wtorek, 31 grudnia 2013
buty
co za niezwykły dzień - koniec roku,
kończy się stary rok, który dał wszystko co miał do zaoferowania,
ani trochę więcej, ani mniej.
nie oczekuję już od niego nic, on też więcej dać mi nie może.
teraz uwiera jak za ciasne buty, których chciałoby się pozbyć.
marzę o nowym roku,
o nowych zdarzeniach, pomyślności, energii, pięknu,
to trochę tak jak zapragnąć włożyć nowo zakupione pantofle
i udać się na bal, nie jakiś zwykły bal, ale bal
wydawany na cześć laureatów nagrody nobla,
przetańczyć całą noc, i w dodatku zostać królową balu,
albo wsunąć na stopy wygodne buty trekkingowe
i udać się w podróż marzeń do Indii, Nepalu, Tybetu,
znaleźć się w klasztorze buddyjskim i zapomnieć o świecie,
znieść czas, widzieć naraz wszelkie życie niegdysiejsze, obecne i przyszłe,
i żeby wszystko zdało się dobre, doskonałe,
śmierć na równi z życiem, grzech na równi ze świętością,
roztropność na równi z głupotą,
wszystko niech będzie takie, jakie jest.
porównując ten rok do butów, to przychodzą mi na myśl te,
w których chodzę, czarne, miękkie, wygodne botki,
sprawiające wrażenie rozczłapanych,
nie widać po nich, że są z dobrego sklepu.
bo ten rok był z tych dobrych,
ale bez fajerwerków, orderów, nagród, awansów,
ze wspaniałymi wakacjami u A., kontynuacją praktyki jogi i pisania bloga,
ale bez corocznego odosobnienia.
przeddzień Nowego Roku czyli urodzin każdego z nas
życzę aby wszystko było dla Was dobre,
wszystko wokół wspierało Was w dążeniu do szczęścia.
poniedziałek, 30 grudnia 2013
mata
testuję nową matę do jogi, tę na całe życie,
jej kolor, granat, mój ulubiony,
przypomina zimowe niebo ciemną nocą.
przyczepność do podłoża ma doskonałą,
na lakierowanym parkiecie sypialni leży nieruchoma,
jej dwie poprzedniczki sunęły po niej jak łyżwy na lodowisku,
moje nogi ułożone w psie z głową w dół trzymają się idealnie,
ręce nieznacznie przesuwają się do przodu,
przecieram matę dokładnie mokrą gąbką i na sucho ręcznikiem,
ponownie wchodzę w psa.
zgodnie z zasadą powtarzaną na kursie przez mistrza jogi Raviego Javalgekara,
asana powinna być stabilna, długotrwała i wygodna, trwam,
ręce trzymają się maty zdecydowanie lepiej,
po dwudziestu oddechach wchodzę w psa z głową w górę.
niedziela, 29 grudnia 2013
czytanie
czytam Dziewczęta i kobiety Alice Munro, książkę
autobiograficzną w formie, choć nie w treści pierwszej pisarki,
która dostała nagrodę Nobla z dziedziny literatury za opowiadania,
(inną książkę tej autorki Miłość pewnej kobiety sprezentowałam Pani E.),
równocześnie z Samotną wędrówką przez Afrykę Frana Sandhama,
zakupioną na internetowym targu i dostarczoną do nas po świętach,
na szczęście choinka, pod którą miała się znaleźć, jeszcze stała,
zaglądając do Urodziłam się nad Bajkałem Bełły-Chan Skwarskiej
(jej imię przypomina mi włoskie Bella), którą pożyczyła mi E.
zapewniając, że mnie zainteresuje, bo są w niej buddyjskie klimaty.
ta ostatnia wciągnęła mnie najbardziej.
sobota, 28 grudnia 2013
fotograf
ukazała się książka Fotograf z Auschwitz Anny Dobrowolskiej.

polecam książkę i film Irka Dobrowolskiego Portrecista,
(o którym już kiedyś pisałam) o niezwykłej osobie - Wilhelmie Brasse.
o książce szerzej tutaj.
sama jeszcze tej książki nie kupiłam, ale mam zamiar.
w czasie wizyty w księgarni długo wahałam się co wybrać,
i w końcu uległam namowom Młodej i kupiłam dla niej
Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta Davida Mitchella,
powieść o XVIII Japonii. ta książka, choć zupełnie inna w swojej wymowie,
też zebrała doskonałe recenzje.
piątek, 27 grudnia 2013
przyjaciółka
kobiety żyją dłużej od mężczyzn bo mają przyjaciółki
taką tezę zawierał artykuł, na który natknęłam się
w stosie kobiecej prasy, w moim ulubionym salonie fryzjerskim
gdzie zawsze przyjmują mnie dwie fryzjerki, z których jedna strzyże a druga farbuje.
kobiety żyją dłużej bo mają przyjaciółki,
przed nimi nie muszą grać twardych, nieomylnych, niezwyciężonych,
mogą płakać, rozpaczać, jęczeć, wzdychać bez żadnych konsekwencji
czy obaw, że zostaną niezrozumiane, albo uznane za histeryczki,
mogą pokazać się bez makijażu lub z rozmazanym od płaczu tuszem na twarzy,
mogą przez cały dzień być nieuczesane albo w papilotach,
chodzić w pomiętej piżamie, starym swetrze i dziurawych skarpetach
a przyjaciółka skwituje to jedynie śmiechem.
choć hipoteza o długim życiu pewnie nie jest dogłębnie sprawdzona,
ja uznaję ją za prawdziwą.
i skoro kobiety przyjaciółki żyją dłużej od tych niezaprzyjaźnionych,
to znak, że my Droga Przyjaciółko, będziemy żyć dłużej niż przeciętnie,
a wiek, w którym przychodzi Polkom rozstać się z tym światem
to - nie do uwierzenia - osiemdziesiąt jeden lat, więc Moja Droga Przyjaciółko,
my z pewnością wcześniej niż przed dziewięćdziesiątką z tego świata
nie zwiniemy się, bo on zdecydowanie jest za piękny na to,
by go tak szybko porzucać, i zaprzestać tego niezmiennego podziwu.
a dla poprawienia kondycji fizycznej na wiosnę proponuję
dietę oczyszczającą na bazie surowizny.
już ją obmyślam.
czwartek, 26 grudnia 2013
cokolwiek
Cokolwiek powiem, już powiedziano przede mną,
zebrano już wszystkie owoce z ogrodu mądrości.
Ferdousi, poeta perski, żył w latach 932–1020
ulegam iluzji tych słów
wszystko zostało powiedziane
zebrano już całą mądrość i doświadczenie z boskich ogrodów
pozostaje nie mówić więcej
bycie wypełni się ciszą tym najdoskonalszym przekazem
który dotrze tam gdzie nie dociera żadne słowo
wtorek, 24 grudnia 2013
wigilia
Nie zajmuj swojego cennego czasu niczym,
z wyjątkiem najcenniejszej rzeczy,
a najcenniejszą rzeczą jest stan bycia obecnym w teraźniejszości. Sufi, Abu Sai
w ten wigilijny wieczór życzę Wam abyście byli obecni,
aby Wasz umysł był spokojny opanowany niezmącony i silny,
abyście byli szczęśliwi.
poniedziałek, 23 grudnia 2013
schorzenie
zastanawiam się czy to jakieś schorzenie
mnie dopadło czy działanie postępującego czasu
daje taki efekt, że nie chce mi się spać,
o pójściu do łóżka w ogóle nie myślę,
chyba że mam ochotę na czytanie, to co innego,
to wtedy jak najbardziej, widzę siebie wyciągniętą
w pozycji horyzontalnej, wspartą na poduszkach,
z książką w ręce i stosem pozostałych stojących
u wezgłowia jak wierny strażnik, gotowy
na najlżejsze skinienie spełnić każdą moją zachciankę
i odkryć głębię wiecznego zdziwienia,
ale żeby tak piżama, wieczorna toaleta i ciepła kołdra to nie.
czy ja jestem proszę pana na zakręcie.
niedziela, 22 grudnia 2013
filmy
on line obejrzałam po włosku animowaną Krainę lodu
i ostatni film Ozona Piękna i młoda.
a propos tego ostatniego nasunęło mi się -
Są dwie rzeczy, które napełniają duszę podziwem i czcią,
niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie.
