanów.
Kim jest ten, który widzi?
Skąd przychodzi, dokąd zniknie, kto
Jest ten, który tu będzie zamiast niego
Widzieć to samo ale nie to samo,
Bo z innym pulsowaniem krwi?
I konary potężnych drzew nad stromą drogą pod górę
Nachylone ku sobie, i w tej alei,
Za kolumnadą pni, otwarta jasność.
Dla kogo to? I jak się zmienia
Za każdym nowym powrotem widzenia?
Czesław Miłosz, Kto?
kim jest ten, który widzi i ten, który jest widziany
kim jest ten, który myśli, i ten, o którym on myśli
kim jest ten, który śpi i ten, który śni
kim jest widziany we śnie przez śpiącego
kim jest ten, który wie, że śni
środa, 25 czerwca 2014
kochani
pisałam listy do Najdroższych z życzeniami, musicie znaleźć to co kochacie. w czasie gdy Młody grał słynny kawałek dżemu czerwony jak cegła Młoda pisała test końcowy z japońskiego, musicie znaleźć to co kochacie, opowieści wracającego z północy Dziadka o białych nocach i rejsie po norweskich fiordach, musicie znaleźć to co kochacie, po koncercie spotkania z nauczycielami muzyki, w domu sushi party, z genmaichą, i stosem malutkich ptysi z bitą śmietaną, kto bogatemu zabrroni, musicie znaleźć to co kochacie.
wtorek, 24 czerwca 2014
mycie
z medytacją jest jak z myciem zębów - robimy to codziennie.
Małgorzata Braunek
bardzo trafne porównanie. a więc pomedytujmy.
przed po albo w trakcie mycia zębów.
poniedziałek, 23 czerwca 2014
Małgorzata
Wejdę w stan śmierci spokojnie i bez bólu, łącząc się z Wielkim Umysłem, Pustką, Bogiem chrześcijan i Żydów, i muzułmanów albo Oceanem i znowu stanę na jego brzegu oniemiała z zachwytu nad jego bezkresną nieskończonością.
Małgorzata Braunek, Jabłoń w ogrodzie morze jest blisko
odeszła w inny wymiar czasoprzestrzeni mistrzyni zen, aktorka.
w zeszłym roku spotkałam ją w kultowej knajpie wegetariańskiej wielkiego miasta. siedziałyśmy przy sąsiednich stolikach. nie zauważyłabym jej gdyby nie pewien wielbiciel, niemłody zresztą, który podszedł do niej i przejmującym pełnym niedowierzania głosem zagadnął: Pani Małgorzata?
niedziela, 22 czerwca 2014
spódnica
jak w starym dowcipie o nieprzystosowaniu mężczyzny do życia domowego: czym jest pralka automatyczna dla mężczyzny – tajemnicza nieznajoma, tak u nas dopuszczenie mężczyzny do pralki, dokładnie tego jednego małego przycisku włącz, skończyło się tym, że ubrania zostały uprane bez żadnej selekcji i segregacji kolorów, wszystkie jakie były w koszu na brudy znalazły się w jednym wielkim bębnie, czyli spodnie czarne z czerwonymi (główni winowajcy), jasne i ciemnogranatowe polówki oraz białe tshirty z nadrukami i bielizna osobista, prały się w 40 stopniach przy 1000 obrotów na minutę, w efekcie cztery koszulki Młodej straciły swoje pierwotne barwy, zamiast śnieżnobiałej bieli i ciepłego kremu zmieniły się w różowobure łachmany podobne do ścierek. i taki był lament, rozpacz taka, że przypomniał mi się wiersz Papuszy o spódnicy ze wszystkich kwiatów świata, która do boga Panie wołała, gdzie jest moja spódnica, ta czerwona i biała, ze wszystkich kwiatów świata? bo choć to tylko t-shirty były, to cztery, z czego dwa ulubione i prawie nowe, i u wszystkich patrzących (nie tylko u właścicielki) boleść się wezbrała taka jak u cygańskiej poetki, gdzie się one podziały te jasne koszulki ze wszystkich kwiatów świata, kto je zdarł, kto zamalował tę śnieżną biel rękawów i kołnierzyków, powiedzcie, gdzie one teraz są, te śliczne, z różami w zielonym lesie i niebieskimi sercami, gdzie one są, jakże o nich zapomnieć, jak.