Są to dla mnie dowody, że jest Bóg nade mną i Bóg we mnie. Immanuel Kant
sobota, 21 grudnia 2013
egzamin
południowa sesja jogi, w najwyższym skupieniu,
po wyjściu spod prysznica czytam smsa,
Młoda zdała egzamin na pas pomarańczowy z niebieskim
pagonem w karate kyokushin, w wolnym tłumaczeniu
dążenie do prawdy, marzy już o następnym egzaminie
na niebieski pas czyli 8 kyū i żeby mieć wyhaftowane na pasie
swoje imię i nazwisko po japońsku,
w księgarni nad sokiem ze świeżych pomarańczy
(o ironio codzienności) doczytałam końcówkę książki
Urodzony w obozie nr 14. Z Korei Północnej
długa droga do wolności Blaine Harden'a,
którą zaczęłam czytać tydzień temu.
jest to historia więźnia Shin Dong-Hyuka,
urodzonego w północnokoreańskim obozie zagłady,
któremu udało się uciec z tego obozu
i teraz mieszka w stanach i Seulu,
jest aktywistą ruchu praw człowieka,
polecam jego stronę fejsbukową oraz filmy,
niewyobrażalne bezkresne cierpienia,
o których trzeba wiedzieć, i walczyć,
kupiłam choinkę na obwoźnym targu, dwumetrowego świerka,
już stoi w salonie, ma gałęzie zakończone igłowymi kuleczkami,
sprzedawca na moją prośbę pień ociosał siekierką,
żeby łatwiej go było do stojaka włożyć.
wieczorem zakupy przedświąteczne, dziesięć kilo pomarańczy, jabłek,
awokado, soki, krakersy, orzeszki, tortilla na festę,
dla uczczenia tego sukcesu egzaminacyjnego,
i nocne świętowanie i opowiadanie o szczegółach
jaka komenda, kto zdawał, kto oblał i dlaczego
nie filmuje się egzaminów karate w tym klubie.
piątek, 20 grudnia 2013
modlitwa
tekst pochodzi z katedry St. Giles w Edynburgu,
jest podobno modlitwą XVII-wiecznej zakonnicy.
Panie, Ty wiesz lepiej ode mnie,
że zaczynam się starzeć i że pewnego dnia będę stara.
Uchroń mnie przed zgubnym zwyczajem myślenia,
że muszę cokolwiek powiedzieć na każdy temat
i przy każdej sposobności.
Uwolnij mnie od nieprzepartej żądzy prostowania
ścieżek każdego z moich bliźnich.
Uczyń mnie zamyśloną, ale nie smętną; pomocną, ale nie władczą.
Świadoma jestem moich rozległych pokładów mądrości
i doprawdy żal nie robić z nich użytku, ale Ty, Panie, rozumiesz,
że pragnę zachować choć kilka przyjaznych dusz,
kiedy przyjdzie na mnie koniec.
Uchroń mnie od recytowania w nieskończoność szczegółów,
daj mi skrzydła, abym umiała dotrzeć do sedna sprawy.
Zapieczętuj moje usta przed uskarżaniem się na bóle i dolegliwości.
Są coraz bardziej dokuczliwe, a opowiadanie o nich staje się
z biegiem lat nieomal rozkoszą.
Nie ośmielam się ubiegać o tak wielką łaskę,
abym umiała z pogodną życzliwością wysłuchiwać opowieści
moich bliźnich o bólach i niedomaganiach,
ale pomóż mi, Panie, znosić to z cierpliwością.
Nie śmiem nawet prosić o polepszenie mojej pamięci,
ale - proszę uniżenie - spraw, abym stała się bardziej pokorna
i zarazem mniej zadufana, kiedy dane, przywoływane przez moją pamięć,
zderzają się z tym, co wynika z pamięci innych.
Naucz mnie chwalebnej lekcji, że niekiedy mogę się mylić.
Uczyń mnie w miarę pogodną; nie zamierzam być świętą -
niektórzy z nich są zaprawdę trudni do zniesienia -
ale zgorzkniały stary człowiek jest jednym z koronnych osiągnięć szatana.
Obdarz mnie zdolnością zauważania dobra w nieoczekiwanych miejscach
i dostrzegania talentów u ludzi, u których trudno się tego spodziewać.
I daj mi Panie, łaskę, żebym zdołała im to powiedzieć.
pięknie powiedziane.
czwartek, 19 grudnia 2013
pożegnanie
porządki tłumaczą rozstania.
ze ścierką w ręce pożegnałam
Małą Dorit Dickensa, była ze mną od zawsze, to spadek po Mamie,
Olafa Syna Auduna Sindrid Undset,
prezent od cioci Pani A., która ma w zwyczaju
rozdawać książki ze swojej biblioteki odwiedzającym ją gościom
i mnie nią w czasie pewnej wizyty obdarowała,
dwie książki Stanisława Lema,
najczęściej tłumaczonego polskiego pisarza,
dla niektórych jedynego humanisty w Polsce,
Historię Polski
i sześć tomów encyklopedii oxfordzkiej dla dzieci,
przekazałam je do ośrodka pomocy dziecku i rodzinie
(zwanego dawniej domem dziecka),
duży słownik techniczny rosyjsko-polski,
nie otwierany od trzydziestu lat
(Młoda zrezygnowała z nauki rosyjskiego,
nikogo nie dziwi, że wolała japoński),
Opowieści niesamowite Allana Edgara Poe po angielsku,
wydanie rosyjskie, pochodzące z peerlowskiej księgarni,
gdzie oprócz powieści radzieckich można było kupić klasyczne
dzieła literatury angielskiej i amerykańskiej,
poezje Bolesława Leśmiana, zebrane w tomie z kartkami
wypadającymi jak zasuszone liście z zielnika,
który przypomniał mi ponadczasowa interpretację erotyków
Leśmiana w wykonaniu Jandy i Grechuty,
ten duet uwielbiam.
środa, 18 grudnia 2013
szpagat
śniło mi się, że zrobiłam szpagat.
był to tzw. szpagat damski,
z jedną nogą wystawioną w przód, a drugą w tył.
to był piękny sen.
wtorek, 17 grudnia 2013
nieistotność
Jest coś takiego
w ciężkim od śniegu niebie,
zima,
późnym popołudniem,
co w sercu budzi pewność, uniesienie,
słodka czasu nieistotność.
Kiedykolwiek dotrę do domu – kiedykolwiek-
ktoś, kto mnie kocha, będzie tam. (…)
Obojętnie gdzie jestem -
w muzyce, w słowach,
w pożarach mojego serca,
zamieszkuje dogłębnie
to pozbawione imienia, niepodzielne miejsce,
ten świat,
chylący się teraz ku upadkowi,
cały biały i dziki
pełen wiary, której nie da się wyrazić, wyobrazić,
wypowiedzieć w najgłębszej nawet modlitwie.
Bez obawy, wcześniej czy później, dotrę do domu.
Z czerwonymi od wiatru i mrozu policzkami,
będę stała przed drzwiami
przytupując nogami i rozcierając ręce,
moje ramiona otulone gwiazdami.
ten wiersz znalazłam gdzieś w internecie,
ma prawdopodobnie tytuł W drodze do domu,
nie zanotowałam nazwiska autora, czy raczej autorki.
dlatego przepraszam ją tutaj za to niedopatrzenie.
wiersz jest piękny,
nie można zostawić go w kopiach roboczych,
powinien wyjść na świat i zaistnieć.
niech słowa Jest coś takiego
w ciężkim od śniegu niebie,
zima,
późnym popołudniem,
co w sercu budzi pewność, uniesienie,
słodka czasu nieistotność.
Kiedykolwiek dotrę do domu – kiedykolwiek-
ktoś, kto mnie kocha, będzie tam
dotrą do Waszych serc i rozgrzeją Was w długi zimowy wieczór.
poniedziałek, 16 grudnia 2013
tombola
na spotkaniu przedświątecznym w szkole włoskiego
pomiędzy jednym ciastkiem a kolędą Tu scendi dalle stelle,
grałam w tombolę, grę typu lotto, popularną na południu Włoch.
tombola polega na tym,
że każdy z graczy otrzymuje tabelkę z kilkunastoma numerami,
po czym wkłada się numery od 1 do 90 do koszyka wiklinowego,
tzw. panariello i przystępuje do losowania.
sierotką losującą był Al rodem z Neapolu.
nie wygrałam dwójki, gdy ją dostrzeżesz w jednym rzędzie
wołasz ambo!, ani trójki, wołasz terno!, ani czwórki - quaterna!
ani piątki - cinquina! oczywiście nie wygrałam też tomboli -
żeby ją wygrać trzeba mieć odkryte wszystkie liczby na karcie.
a mnie została ich piątka.
ale zabawa była przednia.
dla italofilów wyjaśniam, że nazwa tombola pochodzi od czasownika tombolare,
co oznacza kilkakrotne obracanie koszyka tak aby numery dobrze się pomieszały.
co ciekawe tombola to nie tylko numery, to tradycja symboli,
jakie przypisywano poszczególnym numerom.
każdy bowiem numer symbolizuje jakiś przedmiot lub postać z dnia codziennego,
z religii, wiele jest także pojęć abstrakcyjnych i wulgaryzmów.
niedziela, 15 grudnia 2013
niedziela
rozmawiałam prawie godzinę z Panią A. przez telefon
o tym jak przebiegało urodzinowe przyjęcie Pana M.,
zachwycił mnie dip z awokado i czosnku, który podała
do maczania kawałków tortilli, od razu chciałam go skosztować,
wraz z Dziećmi wręczyłam Panu W. urodzinową książkę Dzieci naszej dzielnicy
noblisty Nadżiba Mahfuza, tego od Opowieści starego Kairu,
co roku niezmiennie dziwię się,
że tylko pięć dni dzieli ich daty urodzin,
zamówiłam pierwszą w życiu profesjonalną (cokolwiek to znaczy)
matę do jogi, którą sprzedawca reklamuje jako matę na całe życie,
wierzę w jej trwałość, ale chciałabym żyć dłużej od maty,
marzy mi się życie długie na metr czyli setkę,
na internetowym pchlim targu kupiłam książkę
Frana Sandhama Samotna wędrówka przez Afrykę,
odzyskałam kilka usuniętych plików z pendriva,
tych z dysku d się nie da, za to z pendriva owszem,
wszystkie skasowane pliki i kopie robocze mogę odczytać,
muszę ogłosić w biurze, żeby nikt mi swojego pena nie pożyczał,
dla poprawienia techniki zaczęłam ćwiczyć powitanie słońca
z Wiktorem Morgulcem, który przygotowuje chętnych do maratonu jogicznego
czyli wykonania 108 powtórzeń sekwencji powitania słońca,
jego instrukcje na wideo są prawie tak precyzyjne jak Iyengara,
napisałam pismo do sądu z prośbą, aby sąd w swojej mądrości
nadał sprawie korzystny dla mnie bieg, nic więcej już zrobić nie mogę,
przeczytałam półtora rozdziału Domu w Fezie Suzanny Clarke,
książki pożyczonej od Pani E., która w Fezie była, prawdziwość opisanych
w książce relacji potwierdza, i jeszcze pewnie do Fezu wróci.
sobota, 14 grudnia 2013
bigos
ugotowałam bigos, który pobił wszystkie poprzednie bigosy,
do jego przygotowania użyłam najprostszych składników,
podaję je w kolejności ich dodawania wg kuchni pięciu przemian:
oliwę z oliwek
kilka cebul
główkę białej kapusty
odrobinę wody
kapustę kiszoną
paprykę czerwoną mieloną do smaku
suszone śliwki bez pestek
siekane migdały
zazwyczaj dodaję jeszcze suszone grzyby (ale skończyły się)
i koncentrat pomidorowy, który tym razem okazał się zbyteczny.
po drugiej repecie Młoda stwierdziła, że się starzeje
skoro zaczyna jej smakować coś tak pospolitego jak bigos.
piątek, 13 grudnia 2013
tort
człowiek jest jak tort, składa się z wielu warstw
jedna warstwa to rodzina
(najstarsze czy jedyne dziecko w rodzinie),
druga wykształcenie, kolejna miejsce zamieszkania,
warunki bytowe, podróże, otoczenie bliscy,
przyjaciele, autorytety, stanowiska, lektury, filmy.
świat smakuje nas całych.
świat nie wie, która warstwa sprawia, że wydajemy
się słodcy, warci grzechu, uwagi, miłości, zachwytu.
jeśli reaguję tak, a nie inaczej,
to trudno powiedzieć dlaczego, czy
dlatego, że jestem kobietą czy że jedynaczką
czy że szkołę podstawową rozpoczęłam mając sześć lat
czy że we wczesnej młodości zaczytywałam się Dostojewskim,
czy, że nie znałam nigdy dziadka ze strony mamy,
który zaginął wkrótce po wkroczeniu rosjan do Polski w 39 roku
a może dlatego, że byłam kinomanką
i w czasie studiów oglądałam po trzy filmy dziennie
w małym studyjnym kinie z trzydziestoma fotelami,
czy że ćwiczę jogę z przerwami
konsekwentnie od osiemnastu lat.
czwartek, 12 grudnia 2013
wtopa
takiej wiadomości się nie spodziewałam
zadzwonił Pan W. mówiąc, że
cała zawartość mojego dysku d poszła w eter
wszystkie zdjęcia dzieci, filmy z co najmniej pięciu lat
i to co napisałam, w tym czasie
biurowy pamiętnik pisany od pół roku, prawie codziennie,
po raz drugi rozpoczęta książka,
(podobno Kerouac zaczynał pisanie W drodze 17 razy,
aż napisał ostateczną wersję, którą uznał za doskonałą
ale czy muszę też ja).
w intencji odzyskania plików
zapaliłam świeczki przy posążku buddy,
ładny ołtarzyk - rzuciła Młoda,
ołtarzyk zrobił się bezwiednie,
choć budda to nie cały, tylko sama głowa,
postawiona na podwyższeniu, bryle soli przywiezionej z wieliczki.
Pan W. robi co może, ale problem go przerasta
dzięki programowi do odzyskiwania plików
teoretycznie jakąś ich część odzyskał, ale z braku miejsca
na dysku i przy braku dysku zewnętrznego, ponownie je stracił.
mam teraz na kompie linuxa i firefoxa
i wyrwy w domowym albumie i archiwum jak po wybuchu wulkanu.
nie tak dawno mówiłam, że lubię wulkany, to teraz mam.
środa, 11 grudnia 2013
zasłyszane
w sklepie niemieckiego sprzedawcy odzieży i wyposażenia wnętrz,
młody mężczyzna ogląda czapkę uszankę, grubą jak futro bobra z nausznikami.
w pewnym momencie mówi do stojącej obok ekspedientki:
- ta czapka wyraża całą moją osobowość.
wtorek, 10 grudnia 2013
lubię
lubię patrzeć na dachy domów z góry i z dołu
oglądać te eleganckie wykonane z najdroższej ceglanej dachówki
kopertowe i ubarwione wolimi oczami
i te pokryte czarnymi ze starości deszczułkami z drewna
lubię żółcie, czerwienie, pomarańcze
na fakturze owoców i kwiatowych płatkach
oraz na letnich sukienkach otulonych miękkimi zwiewnymi szalami
lubię wyobrażać sobie Ciebie
jak idziesz ulicami miasta
i dzwonisz do mnie bo myślałeś o mnie cały ranek
poniedziałek, 9 grudnia 2013
niedziela, 8 grudnia 2013
poszukiwania
zastanawiam się nad wyborem nowej aktywności
marzy mi się prowadzenie strony o kulturze w wielkim mieście
kurs dla instruktorów jogi
pisanie książki
ech
sobota, 7 grudnia 2013
piątek, 6 grudnia 2013
jedwab
był rok 1861.
Flaubert pisał Salammbô,
światło elektryczne było dopiero hipotezą,
a Abraham Lincoln, po drugiej stronie oceanu,
prowadził wojnę, której końca nie miał nigdy zobaczyć.
Baldabiou próbował znaleźć ostatni łyk pernoda na dnie kieliszka.
gdzie jest właściwie ta Japonia?
– prosto, w tamtą stronę.
na samym końcu świata.
w całej Japonii obowiązywał wówczas dekret cesarski,
zabraniający budowy łodzi,
które miałyby więcej niż jeden maszt.
kraj stał się jeszcze bardziej odległy.
prawo nie zabraniało mieszkańcom opuszczać ojczyzny,
tyle że ci, którzy próbowali do niej wrócić,
skazywani byli na śmierć.
w opowieściach ludzi, którzy byli w Japonii
często powtarzała się legenda,
która głosiła, że na wyspie produkowany
jest najpiękniejszy na świecie jedwab.
robi się go od ponad tysiąca lat, według starych rytuałów
i sekretów, osiągając mistyczną niemal precyzję.
Japończycy zgodzili się w końcu sprzedawać swój jedwab.
ale nie jajeczka. tych pilnie strzegli.
jeśli ktoś próbował wywieźć je z wyspy, popełniał przestępstwo.
na podstawie powieści poetyckiej Jedwab Alessandro Baricco
czwartek, 5 grudnia 2013
wymiana
Znalazłem się w masywnej betonowej muszli:
światło ze szklanych cygar, wtłaczane powietrze,
piętra spięte ruchomymi schodami.
Wypełniały ją rzeczy nabyte i zrobione
w dwudziestym stuleciu. Wystawione na lady
i półki.
Ludzie tego wieku, wciśnięci w odzież
zrobioną na maszynach, gromadnie
Wymieniali cały swój drogocenny czas
na rzeczy.