sobota, 21 czerwca 2014
muzyka
o tej wiadomości powinny pisać gazety na pierwszych stronach, a pisały na ostatniej (wysokie obcasy), dobrze jednak że w ogóle pisały, że gdzieś pomiędzy szokującymi wiadomościami i banalnymi komentarzami, znalazło się miejsce na przedstawienie dokonania Adama Ustynowicza, który dzięki konsekwencji i iście ułańskiej fantazji, dokonał rzeczy niezwykłej i szalonej jednocześnie: wysłał w kosmos muzykę Chopina i nakręcił o tym film. to dzieło to ponad wszystko dowód na przełamywanie stereotypów, tego co zwykło się uważać, że może zrobić Polak, bo ten Polak, przedstawiciel nacji o niewielkich pozaziemskich dokonaniach, jako że w kosmos latają głównie Amerykanie, ale na szczęście kilku z nich, o czym świadczą nazwiska, jest polskiego pochodzenia, i tym kanałem autor dotarł do badaczy kosmosu, których przekonał aby zabrali ze sobą dla uczczenia 200 rocznicy urodzin kompozytora tę najpiękniejszą polską muzykę, tę ponadczasową wartość, której jesteśmy spadkobiercami jako naród. eksperyment jednocześnie pozwolił członkom ekspedycji przeżyć coś więcej niż spełnienie zawodowej misji, i doświadczyć zwielokrotnego piękna, stworzonego z połączenia niezbadanej natury (nie materii) i sztuki w jej najdoskonalszym wymiarze, to coś co uwzniośliło i tak podniosły moment przebywania w nieograniczonej i niepojętej przestrzeni. i choć jestem przekonana, że cisza kosmosu jest pięknem idealnym to wzbogacenie jej przez tę jedną chwilę muzyką pełną głęboko przejmujących nut wydaje się doskonałe.
film można obejrzeć na vimeo. prawdopodobnie. ja niestety tylko widzę muzykę. i przy niej piszę.
piątek, 20 czerwca 2014
wędrowanie
wędrówka w deszczu po górskich szlakach, pierogi ruskie i te z jagodami w schroniskach smakują jak domowe, problemem w nocy były ćmy atakujące niczym krwiożercze moskity, wędrowaliśmy z papierową mapą przedartą od wielokrotnego składania, bez gps, wiadomość dla tych, którzy nie mogą się obyć bez komórki: przez większą część trasy nie było zasięgu, gubiony raz po raz czerwony szlak oznaczał dodatkowe podejście i pół godziny marszu pod górę, rozmowa z turystą rozkładającym mapę, który sprawiał wrażenie zagubionego: Czy szuka pan może czerwonego szlaku? Tak, to tam go nie ma!, zwyczajem Pani A. miałam na stopach dwie pary skarpet, najpewniejszy sposób na uniknięcie otarcia skóry, wiejski mądrala pokazał nam miejsca pełne jagód, najpiękniejszy pies z głową w dół w jakim trwałam, dał mi widok zadrzewionego widnokręgu i bezkresnego nieba.
czwartek, 19 czerwca 2014
owce
ten dzień na zawsze pozostanie pod znakiem owcy, a właściwie owiec stada, które spotkaliśmy na Hali Boraczej, ponad sto przedstawicielek tego najwcześniej udomowionego przez człowieka gatunku zwierząt, kłębiło się wokół siebie przesuwając powoli w górę i w dół, zgodnie z kierunkiem bata bacy oraz wolą zmęczonego owczarka, opiekunów tej zacnej owczarni. z tego mnogiego tłumu jednorodnych jak się zdawało osobników, wybijały się dwa przerażająco czarne barany, bo w każdym stadzie jest czarna owca, dwie malutkie owieczki, których nie zadowalała świeża trawa i zielone liście, gdyż potrzebowały jeszcze mleka matki, i owca z nakrapianym pyskiem, wyraźnie otwarta na kontakty z innymi gatunkami zwierząt, czyli z nami, dwunożnymi obserwatorami, przyglądała się nam tak jak myśmy się jej przyglądali, spokojnym spojrzeniem zdawała się przyzwalać na tę obserwację jakby rozumiejąc naturę międzygatunkowego spotkania i upatrując w nim coś więcej, i tak szliśmy za tym stadem jak urzeczeni, i słuchaliśmy przedziwnego koncertu na pięćdziesiąt dzwonków pasterskich, bo nie każda owca dzwonek miała, nie miały te najmłodsze, i matki karmiące, i tak mi się nagle żal zrobiło tych stworzeń, które stale muszą być w grupie, niezależnie od tego czy to wynika z ich osobowości czy też nie, czy lubią współczłonków czy nie, i ten brak możliwości odizolowania się wydał mi się największym problemem z punktu widzenia owcy, obok wiecznej podległości człowiekowi, później przy coraz to intensywniejszych dźwiękach dzwonów, uzmysłowiłam sobie że jeszcze większą trudnością do przezwyciężenia jest nie kolektyw, ale brak ciszy, bo zawsze i wszędzie wokół muzyka kleparów, jak przyjęło się mówić w gwarze pasterskiej o dzwonkach zawieszanych owcom, a cisza, moim zdaniem, jest skarbem największym i pierwotnym, który należy się każdej żywej istocie, choć wiem, że dzwonki są konieczne, bo ich dźwięk wskazuje właścicielom gdzie znajduje się żywy dobytek, i służy również do identyfikacji członków, co ciekawe wierzono także, że dzwonki mają działanie magiczne, a ich dźwięk odstrasza złe moce i chroni przed nieszczęściami, powiadano nawet, że owcy z dzwonkiem wilk nie porwie. jedno małe jagnię wyraźnie głodne rozpaczliwym bekiem dopominało się o pokarm, beczało tak głośno że aż serce się krajało, owcza matka nie słyszała nawoływań i najzwyczajniej w świecie rozkoszowała się wolnością, pewnie był to okres, znany i ludziom, odstawiania od piersi, albo co też możliwe zawiesiła się z przemęczenia, po każdym krzyku jagnięcia stary baran beczał donośnie jakby nawoływał rodzicielkę, przypominając jej o macierzyńskich obowiązkach, na co ona w końcu niechętnie zareagowała, przybiegła i dziecko nakarmiła. podobno w każdym stadzie jest taka owca przodownica, którą stado wybiera, słucha i naśladuje, i ona ma najmniejszy i najlżejszy dzwoneczek zwany spiżaczkiem.
środa, 18 czerwca 2014
rzeczywistość
Potem przyzwoliłem, ażeby słowa krążyły swobodnie w moim wyciszonym umyśle, ćwicząc uparcie myśl: „Jestem pustką, nie różnię się od pustki ani pustka nie różni się ode mnie, istotnie pustka jest mną!” W kałuży odbijała się gwiazda. Gdy naplułem do kałuży, gwiazda zniknęła. Czy ta gwiazda jest rzeczywista? Jack Kerouac
pozwoliłam ażeby słowa zapadły w bezdenną czeluść
ciągnąc za sobą czarne sny i szept spowiedzi
w jasności świtu ukazał się wyciszony umysł
coraz słabiej odbijał się kontur postaci w kałuży
nie byłam rzeczywista
nienaruszalne niegdyś prawo do wizerunku
zniknęło razem z siódmym niebem
i przywiązaniem do myśli
wtorek, 17 czerwca 2014
Asunción
jest stolicą i największym miastem Paragwaju, w którym zamieszkuje pół miliona mieszkańców, to najstarsza osada hiszpańska położona na wschód od Andów założona dokładnie 15 sierpnia 1537 roku jako Nuestra Señora de la Asunción, czyli Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny, nazywane bywa matką miast, ponieważ stąd wyruszały ekspedycje kolonialne, które zakładały nowe miasta na podbijanych terenach, żeby dotrzeć do Asunción z Europy, potrzeba dwudziestu godzin samolotem z dwoma przesiadkami w Monachium i San Paolo (czyli dokładnie tam gdzie odbywają się obecnie mistrzostwa świata w piłce nożnej), i jak się ma 15 i pół roku i jest to pierwszy lot w życiu, który odbywa się nieomal samotnie, bo w towarzystwie czterech równolatków znanych tylko z widzenia, bez pomocy dorosłego, to ta międzykontynentalna podróż staje się czymś więcej niż zwykłą wakacyjną wycieczką, i choć towarzysze podróży są rezolutni i wszyscy biegle mówią w kilku językach, po angielsku, francusku, niemiecku, hiszpańsku, polsku, i świetnie dają sobie radę w codziennych sytuacjach w szkole i na facebooku, wykazując niespotykaną waleczność i opanowanie na polach gier internetowych i w rwących potokach, to jednak jest to wyczyn, który trudno do czegokolwiek porównać, dlatego myślę teraz o A., nastolatku, który wybrał się w podróż i podziwiam go.