Gary Snyder, Transakcja
w tłumaczeniu Adama Szostkiewicza
wymieniałam swój drogocenny czas na rzeczy
wiedziona myślą o jutrzejszych mikołajkach
i kolorowych torbach, które staną przy łóżkach Młodych
w ostatniej chwili wpadłam do kina
na zaczynającą się właśnie Wenus w futrze
(zupełnie przypadkiem Pani E. miała na sobie futerko z kapturem,
prezent z cypru), aktorskie mistrzostwo,
czapki z głów przed reżyserem,
który mimo osiemdziesiątki kręci filmy z młodzieńczą werwą
i doskonale prowadzi aktorów
bez żadnej fałszywej nuty
na najwyższych obrotach
ale szkoda jego talentu czasu emocji widzów
dla przedstawienia urojeń chorego, mimo wszystko
to moim zdaniem błahy nieważny temat, bez głębszej treści
wyraz rozmieniania się na drobne reżysera
a może to być ostatni film w jego życiu
w ogóle za dużo miejsca w kulturze zajmują takie błahe tematy
środa, 4 grudnia 2013
błogość
po wieczornej praktyce jogi
poczułam wielką błogość
leżałam na macie w savasanie
z pustym umysłem
czując całą powierzchnię ciała
wtorek, 3 grudnia 2013
prelekcja
37% młodych ludzi próbowało narkotyków
nie ma klasy szkolnej ani grupy młodzieży
żeby ktoś z niej nie próbował narkotyków
kochajmy dzieci bardziej bardziej
miłość zapobiega poszukiwaniom nowych doznań
obserwujmy
średni czas odkrycia przez rodzica faktu
że jego dziecko bierze narkotyki wynosi w polsce
od 1,5 roku do 2 lat
gdyby teraz na salę wszedł ktoś po spożyciu alkoholu
to wszyscy Państwo by się zorientowali
a gdyby wszedł ktoś po zażyciu narkotyków, to tylko nieliczni
100% filmów zrealizowanych przez młodzież
w ramach konkursu, tu zastępca dyrektora, wymienia nazwę,
dotyczyło brania leków przez młodych
to świadczy o skali problemu
sięgają nawet po leki na kaszel, bo zawierają kodeinę
poniedziałek, 2 grudnia 2013
owszem
Jeżeli filozofuje mężczyzna,
to z tego, owszem,
wychodzi filozofistyka czy tam sofistyka,
ale jeżeli kobieta albo dwie kobiety,
to wyjdzie tylko wiercenie dziury w brzuchu.
Antoni Czechow, Trzy siostry
niedziela, 1 grudnia 2013
Wróżka
w domu Wróżki, Pani E. mnóstwo jest żywych kwiatów,
stoją też na zewnątrz przed drzwiami wejściowymi,
w jeden wetknięta jest kolorowa czarownica zrobiona ze szmatek,
na szczęście, po tym poznałam, że to jej dom,
gdy zapomniałam adresu i telefonu ostatnim razem,
bo właściciel, który ustawia przed domem kwiaty, a wokół nich czarownice,
to musi to być człowiek niezwyczajny, a dom pewnie zaczarowany,
do którego trzeba wejść,
w domu Wróżki, pełno jest też kwiatów malowanych
na kubeczkach, filiżankach, zasłonach, poduszkach,
z każdego kąta wychylają się uśmiechnięte postacie aniołów i kotów.
z Wróżką mieszkają dwie świnki morskie:
Chrumcio i Poziomka vel Poziomek, która okazała się być chłopcem,
i rudobiały brytyjczyk Maurice, arystokrata rodem z niemiec.
w domu Wróżki dzisiaj znalazła schronienie
bezpańska mała kotka, pręgowana jak borsuk, bez imienia.
właściwie imię ma, nadano je w ośrodku dla bezpańskich
zwierząt, ale to imię nie przemawia do Wróżki
i nie pasuje do kotki.
Wróżka szuka imienia dla kotki, które do niej przylgnie,
imię które da jej siłę, i pozwoli jej wieść
niezależne życie wśród tej bajkowej flory i fauny.
ponieważ kotka, podobnie jak kot, powinna mieć trzy imiona,
proponuję takie:
Pandora,
Maggie,
Ancymonka,
Kokardka,
Pętelka,
Kwiatuszek,
(kiwaczek, nie bo to ma być prawdziwe imię).
imiona można komponować w pary:
np. Maggie Ancymonka lub Pandora Kwitnąca,
to dopiero jest pełnia szczęścia, mieć takie imię,
jeden człon imienia uzupełnia drugi,
w podobny sposób powstało imię Tygrysek Napoleon,
które nadaliśmy synowi naszej kotki Milki,
i które rzadko było skracane.
przy okazji wiersz na temat:
Niełatwa to sprawa z imieniem dla kota,
Trudniejsza niż różne krzyżówki lub gry;
Wariatem się wydam na pierwszy rzut oka,
Gdy powiem: kot najmniej imiona ma trzy!
Po pierwsze — to imię na zwykły użytek,
Jak August, Barnaba, Alonzo lub Sam,
Jak Mruczuś, jak Buruś, jak Kiciuś lub Kitek —
Imiona sensowne, mnie znane i wam.
Są również wymyślne, gustowne imiona,
Niektóre dla panów, niektóre dla dam,
Jak Safo, Apollo, Bucefał, Ilona —
Lecz równie sensowne, mnie znane i wam.
Kot musi poza tym mieć drugie też imię
(Jak nie ma go, nie chce nic pić ani jeść),
Co godne by było i w dumę go wbiło,
By wąs mógł rozpostrzeć i ogon w pion wznieść.
I takich niemały zapasik mam imion,
Na przykład Ścichapęk, Szastprastuś lub Szprot,
Lub Bombalurina (dla pań), lub Ancymon —
Imiona, co jeden jedyny ma kot.
Lecz Trzecie swe imię kot sam sobie nadał
I nikt go nie pozna, i na nic się zda
Wysiłek człowieczych dociekań i badań,
Bo kot go nie zdradzi — On tylko je zna.
Więc kiedy w głębokiej jest kot kontemplacji
I siedzi bez ruchu w skupionym milczeniu,
To ta kontemplacja jest zawsze z tej racji,
Że myśli i myśli o Trzecim Imieniu,
O swym zmyślonym, przemyślnym, wymyślnym,
Niedodododomyślnym,
Tajnym, niedosięgłym, jemu tylko właściwym
Imieniu
T.S. Eliot, Imiona kotów
w przekładzie A. Nowickiego
sobota, 30 listopada 2013
sobota
w drodze na siłownię zauważam brak sieci w telefonie,
szybko orientuję się, że właśnie skończyła mi się umowa
z operatorem p., zamieniłam operatora p. na p.
(co za piękny przykład anonimizacji),
powinnam włożyć nową kartę sim,
a ja nawet nie wiem gdzie ona jest,
w stosie papierów i teczek, czy może w koszu na śmieci,
telefonu do wykonania najważniejszego połączenia
(muszę uprzedzić Dzieci przed bezskutecznym dzwonieniem)
pożycza mi Pani L., południowa sesja jogi w ciszy i skupieniu,
w księgarni przeglądam Papuszę Agnieszki Kuźniar,
pierwszy rozdział o śmierci Wajsa, męża poetki, wciągający,
językiem Papuszy pisany, zachęca do dalszej lektury,
zakupy w supermarkecie, koniecznie puszka tuńczyka
w sosie własnym dla Maurycego i butelka chianti,
bo biała etykieta z informacją o winie po włosku,
w domu czytam Radio Yokohama Bruczkowskiego,
choć nie wciąga mnie tak jak Bezsenność w ....
piątek, 29 listopada 2013
czystek
od poniedziałku zaczęłam kurację czystkiem.
poleciła mi go Pani K., która pije napar z czystka od miesiąca,
i zaopatrzyła mnie w niego.
czystek, chłystek - pomyślałam w pierwszej chwili.
później dowiedziałam się, że to poważne zioło.
wzmacniacz systemu immunologicznego,
działa przeciwzapalnie, przeciwwirusowo,
przeciwbakteryjnie, przeciwgrzybiczo.
pięknie pachnie i smakuje zdecydowanie lepiej
niż zielona herbata czy yerba mate.
jako herbatka czystek może z powodzeniem zastąpić
inne rozgrzewające napary pijane w biurze.
dlatego postanowiłam pić chłystkową herbatę przez całą zimę.
po części z uwagi na uzdrawiające właściwości,
ale głównie właśnie ze względu na jego świeży smak i aromat.
czwartek, 28 listopada 2013
pisarka
spotkanie autorskie w teatrze
wchodzę spóźniona
kasjerka kieruje mnie na piętro
na scenie siedzi pisarka
żadnej z jej książek nie czytałam ani wierszy
weszłam z ciekawości
bo po drodze miałam
i po czasie też
przemoc lochów, murów obronnych - mówi
nie żyjemy w szczęśliwym świecie
coraz bardziej staje się to widoczne
świat, w którym żyjemy wcale nie jest dobry
ale każdy może znaleźć dobre rozwiązanie dla tego
ludzką kondycją jest znajdowanie rozwiązania
chodzę do lasu, uwielbiam las,
czuję się tam tak jakby większa większa
po pół godzinie wymykam się z widowni niezauważona
środa, 27 listopada 2013
miss
amerykanka w każdym calu
półkrwi nigeryjka
piękna jak marzenie
została miss nowego jorku 2010
weganka
zdrowym pożywieniem przez żołądek do jej serca
wdarł się polak dietetyk, kucharz
z nim przyjechała do polski i tu została
spotkałam ją na odosobnieniu medytacyjnym latem 2011
była wtedy w ciąży
pełna radości, uroku, glamour
dziś mieszka na wsi z rodziną
gra po polsku w wałbrzyskim teatrze
w zachodnich mediach rozsławia nasz kraj
znalazła w nim coś ważnego
co sprawia, że czuje się tutaj jak w domu
tak jak inni śnią american dream
tak ona śni sen o polsce
zachwyca się polakami za ich bezpośredniość
prostotę, trwałe i silne relacje rodzinne
coraz lepiej mówi po polsku
Davina
wtorek, 26 listopada 2013
ćwiczenie
Czy chodzisz, siedzisz czy też śpisz,
zawsze spoglądaj w swój umysł,
nieustannie i bez przerwy.