poniedziałek, 16 czerwca 2014
ranek
lubię takie ranki jak dzisiaj, wstałam i dzień wydał mi się taki jak zwykle, nie zastanawiałam się co się może wydarzyć, bo zawsze dzieje się to co ma się stać, wczoraj do północy słuchałam nauk Adyashantiego i to było dla mnie coś świeżego, bo stan bez ego mnie nurtuje, i stale sobie zadaję pytanie kim jestem, nieustannie, i pojawia się pustka, i te nauki podane w sposób zachodni dotarły do mnie w pełni, nie było w nich niczego niezrozumiałego, żadnych trudnych pojęć, tak jak się to zdarza z naukami ze wschodu, przekaz był bardzo prosty, dla kogoś kto zadaje sobie pytanie kim jest, i co jest prawdą, i stale dąży do jej poznania, do świadomej obecności i wglądu, to jest cenne poznanie, uchyla rąbka, Młoda wybiegła za mną z domu, dogoniła mnie koło sklepu, kilkanaście metrów przed nami szła matka z małą dziewczynką, które mijam codziennie na tej drodze, i tego feralnego dnia gdy wywróciłam się jak długa, mocno kalecząc rękę też, więc to wszystko Młodej opowiadam z detalami raz jeszcze, dla przypomnienia sytuacji, i chwytamy się za ręce tak jak one się trzymają, mijamy, matka z dzieckiem przed nami i ja z moją córką nastolatką za rękę, dziewczynka z ciekawością głowę obraca, z niedowierzaniem spogląda i pewnie się zastanawia, czy to ja jestem, czy ktoś inny, bo przecież tyle razy ją mijałam i byłam sama, w pośpiechu, a teraz idę z taką dużą panią za rękę, pewnie jej to coś przypomina to, może sobie nawet zdaje sprawę, że ona w taki sam sposób trzyma swoją mamę, i myślę, że w tej chwili stałam się dla niej kimś innym, całkowicie nowym człowiekiem, nie takim anonimowym, bezpańskim, ale bardziej namacalnym, podobnym trochę do jej mamy, bo też jestem mamą, a gest trzymania córki za rękę jest ponadczasowy, i do uchwycenia także dla takiej małej osóbki jak ona, idziemy więc z Młodą szybkim krokiem, tylko przez kilka minut, bo czasu rano jest mało, mówi mi o tym co robiła wczoraj, że właśnie czyta po angielsku i próbuje tłumaczyć książkę o smoku, i ten uścisk jej dłoni w mojej, aż do rozstania na przystanku tramwajowym, i pocałunek i kocham cię na pożegnanie i z biura wysłany sms do niej: lubię takie ranki.
niedziela, 15 czerwca 2014
ego
nie różnimy się od siebie
jesteśmy jednością
nic nas nie rozdziela
jesteśmy ogromem życia
nie ma jednostkowego ja
ego jest wytworem umysłu
to kim myślę, że jestem jest tylko moim wyobrażeniem
o tym kim jestem
mój umysł mówi o sobie ja
ego jest fikcją stworzoną w umyśle
poprzez sądy oceny schematy
kim jestem
kiedy zadaję sobie to pytanie umysł staje się spokojny
spokój rozszerza się jak bezkresny ocean
znikają pojęcia plany rozkłady nurty
nie ma odpowiedzi
milknie ja
wychodzę poza słowa
wychodzę poza myśli
wychodzę poza obrazy
dzień staje się taki przejrzysty
sobota, 14 czerwca 2014
rozmowa
Przyjmuję, co mnie spotkało, było sprawiedliwe.
Nie udaję dostojeństwa rozważnej starości.
Nieprzetłumaczalny na słowa zamieszkałem w Teraz,
W rzeczach tego świata, które są i dlatego cieszą:
Nagość kobiet na plaży, mosiężne stożki ich piersi,
Hibiskus, alamanda, czerwona lilia, pochłanianie
Oczami, usta, język, sok guawy, sok prune de Cythère,
Rum z lodem i syropem, liany-orchidee
W mokrym lesie, gdzie drzewa stoją na szczudłach korzeni.
Czesław Miłosz, Rozmowa z Jeanne
piątek, 13 czerwca 2014
gwiazdy
Leżąc pod gwiazdami
W letnią noc, późno, kiedy jesienne
Konstelacje wstępują w niebo
I Gwiazdozbiór Herkulesa
Zniża się ku zachodowi,
Biorę teleskop
I patrzę, jak Deneb
Zmierza do zenitu.
Moje ciało śpi. Jedynie
Oczy i mózg nie śpią.
Gwiazdy stoją wokół mnie
Jak złote oczy. Teraz już nie wiem,
Gdzie zaczynam się, gdzie być przestaję.
Lekki powiew w ciemnych sosnach
I niewidzialna trawa,
Przechylająca się ziemia, mrowiące się gwiazdy
Patrzą okiem, które widzi siebie.
Kenneth Rexroth, Serce Heraklesa
w tłumaczeniu Czesława Miłosza
wersja oryginalna pt. "The Heart of Herakles"
czwartek, 12 czerwca 2014
arcydzieło
Przez na wpół przymknięte powieki wchłaniałem świetlistość.
I zapach mnie ogarnął, ustało wszelkie wiedzenie.
Nagle poczułem, że znikam i płaczę ze szczęścia.
Czesław Miłosz, Łąka
takie małe arcydzieło zamieszczam.
i za autorem
oczy przymykam
wchłaniam świetlistość
zapach mnie ogarnął
ustało wszelkie wiedzenie
nagle poczułam
że znikam
i płaczę ze szczęścia.
środa, 11 czerwca 2014
czym
czym byłoby lato bez pomidorów, moje lato witariańskie, z założenia stuprocentowe, bez tej żywej czerwieni i miękkiej skórki, która w zależności od sprawności i nastroju wielbicielki może być sałatką, wsadem do kanapki, sokiem albo zupą, gęstym gazpacho z dodatkiem cebuli, czosnku, oliwy, papryki i ogórków, sztandarowym daniem della casa, czym byłoby lato bez surowego kalafiora, wymieszanego z kiszonymi i świeżymi ogórkami oraz przesadnie dużą ilością drobno siekanej natki pietruszki, który pod tą postacią z plastikowych pudełek o kolorowych wieczkach zjadam systematycznie przez cały dzień, czym byłaby biurowa dniówka w korpo bez młodych marchewek, kilograma pomarańczowych korzonków, jędrnych i chrupiących, które gryzę niczym królik bez opamiętania, co stanowi rekompensatę przedłużającego się okresu niedostatku jabłek, czym byłaby ta najgorętsza pora roku bez truskawek, jednych z najdoskonalszych owoców, które pochłaniam w ilościach, o których nie wypada nawet mówić, a koniec spożycia następuje wyłącznie z konieczności, w reakcji na boleści brzucha, wtedy żałuję, że człowieczy żołądek nie ma nieograniczonej pojemności, czym byłby letni wieczór bez zapachu czereśni i moreli, które stoją przede mną w dużej białej misce i są dla mnie absolutnie najsłodszą nagrodą. czym.
wtorek, 10 czerwca 2014
błogosławiona
Błogosławiony, który umie powiedzieć: Jaki szczęśliwy dzień. Julia Hartwig
błogosławiona jestem.
umiem powiedzieć: jaki szczęśliwy dzień.
i mówię.
błogosławiona słowami, truskawkami, zapachem czerwca.
kończę wykrzyknikiem: życie, kocham cię.
poniedziałek, 9 czerwca 2014
upał
skoki temperatury są przedziwne, prawie jak na afrykańskiej pustyni, w piątkowy wieczór omal nie zamarzłam w restauracyjnym ogródku nad jeziorem sącząc z Panią E. piwo bezalkoholowe, ubrana w dżinsy i podkoszulek, a w sobotnią noc w plenerze, na koncercie zespołu modnego w czasach mojej młodości, nogi, bose w cieniutkich jak listek czarnych balerinach, tak mi przemarzły, że opuściliśmy imprezę w trakcie, i w drodze powrotnej, musiałam włączyć ogrzewanie w samochodzie i skierować gorący nawiew na stopy, bo kto wie czy ten letni wypad nie skończyłby się odmrożeniem, na szczęście odtajałam nim wróciłam do domu, za to wczoraj na górskim szlaku upał niewyobrażalny i dziś też od rana, więc ratunek jedynie we włączonej klimatyzacji.