Jest to ćwiczenie warte wysiłku.
Milarepa
przypomniało mi się jeszcze jedno ćwiczenie
stanowiące medytację w drodze,
które warto wypróbować.
polega na obserwacji oddechu w rytmie własnych kroków.
kroki są czymś na wzór wahadła metronomu.
ile kroków robię wdech,
ile kroków robię wydech,
czy tyle samo kroków trwa mój wdech co wydech.
metoda szczególnie przydatna w początkowym
okresie obserwacji oddechu.
gdy mówię o ćwiczeniach obserwacji, to przypomina mi się jeszcze jedno,
przekazane mi przez moją mistrzynię jogi.
przez jeden dzień obserwuj swój umysł i oddech,
te niezliczone chwile kiedy robisz wdech i kiedy robisz wydech.
zauważ w którym momencie pojawiają się myśli.
czy myśli pojawiają się kiedy robisz wdech czy kiedy robisz wydech,
czy w czasie zatrzymania pomiędzy wdechem i wydechem
lub wydechem i wdechem.
na znalezienie odpowiedzi na pytanie
kiedy pojawiają się myśli dostałam tydzień.
mam nadzieję, że za tydzień Wy
też znajdziecie odpowiedź na to pytanie.
poniedziałek, 25 listopada 2013
okno
teraz otworzę wirtualne okno - powiedział
nauczyciel jogi włączając klimatyzację przed
końcowym relaksem.
niedziela, 24 listopada 2013
odkrycie
moje kulinarne odkrycie,
efekt poszukiwań nowych smaków,
nowych konsystencji -
zmiksowane w blenderze stojącym
orzechy laskowe
(ja użyłam mielonych sprzedawanych w paczkach,
choć dobre blendery mielą podobno wszystko),
rodzynki (wcześniej dobrze opłukane, duża paczka),
z niewielką ilością wody i jedną pomarańczą (najlepiej bez pestek).
w wersji drugiej dodałam do tych samych
składników jeszcze migdały mielone, też całą paczkę.
wizualnie zwyczajny deser, po skosztowaniu okazał
się wspaniałym przysmakiem, pełnym różnych smaków,
takim o jakim marzą wegetarianie, a doceniają nawet mięsożercy.
Młodego deser tak zachwycił, że zaproponował mi otwarcie cukierni.
sobota, 23 listopada 2013
stosunek
stosunek produktów surowych do gotowanych i przetworzonych
w mojej diecie wynosi obecnie 1:3.
problem polega na tym, że mój organizm żadnej ilości produktów surowych,
nie uważa za wystarczającą aby się nasycić,
w ogóle nie zauważa zjedzonych owoców i warzyw,
uznaje je wyłącznie za przekąskę,
i dopomina się czegoś konkretniejszego do jedzenia.
mimo zjedzenia dzisiaj: dwóch mandarynek, trzech jabłek (sporej wielkości),
trzech gruszek (też nie małych), i wypicia 0,5 litra soku
ze świeżo wyciskanych pomarańczy,
zjadłam jeszcze: chleb z masłem, ilość kromek umknęła mojej uwadze,
fritattę z papryką, cukinią i pomidorami,
cztery pieczone na maśle banany posypane cynamonem (słodycz nad słodycze)
i wypiłam dwie małe filiżanki kawy naturalnej.
ciężko jest być witarianką zimą.
dlatego szukam pomysłów na zimowe surowe dania,
które pomogą mi przetrwać ten czas bez słońca
i utrzymać proporcję pożywienia 1:2.
piątek, 22 listopada 2013
czwartek, 21 listopada 2013
jesień
szara, zimna, deszczowa jesień,
która to już, nie chcę zagłębiać się, wolę liczyć wiosny,
nauczyciel jogi zaprasza na sesje coraz młodsze dziewczyny,
wczoraj ćwiczyła przy nim piękna dwudziestolatka
z błyszczącymi czarnymi włosami ułożonymi na boba,
ubrana w zieloną koszulkę z napisem BABKA LEKARSKA
(dwuznaczność właściwa słowu babka nasuwa się sama),
wokół siłowni powyrastały iglaste drzewka przystrojone
w złotosrebrne świąteczne ozdoby, sprawdziłam kalendarz,
prawie półtora miesiąca do grudniowej odświętności,
nad rzymem przelatuje 10 milionów szpaków,
które przyleciały do wiecznego miasta z europy wschodniej,
(teoria chaosu w praktyce),
kolega logistyk od dwóch tygodni zaopatruje mnie
w kiszoną kapustę własnej roboty,
litrowy słoik najprawdziwszej białej kapusty z sokiem
dostaję dwa razy w tygodniu,
nowy nauczyciel włoskiego pochodzi z neapolu i boi się dzików,
nie chciałby się z nimi spotkać ani na przystanku autobusowym
ani w lesie podczas joggingu,
pierwsze zajęcia z nim to była joga śmiechu.
środa, 20 listopada 2013
rzeka
więcej niż mógł nauczyć go nauczyciel uczyła go rzeka.
uczył się od niej nieustannie.
nauczył się od niej słuchania,
słuchania ze spokojnym sercem,
takiego słuchania,
przy którym dusza otwiera się
i czeka, nie żywiąc namiętności,
niczego nie pragnąc, niczego nie osądzając.
rzeka jest teraz wszędzie,
u źródła i u ujścia,
przy wodospadzie i przy przeprawie,
i tam gdzie toczy się wartki nurt,
w morzu, i w górach, w jeziorze,
jest wszędzie naraz
i istnieje dla niej tylko chwila obecna,
bez cieni przyszłości.
kiedy się tego nauczył,
przyjrzał się swemu życiu
i zobaczył je jak tę rzekę,
narodziny nie były przeszłością,
a śmierć nie była przyszłością.
nie było niczego, niczego nie będzie,
wszystko ma swój byt i jest teraz.
rzeka przemawiała do niego wieloma głosami.
słyszał w niej głos króla i głos wojownika,
głos bawołu i głos nocnego ptaka,
głos rodzącej kobiety i kogoś,
kto wzdycha, i tysiąc innych głosów.
w jej głosie były głosy wszystkich stworzeń.
gdy zdołał usłyszeć naraz wszystkie jej tysięczne głosy,
usłyszał jak rzeka wymawia święte słowo Om.
(na podstawie Siddhartha Hermanna Hesse)
wtorek, 19 listopada 2013
zapytanie
Chciałem się nauczyć, czym jestem ja i jaki jest jego sens.
Chciałem się uwolnić od tego ja, chciałem je pokonać.
Ale nie mogłem go pokonać, mogło mi się tylko wydawać,
mogłem tylko od niego uciekać, chować się przed nim.
Zaiste, nic na świecie nie zaprzątało mojej myśli tak bardzo
jak moje własne ja, ta zagadka, że żyję, że jestem osobnym bytem,
oddzielnym od wszystkich innych, że jestem Siddhartha.
A o niczym na świecie nie wiem tak mało jak o samym sobie!
Hermann Hesse, Siddhartha
kim jestem
tym który pyta
tym który słucha
tym który odpowiada
tym który tak mało wie o sobie samym
jak o niczym innym na świecie
jestem tym kim jestem
poniedziałek, 18 listopada 2013
czerwone
na jesienną chandrę - lekarstwo -
odkrycie poetki Romy Jegor i jej wierszy.
poszukiwaczka znaczeń, układaczka słów.
niezwykła.
pachnie kartką. gra w czerwone.
wiersze rodzi i karmi jak dzieci.
mieszka w mikołowie.