niedziela, 8 czerwca 2014
schizofrenia
czytam Schizofrenię Moja droga przez szaleństwo Elyn R. Saks, prawnika i pacjentki zarazem, na zmianę z książką podróżniczą Majubaju czyli żyrafy wychodzą z szafy, prezent od Pani E., autorstwa najwyższej polskiej podróżniczki (194 cm wzrostu), jak się domyślam tytułowej żyrafy, która relacjonuje dzień po dniu samotną wyprawę dookoła świata.
kiedyś interesowałam się psychologią, poszukiwałam wrażliwości i zrozumienia zarówno w ludziach jak i w książkach, publicznie zapewniając, że wyjdę za mąż tylko za psychiatrę albo artystę. dawno temu czytałam słynną Schizofrenię Antoniego Kępińskiego, może też dlatego, że G., szkolna koleżanka i sąsiadka z bloku, miała zaburzenia psychiczne, po załamaniu, rzuciła medycynę i podjęła pracę bibliotekarki, po dwudziestu blisko latach z pamięci odtwarzała nasze rozmowy, jakby odbyły się wczoraj, znała szczegóły, o których ja już dawno zapomniałam. tak się złożyło że żaden psychiatra nie stanął na drodze i nie skradł mi serca, ale jeden młody lekarz rozważał zmianę decyzji o wyborze specjalizacji.
Schizofrenia Elyn R. Saks jest relacją osoby chorej, nie lekarza, bardzo szczerze i dobrze napisaną, najlepszą rekomendacją do jej przeczytania jest recenzja Olivera Sachsa, zawarta w zdaniu: Najbardziej klarowne i budzące nadzieję wspomnienia o walce ze schizofrenią, jakie kiedykolwiek czytałem oraz widoczny na okładce znak bestseller New York Timesa. teraz interesuje mnie najbardziej skąd biorą się zaburzenia osobowości, jak się tworzą, czy siłą woli i determinacją można im przeciwdziałać, środkiem leczniczym, jestem o tym przekonana, może być medytacja, autorka Schizofrenii jako młoda dziewczyna miała kontakt z narkotykami, i stan po zażyciu narkotyków przyczynił się do rozwoju albo przyśpieszenia ujawnienia choroby, zatem stan medytacji jako przeciwny do tego, który wywołują narkotyki, powinien pomagać wyleczyć pewne zaburzenia psychiczne, albo je złagodzić.
sobota, 7 czerwca 2014
twierdza
dom zamienił się w twierdzę nie do zdobycia za sprawą zawieszonych w uchylnych oknach drobnych jak pończocha moskitier. na oścież mogę otworzyć tylko okna balkonowe i drzwi wejściowe. a jednak nie wiedzieć skąd pojawiły się dwa długonogie pająki w łazience niebieskiej i jeden dorodny mol w kuchni, które zmuszona byłam uznać za intruzów i jako takich za wtargnięcie na mój teren ukarać. obstawiam, że wchodzą przez kratki wentylacyjne.
wstręt do robaków mam odkąd pamiętam. z tych wielokończynowych stworzeń najbardziej nie znoszę pająków. kiedyś ich widok paraliżował mnie i wywoływał histerię. w zależności od sytuacji, i tego czy byłam w domu sama czy w towarzystwie, wrzeszczałam lub zamierałam z przerażenia. jedynym wybawieniem był odkurzacz na podorędziu. włączałam i zasysałam delikwenta w głąb czeluści worka. tak napełniony sprzęt domowy lądował na długie dni na balkonie.