Czerwone dachy w upale
czerwone maki w deszczu
wspomnienie czerwonego wina
i czerwonych paznokci jak
soczewki poszarpanych myśli
Na kolorach łatwiej się skupić
kolorem patrzeć więc w zasiekach
palców połóż myśl pod rzęsami
niech pot z niej wypłynie i strach
Niech przejdzie przez nijakie
pokoje i szklaną ciszę
Kołuj nad dachami
wargami wzbijaj się nad mgły
układaj walcz
Pomaluję ci końcówki wyrazów
które połykasz
i małą biedronkę uśmiechu
Może zapamiętasz do wieczora
dzisiejszego lata motyle
Roma Jegor, Aldscheimer II
i jeszcze:
Chciałabym mieć z tobą konie
i ich ciche stąpanie nad ranem
mgły chusteczkę gdy jeszcze śpią muchy
albo wspólne ślimaków łapanie
chciałabym mieć z tobą jaśmin
parapet i imbryk z kawą
wspólne klucze do rdzy w starej bramie
słoneczniki begonie makaron
albo wspólny jakiś jeden bilet
deszcz lub upał co się w wieczór wwierca
może chociaż wspólny przystanek
cień akacji na rozgrzanych plecach
chciałabym mieć z tobą spokój
niedziela, 17 listopada 2013
sobota, 16 listopada 2013
chandra
mam chandrę.
smutno mi z powodu zepsutego komputera, który od kilku dni
nie otwiera plików tekstowych, a po otwarciu przeglądarki internetowej
zawiesza się automatycznie, nie pozwalając na załadowanie strony bloga.
wszystkie zabiegi służące doprowadzeniu peceta
do dawnego ładu i stanu używalności okazują się bezowocne.
komputer nie chce poddać się leczeniu.
ja sama czuję się przez to coraz gorzej.
czuję objawy odstawienia, które przeżywa każdy uzależniony.
nie umiem odnaleźć się w nowej rzeczywistości bez myszki,
klawiatury i odsłon stron web.
moje biurko odstrasza zimnem jak wygasły kominek.
na szczęście pocztę mogę odczytać w pracy.
zajęta działaniami naprawczymi
nie poszłam z ziomeczkami (wyrażenie Młodej) na Pietę,
ale premiery Papuszy nie ominęłam.
czuję, że pora wrócić do dawnych narzędzi, chwycić za pióro.
pamiętnik z życia biurowego piszę w brulionie, od tyłu.
Młodzi użyczają mi swojego laptopa na godzinę.
jak się im odwdzięczę - zastanawiam się w duchu.
w tym krótkim czasie łączę się z dziennikiem elektronicznym
i sprawdzam ich oceny (robię to przeciętnie dwa razy na semestr,
nieobecność na zebraniu traktuję jako pretekst do wejścia na stronę szkoły),
zapisuję też Młodych do szkoły tańca na zajęcia
tańca towarzyskiego dla niewtajemniczonych
(które wydają się idealne dla Młodego)
i szukam maty do jogi adidasa
(pytanie na dziś: gdzie znaleźć kolor inny niż różowy).
piątek, 15 listopada 2013
Papusza
Lesie, ojcze mój,
czarny ojcze,
ty mnie wychowałeś,
ty mnie porzuciłeś.
Liście twoje drżą
i ja drżę jak one,
ty śpiewasz i ja śpiewam,
śmiejesz się i ja się śmieję.
Ty nie zapomniałeś
i ja cię pamiętam.
O, Boże, dokąd iść?
Co robić, skąd brać
bajki i pieśni?
Do lasu nie chodzę,
rzeki nie spotykam.
Lesie, ojcze mój,
czarny ojcze!
Papusza, Lesie, ojcze mój (weszo, dadoro miro)
czarny ojcze mój,
ty mnie nie zapomniałeś
i ja cię pamiętam.
czarny ojcze mój,
do lasu chodzę
rzekę spotykam
boga widzę, który cię prowadzi.
sosna śmiała się.
tak, tak właśnie było,
wszystko, co nie zostało do końca
wycierpiane i rozwiązane, powracało,
bolał ciągle ten sam ból.
rana jeszcze się jątrzyła,
serce broniło się jeszcze przed losem,
cierpienie nie zakwitło jeszcze pogardą i zwycięstwem.
Hermann Hesse
czwartek, 14 listopada 2013
środa, 13 listopada 2013
walka
walczę z niewidzialnym wrogiem -
komputerowymi śmieciami, wirusami, ciasteczkami.
skanuję mój osobisty komputer adv cleanerem (171 śmieci)
i avastem (dokładnej liczby wyłapanych zagrożeń nie znam).
wtorek, 12 listopada 2013
jestem
A potem położyłem się w śpiworze i paląc papierosa przed snem, rozmyślałem:
„Wszystko jest możliwe. Jestem bogiem. Jestem buddą,
jestem niedoskonałym Rayem Smithem, wszystkim równocześnie.
Jestem pustą przestrzenią, wszystkimi stworzeniami, wszystkimi rzeczami.
Dopóki świat istniał, istnieje i będzie trwał, robię wszystko,
co należy zrobić, robiłem wszystko, co należało zrobić,
i będę czynił wszystko, co należy uczynić, wcielając się
po skończonym życiu w nowe życie, przechodzące od jednego istnienia w następne,
aż wszystkie istoty osiągną doskonałość i dokona się mój czas.
Dlaczego więc mam się zamartwiać, dlaczego płakać, skoro
i tak wszystkie stworzenia będą doskonałe jak wyzwolony umysł
i świadomość bananowych skórek?” Jack Kerouac
jestem buddą
jestem człowiekiem
jestem przestrzenią, gwiazdą, słońcem
jestem tym, co żyje, rośnie, kwitnie, zdumiewa, zachwyca
jestem tym, co płynie, co się zmienia, co lata, chodzi, pełza
jestem umysłem, ciałem, drogą
jestem powinnością, wiecznością, spokojem
jestem nieskończoną dobrocią, miłością, wierszem
jestem stanem ukojenia, ciepła, czułości, dotyku
jestem niedoskonałym smutkiem, nietrwałą rozpaczą, chorobą, żalem
jestem dniem i nocą.
poniedziałek, 11 listopada 2013
ulga
Przez sznur z ociosanych kamieni
przeniosłem zwykły worek ziemi,
I posadziłem kilka zwykłych drzew,
Teraz te drzewa w kamieniach,
są jak me ręce w kieszeniach,
Kieszenie palcom mają ulgę nieść.
I tylko Ty mnie słodki Boże
w opiece swojej zawsze miej
kilka serc otworzyłem być może
być może otworzę jeszcze
Nocą gdy nie ogolony,
Twego zdjęcia dotykam,
chciałbym byś wyszła z niego,
w moim śnie,
w chwili gdy nie daje już rady,
znam Twoje leniwe przykłady,
jest moje serce,
jest mój głos.
I tylko Ty mnie słodki Boże
w opiece swojej zawsze mniej
kilka serc otworzyłem być może
być może otworzę jeszcze
Przez sznur z ociosanych kamieni
przeniosłem zwykły worek ziemi,
I posadziłem kilka zwykłych drzew,
Teraz te drzewa w kamieniach,
są jak me ręce w kieszeniach,
Kieszenie palcom mają ulgę nieść.
I tylko Ty mnie słodki Boże
w opiece swojej zawsze miej
kilka serc otworzyłem być może
być może otworzę jeszcze
kilka serc...
Marek Dyjak, Modlitwa
niedziela, 10 listopada 2013
śnieg
choć raz w życiu śnieg prószy również w naszych snach
napisał w jednym z wczesnych wierszy Ka.,
bohater pamukowskiego Śniegu,
człowiek trochę z Kafki, trochę z Dostojewskiego.
czytam Śnieg Orhana Pamuka
i myślę kiedy przyśni mi się ten sen,
w którym zobaczę spadające z czarnego nieba płatki śniegu.
sobota, 9 listopada 2013
najpiękniejsze
Najpiękniejsze wiersze
pisze się na kamieniach
mając poranione kolana
i umysł wyostrzony tajemnicą.
Najpiękniejsze wiersze pisze się
przed pustym ołtarzem,
w otoczeniu agentów
boskiego szaleństwa.
Wtedy, kryminalista i wariat,
dyktujesz ludzkości wersety
wersety odwetu...
Alda Merini
piątek, 8 listopada 2013
suszi
zjadłam trzy kromki chleba razowego posmarowane grubo świeżym masłem,
czerwoną paprykę ze słoika, w kolorze, który przypomniał mi
serduszko z ceramiki, leżące na klawiaturze służbowego komputera
(lubię je właśnie za tę karminową czerwień),
cztery słodkie jabłka najtwardsze z twardych,
trzy mandarynki lekko kwaśne i ogórek kiszony,
wypiłam herbatę zieloną i napar z czerwonokrzewu
afrykańskiego o intrygującej nazwie rooibos, w kubku z rysunkiem Pabla Picassa,
datowanym na dzień 5 grudnia 1950 roku (prezent od kochanej A.),
litr wody, kawę czarną jak smoła, przygotowaną za pomocą ekspresu ręcznego
czyli moich doskonale sprawnych rąk, którymi przelałam kawę zaparzoną
w kubku do białej filiżanki, fusy zostawiam cygankom niech wróżą pomyślność,
odmówiłam skosztowania ciasta francuskiego z wiśniowym nadzieniem
(pewna sieć supermarketów słynie z tych wyrobów, o czym wiedział kolega K.,
który dla uczczenia premii zafundował je wszystkim), oraz cukierków toffi
(zawsze w miseczce na parapecie leżą cukierki w celofanowych papierkach),
mój podziw dla współpracowników opychających się słodyczami nigdy nie maleje,
napisałam cztery pisma urzędowe, jeden wniosek, w którym zrzekłam się
funkcji administratora systemu komputerowego, poza tym esemes do W. i email do A,
dzwoniłam niezliczoną ilość razy za pomocą aparatu telefonicznego,
który stoi po lewej stronie biurka, wciśnięty między komputer
i zielone drzewko, o nieznanej mi nazwie, które jest oznaką stanu mojej duszy
(teraz tonie w jasnozielonych liściach), dwa razy śmiałam się do rozpuku,
pierwszy gdy do pokoju wleciała wielka agresywna mucha, a kolega B.
ze stoickim spokojem rzekł – ot, muszka owocówka, i drugi ze zdziwienia
Pani E. gdy odkryła, że nie noszę podkolanówek pod spodniami w biurowej przestrzeni,
w drodze powrotnej do domu widziałam stado kruków,
podobno najinteligentniejszych z ptaków występujących na świecie,
sto sztuk albo dwieście kroczyło po polanie, każde w innym kierunku, pozornie bez celu,
po południu odwiedziłam po raz pierwszy w życiu sushi bar,
kiedyś musi być ten pierwszy raz, nawet gdy się jest wegetarianką od siedemnastu lat,
zjadłam set wegetariański: maki z ogórków, imbir, wasabi,
piłam zieloną herbatę z dodatkiem ryżu z malutkiej czarki,
i wysłuchałam relacji z wydarzeń dnia jak to Młody stojąc na bramce strzelił samobója,
którego na szczęście nie uznano, bo piłka wylądowała za wysoko.
czwartek, 7 listopada 2013
praca
Kiedy się dziś obudziłam, wstałam i umyłam się,
zaczęło mi się zdawać, że rozumiem wszystko,
co się dzieje na świecie, i że wiem, jak trzeba żyć.
Kochany panie doktorze, ja wiem wszystko.
Człowiek, kimkolwiek by był, powinien pracować,
pracować w pocie czoła, bo w tym,
tylko w tym zawiera się cały sens
i cel jego życia, wszystkie jego radości.
Jak to dobrze być robotnikiem, który wstaje o świcie
i tłucze kamienie na szosie, albo pastuchem,
albo nauczycielem, który uczy dzieci,
albo maszynistą na kolei...
Boże, być nawet nie człowiekiem, ale choćby wołem roboczym,
zwyczajnym koniem, czymkolwiek, aby tylko pracować –
wszystko to lepsze niż życie młodej kobiety,
która budzi się o dwunastej w południe,
potem pije kawę w łóżku, potem ubiera się przez dwie godziny...
Ach, jakie to okropne!
Czasami w upalny dzień tak się chce pić,
jak mnie teraz chce się pracować.
I jeżeli nie będę wstawała wcześnie i nie wezmę się do pracy,
to niech pan przestanie się ze mną przyjaźnić, panie doktorze.
Antoni Czechow, Trzy siostry
ten dzisiejszy post dedykuję Pani A.,
która ma tyle energii i zapału do pracy jak czechowowska siostra,
i podejmuje coraz to nowe zajęcia, łącząc obowiązki
przedsiębiorcy, jubilera rzemieślnika, prezesa i sprzedawcy,
a ostatnio także pracownika, a przecież nie jest japonką,
jej doba ma tylko 24 godziny, w domu czekają dzieci, choć
już nie najmłodsze, i te zwyczajne sprawy jak szkoła, zakupy, porządki, obiad,
dedykuję także tym, którzy wstają o piątej lub szóstej rano
i pędzą utartym szlakiem w dobrze sobie znane miejsca,
zwane miejscami pracy, gdzie spędzają najlepsze godziny dnia,
(jaka wtedy jest jasność, jak mocno świeci słońce) a w sumie - lata,
czasami powątpiewając w słuszność dokonanego wyboru,
(dlaczego nie zostałam lekarzem, albo powinnyśmy rozkręcić jakiś interes),
aby usłyszeli jak wiatr przemawia szeptem przez szybę,
jak zdradza im tajemnice wiecznego życia i wiecznego zdumienia.
środa, 6 listopada 2013
zakupy
drugi dzień wędruję po sklepach w poszukiwaniu nowej garderoby.
moja szafa wymaga szybkiego uzupełnienia i odnowienia.
przeglądam wieszak za wieszakiem
i przypomina mi się wywód Pani M., nauczycielki włoskiego,
na temat złej jakości damskich koszulek z bawełny,
w których robią się tajemnicze małe dziurki,
wykrzywiają boki i wyciągają rękawy,
przez co starczają przeważnie na jeden sezon.
stwierdzam, że moje odzienie w istocie straciło fason i ma owe dziurki.
rozumiem teraz jej irytację.
jako pierwszą odwiedziłam nową galerię z tysiącem sklepów w centrum miasta,
później oddaloną od niej starą galerię z drugim tysiącem sklepów.
wielokilometrowe powierzchnie, które przemierzyłam
pełne były dziwacznych okryć, swetrów bez guzików,
koszulek odsłaniających połowę brzucha z rękawem 3/4,
rozpaczliwych wzorów i przygnębiających kolorów, których ilość
nie ułatwiała wyboru, a od rozmaitości i feerii barw rozbolała mnie głowa.
niektóre sklepy wyglądały tak, jakby nikt nigdy do nich nie wchodził,
i wchodzić nie miał zamiaru, a sprzedawcy pogodzeni z faktem,
usługiwania nieobecnym klientom zamierali w znudzeniu i beznadziei,
nie różniąc się wcale od manekinów.
z wszechobecnych szumów dobywających się z wnętrz sklepów
wyłapałam dźwięki muzyki, którą lubię, i która dodała mi sił i uratowała moje zakupy -
A New SoulYael Naim i Jamesa Blunta.
o szóstej obwieściłam koniec maratonu i wyjście z księgarni.
dotychczasowy rezultat - siedem do dwóch uznałam za zadowalający -
siedem rzeczy kupionych, dwie zwrócone,
czyli w mojej szafie się znajdą: jasnobeżowy sweter z grubej wełny,
dwie koszulki granatowe z długim rękawem, jedna z rozkwitającymi kwiatami
druga z czarnymi paskami, szary tshirt i czarny top.
wtorek, 5 listopada 2013
kebab
każdy dzień głodówki powoduje wzrost pragnień kulinarnych.
w pierwszy dzień myśli Młodej krążą jak zwykle
wokół: pizzy, sushi, kebaba.
obiecuję jej, że zje wszystko jak tylko wyzdrowieje.
te słowa działają na nią jak magiczne zaklęcie, gorączka spada.
Młoda przygotowuje mi listę zakupów.
kupuję potrzebne składniki w osiedlowych sklepach:
ogórek zielony i kiszony, pomidory, ser żółty, czosnek,
dwa kubki gęstego jogurtu naturalnego, majonez.
po czarne oliwki i pitę idę do delikatesów arabskich,
które znajdują się pięć minut drogi od mojego domu,
nie chcę przez to powiedzieć, że mieszkam w dzielnicy arabskiej,
wręcz przeciwnie, taki sklep to w moim mieście rzadkość.
nie odwiedzam często tego sklepu.
ale lubię do niego przychodzić ze względu na zapachy
i egzotyczne opakowania z tajemniczymi napisami,
które częściowo tłumaczą ich angielskie odpowiedniki,
duże słoje herbat, olejki do twarzy, do włosów, arganowy,
z liści laurowych, za ladą stoi młoda polka
w nieodzownej czarnej chuście na głowie,
zastanawiam się czy to wymóg pracodawcy czy jej własny wybór,
dziś sprzedawcą jest młody arab, mówiący łamaną polszczyzną.
nie wiem ile rozumie z tego co mówię,
bo nie odpowiada na moje pytania.
do sklepu wchodzi kobieta w średnim wieku
widać, że nie jest tu po raz pierwszy, wybiera szybko,
od razu zasypuję ją pytaniami, chętnie
wyjaśnia mi do czego używa niektóre produkty,
zachęca do spróbowania tahini i orientalnych słodyczy,
zachwala płaty ciasta pakowane w paczkach,
za jej namową kupuję tahini w białym plastikowym słoiku
z zieloną zakrętką, i dwa batoniki w złoconych papierkach,
sprzedawca od siebie dodaje jeszcze przepis na humus,
z dodatkiem tahini oczywiście.
poniedziałek, 4 listopada 2013
tam
Tam, gdzie wiatr śpiewa pieśni,
jesienią modlą się do Boga
liście złote
i Cyganka czarna.