wobec insektów byłam bezradna i roztrzęsiona. wracam do najdawniejszych wspomnień, by znaleźć to pierwotne wydarzenie, od którego zaczął się ten paniczny strach. i przypominam sobie widok pajęczyny rozciągniętej na wejściu do mieszkania pod nami, na samym jej środku siedział pająk, z wyraźnie naznaczonym wzorem krzyża na odwłoku, wyglądał jak ozdobiony w monarsze szaty król na tronie. odraza to za małe słowo, żeby określić co wtedy czułam, musiałam przejść koło pajęczyny, żeby dostać się na szóste piętro, na którym mieszkałam, oko w oko z trucicielem, nieomal ramię w ramię. później przeczytałam, że krzyżak podobnie jak wszyscy przedstawiciele rzędu pająków jest jadowity, jednak niegroźny dla człowieka.
piątek, 6 czerwca 2014
nurt
wpadliśmy w niebezpieczny nurt.
gospodarka rynkowa dała nam o sobie znać.
nie mam siły o tym pisać. bo ja nie jestem od problemów.
czwartek, 5 czerwca 2014
kropla
czwarty dzień oczyszczania nie różnił się wiele od drugiego, za wyjątkiem użytego sprzętu, dobry ekwipunek to podstawa przy wyczynach ekstremalnych, najlepiej wiedzą o tym alpiniści i nurkowie, w nowo zakupionym worku zacisk do rurki działa bezproblemowo, mogę zamknąć dopływ wody jedną ręką, a w starym i dwie ręce nie pomagały, więc z nowym workiem tej samej pojemności, dwa podejścia, bez szczególnych rezultatów po fakcie, za to obserwuję utrzymujący się spadek wagi, o kilogram, co dowodzi, że ciało ludzkie zbudowane jest w większości z wody.
jestem kroplą.
środa, 4 czerwca 2014
wiosna
kotów coraz więcej, szczególnie tych małych i chudych, urodzonych niedawno, nieporadnie stąpających na młodych łapach, z lękiem przebiegających między słupami ogrodzenia, białych i czarnych, z pręgowanymi ogonkami, łatkami, w plamkach, krawatkach, skarpetkach, potrzebujących ciepła i miłości, kocie matki dawno znikły im z oczu, więc wystawiają futerko i łapią promienie słońca na dachach i rozgrzanym asfalcie, cieplej, przed blokiem na pasach leży rozjechany gołąb, to już drugi ptasi nieboszczyk w ciągu tygodnia, czy to oznacza, że nie tylko ja wypowiedziałam wojnę latającym intruzom, a zasieki przeciw ptakom są niebotycznie drogie, w mieszkaniu coraz więcej dużych pająków, komarów i moli, żeby uwolnić się od zwyczajowej w przypadku spotkania interwencji silniejszego, w oknach zawieszam szare moskitiery, i przypominam sobie jak Terziani łapał muchy, które wpadły do pokoju w białą chusteczkę, po czym wypuszczał je za okno, na balkonie sadzę kwiaty z nasion, które razem z Panią A. zebrałam na klombach francuskiej riwiery, i z których może jeszcze w tym roku wyrosną na długich cienkich łodygach cyklamenowe płatki, w prostokątnych donicach jak zawsze ogródek ziołowy, bazylia i mięta, ten rosnący w oczach wiosenny taras to namiastka prawdziwej ziemi, to jakby antresola w pokoju i w piaskownicy zamek z piasku.
wtorek, 3 czerwca 2014
lewatywa
zaczęło się. miało być tylko przejście na dietę witariańską, ale zimno i deszczowo, pomidory bez smaku a truskawki jak ryż z wody, i tak trochę dodatkowo a trochę w zamian, rozszerzyłam wiosenne oczyszczanie ciała o zalecane przez Gersona i Tombaka oczyszczanie jelita grubego, na szczęście lewatywy są proste w wykonaniu i nie wymagają tylu wyrzeczeń co surowa dieta (oczywiście przy diecie największą trudność sprawia ciągła aprowizacja). pierwszy dzień był wprowadzający, porcja 1,75 litra wody z sokiem z cytryny, podzielona na trzy razy, drugi dzień (dzisiaj), bardziej udany, bo przerwa była jedna a podejścia dwa.
poniedziałek, 2 czerwca 2014
mnemoniki
chciałam poznać kości nadgarstka, które go tworzą, bo tenże niefortunnie złamany może powodować kłopoty. chirurg nie zauważył złamania drobnej kosteczki, czasem trudno dostrzec je u łódeczkowatej na zdjęciu rentgenowskim, jak też na żywo w czasie operacji. zoperował złamane kostki, a tę jedną zostawił, i ta zapomniana wówczas kosteczka nie może się dostosować do pozostałej reszty, już zrośniętej i tej nigdy nie złamanej, Panią E. czeka kolejna operacja. w nadgarstku kości jest doprawdy dużo, bo aż osiem, w jednej ręce, ale nie są to kości tylko kosteczki, malutkie jak karzełki, nazwy mają zdrobnione, jakby spieszczone, to nie piszczel czy strzałka, jak w podudziu, ale kość: łódeczkowata, księżycowata, trójgraniasta, grochowata (już widzę tę malutką jak ziarenko zielonego groszku), czworoboczna mniejsza i większa, główkowata i haczykowata. największa z kości nadgarstka jest główkowata, która posiada główkę i szyjkę. zgłębiając literaturę przedmiotu, natknęłam się na pomocne dla przyszłych medyków i felczerów wierszyki: Łódka płynie, księżyc świeci, trójgraniasty groszek leci oraz Na trapezie, trapeziku, wisi główka na haczyku i Czworoboczna większa z mniejszą się zmówiły, główkowatą na haczyku powiesiły. Anglosasom do nauki nazw kości nadgarstka służy mnemonik o dwuznacznej treści, ponieważ taką zapewne łatwiej zapamiętać: Some Lovers Try Positions That They Can't Handle (od pierwszych liter S-Scaphoid, L- Lunate, T-Triquetral, P-Pisiform, T-Trapezium, T-Trapezoid, C-Capitate, H-Hamate). i tak sobie siedzę i martwię się tą nową operacją Pani E., i jej nastrojami, a rano wita mnie Pani A. wiadomością, że wycięta dwa tygodnie temu z jej ciała tkanka jest nowotworem złośliwym. i już człowiek nie wie jak do sprawy podejść, co powiedzieć, bo natłok myśli, tych organizacyjnych; jaki lekarz, szpital, jak może pomóc, bo chciałby bardzo, i takich filozoficznych w istocie, bo smutek, żal, zagubienie, bo sam rozmyśla o dzisiejszej rocznicy, i powadze dat, o zatartym śladzie, porywach wiatru, cieniach drzew i jeszcze o zmianie diety i lewatywach oczyszczających, w tym celu Pan W. zakupił stosowne pomoce, a instruktarz został przeczytany wczoraj, w tej materii opieram się na radach Gersona oraz Tombaka, których udziela on w książkach, powszechnie dostępnych w internecie w formacie pdf, więc jem truskawkę za truskawką, czerwoną jak z reklamy ale bez naturalnej słodyczy, gdyż deszcz pada prawie codziennie, a od deszczu truskawki nie stają się słodsze i myślę sobie, że jestem tą siedzącą, jedzącą, piszącą, i coś jest ukryte, jak u Kiplinga, parafrazując, czuję, że powinnam iść tego poszukać, iść i popatrzeć za góry, albowiem coś jest zagubione za górami, coś zagubione czeka na mnie.
niedziela, 1 czerwca 2014
wycieczka
dzień dziecka bez dziecka, ani jednego, młodzi w podróży międzymiastowej Paryż-Bruksela, matka i ojciec na wycieczce rowerowej w gęstwinie lasów, czterdzieści kilometrów drogą szutrową na zmianę z asfaltową, nad nimi wierzchołki buków i choin, a ponad bezkresne niebo jako wyznacznik kierunku, bez mapy, kompasu, gpsa, na azymut, zgodnie ze wskazówkami mijanych rowerzystów, ręce bolące od mocnego ściskania kierownicy, umęczone bólem czteroliterowe siedzisko, w mijanych osadach festyny dla najmłodszych, na ryneczku starego miasta przy zamku odpoczynek, na miękkich poduchach ratanowych foteli, ulga, zupę cebulową i naleśnik ze szpinakiem podaje bardzo młody kelner z tunelem w uchu, ciekawe czy skończył już osiemnaście lat, nad talerzami zarzekają się, że to ostatni tradycyjny posiłek, przed oczyszczaniem organizmu, wiatr zrywa lniane szare serwety ze stołu, drobny deszcz niczym kropidło katolickiego kapłana zmusza do ucieczki.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)