W lasach,
u krzyżowych dróg,
gdzie wiatry śpiewają pieśni,
Cyganka Boga prosi
i liść złoty spada.
Bronisława Wajs (Papusza), Tam, gdzie wiatr
cyganka boga prosi
liść złoty spada
deszcz dżdży
ciemna jesień wkracza tam,
gdzie żałobnicy pieśń grają
odchodzącemu latu
a ja plany snuję
niedziela, 3 listopada 2013
teściowa
rocznik 27 to był dobry rocznik - mówi kobieta
siedząca naprzeciwko mnie przy restauracyjnym stole.
teściowa jest z rocznika 26 - wyjaśnia A.
teściowa na pogrzeb przyjechała ze stolicy.
drobna, niewysoka, bezpośrednia w obejściu.
mądre, dobre oczy, patrzą na mnie z uśmiechem.
pamięta nasze spotkanie przed trzema laty w Zakopanem.
chciałaby jeszcze raz wybrać się w góry
w takim gronie jak wówczas.
na cmentarzu dwóch mężczyzn, dużo od niej młodszych,
jeden pięćdziesięciodwuletni, drugi czterdziestosiedmioletni
służą jej ramieniem, ona kroczy między nimi jak młoda dziewczyna.
na czwarte piętro weszła bez zatrzymywania.
kto na trzecim piętrze się nie zatrzymuje,
ten ma zdrowe serce - mówi.
na co dzień nie ćwiczy chodzenia po schodach,
mieszka na parterze domu, ale w wysokie góry jeszcze się wybiera.
choć wspinania już nie uprawia, dalej jeździ na nartach i na rowerze.
dwa razy do roku wydaje przyjęcia dla 60 najbliższych osób,
z okazji imienin swoich i męża,
młodszego o dwa lata, który ma dopiero osiemdziesiąt pięć.
sobota, 2 listopada 2013
właśnie
Być może właśnie tu i teraz
kiedy pode mną przesuwa się ziemia i cierpliwy ocean
pozwalający patrzeć na siebie z góry
być może tu właśnie
na wysokości dziesięciu tysięcy metrów
nad chmurami które zakrywają wszystko
tak że leci się w mroźnej pustce
w przestrzeni przezroczystej i niczyjej
być może w tym półbycie
dane mi będzie pojąć czym jest ono
to życie niepowstrzymane
wciąż obrócone plecami do mijającego czasu
to życie w którym cierpienie
nigdy nie może sprostać utracie
Julia Hartwig, Być może
piątek, 1 listopada 2013
cmentarz
wy, którzy przechodzicie, pamiętajcie, proszę, o nas.
niegdyś byliśmy, kim jesteście
czym jesteśmy, tym będziecie.
zwiedzałam stary ewangelicki cmentarz, który jest udostępniany
zwiedzającym tylko raz w roku, w dzień wszystkich świętych.
cmentarz jest zdewastowany i zaniedbany, ale i magiczny, z klimatem.
ostatnią osobę pogrzebano tam 60 lat temu.
na cmentarzu architektura roślin zdominowała architekturę grobowców.
nie ma nawet regularnych ścieżek.
odnowiony jest tylko jeden grobowiec tajemniczego przedsiębiorcy.
po terenie cmentarza oprowadzał nas przewodnik,
bardzo przystojny młody człowiek, chyba architekt,
dla którego cmentarz nie ma żadnych tajemnic.
znał każdą piędź ziemi, każdy jego grobowiec.
opowiadał tak ciekawie historię tego miejsca, pochówków (tych oficjalnych,
i nieoficjalnych) oraz życiorysy właścicieli grobowców,
że słuchałam go z zapartym tchem, jak kilkanaście innych osób.
przewodnik całą energią swojej młodości walczy o odnowienie cmentarza.
doprowadzenie terenu do stanu, w którym mógłby być otwarty
dla zwiedzających jest jego misją.
pewnie jeszcze tego nie napisałam, że kocham cmentarze.
odwiedzam je gdy tylko mam okazję,
niezależnie od tego czy znajdują się w Paryżu czy Zawoji,
i służą do grzebania zmarłych
albo są terenami spacerowymi kryjącymi zabytki kultury.
niezwykły nastrój tego cmentarza udzielił się Młodej,
która kontemplowała samotnie, opuściwszy grupę i przystojnego przewodnika,
na koniec stwierdzając, że w tym miejscu mogłaby umawiać się na randki.






czwartek, 31 października 2013
czytanie
czytam W Japonii czyli w domu Rebeki Otowy
i Samotność w Tokio Marcina Bruczkowskiego.
tę pierwszą książkę podarowałam Młodej w dniu rozpoczęcia
nauki japońskiego, ulegając zapewnieniom z okładki,
że napisana przez australijkę od dziesięcioleci mieszkającą w Japonii,
jest obowiązkową lekturą dla wszystkich interesujących się kulturą japońską,
a drugą pozycję poleciła mi Pani K. - książkowa globtroterka,
która przemierza świat poprzez lekturę tekstów literackich,
i sypie jak z rękawa tytułami książek na temat każdego kraju.
te dwie książki są całkowicie odmienne i wspaniale się uzupełniają,
z uwagi na samych autorów, jak i rejony Japonii, które opisują:
Bruczkowski, polski student cierpiący na tytułową bezsenność - życie w stolicy,
Otowa, stateczna mężatka, kobieta domowa i matka - codzienność prowincji.
choć muszę przyznać, że książka Bruczkowskiego wciągnęła mnie bardziej.
środa, 30 października 2013
Larissa
Trzeba znaleźć sens w tym, co się dzieje.
Tak uczą buddyści.
Każą mi budować z bólu i strachu, i krwi.
Starają się przekonać, że powinnam być wdzięczna życiu,
które się dzieje, mimo iż jest rozpaczą.
I ranom trzeba patrzeć w oczy.
Mają mieć znaczenie.
Mają mieć wartość.
Mam być wdzięczna za każdą chwilę.
Za każde spełnione niespełnienie.
Za nie napisany wiersz.
Za przecierpiany dzień.
Za to, że H. jest wyczerpany po kolejnej dawce trucizny.
Za to, że jest trucizna.
Za to, że jest.
Jest. Jestem. Jesteśmy.
Agata Tuszyńska, Ćwiczenia z utraty
i jeszcze jedna para Ian i Larissa, która też straciła,
i nadal traci, ale równocześnie zyskuje,
dokonawszy niecodziennego wyboru.
ci młodzie ludzie zdecydowali się być razem
i zawrzeć małżeństwo, za zgodą sądu, mimo ciężkiego
uszkodzenia mózgu, którego doznał pan młody podczas wypadku.
ta para żyje inaczej niż jakakolwiek inna para.
Larissa zdaje się być współczesną świętą.
sama z pewnością nie dokonałabym takiego wyboru,
ani nie życzyłabym go swoim dzieciom,
bo przeraża mnie ciężar, który samotnie nosi Larissa,
(mimo fizycznej obecności bliskich, teściowej, przyjaciół)
i zatrzaśnięte przed nią drzwi do macierzyństwa oraz małżeństwa,
w którym nie byłoby podziału na dodatkowe role opiekunki i chorego,
chociaż takie zawsze z czasem w każdym związku pojawić się mogą
i często w końcu się pojawiają.
wtorek, 29 października 2013
poniedziałek, 28 października 2013
ciepło
cieszy mnie ciepły październik.
cieszy mnie chodzenie górskimi szlakami i małymi uliczkami
po czerwonych pagórkach suchych liści
cieszy mnie szuranie nogami i wsłuchiwanie się w szelest, który wydają
cieszy mnie wychodzenie na zewnątrz nie do końca ubraną,
w tshircie i w balerinach, gołe stopy to oczywisty znak powrotu lata.
u progu listopada ten czas zdaje tak wyjątkowy jak czas darowany
skazańcowi dzięki warunkowemu zawieszeniu wykonania wyroku.
niedziela, 27 października 2013
godzina
czy zastanawialiście się kiedyś, co dzieje się z godziną,
o którą krótsza jest ostatnia niedziela marca,
a dłuższa ostatnia niedziela października.
gdzie się znajduje, w jakiej czasoprzestrzeni
czy przechowalni rezerw czasowych.
jedna bezpańska godzina, pusta jak bańka mydlana
czy wypełniona nieurzeczywistnionymi zdarzeniami,
niedokończonymi rozmowami, wypadkami samochodowymi,
które nigdy się nie wydarzyły, a wydarzyć mogły,
oświadczynami, poczęciem, śmiercią, śmiechem, smutkiem,
nostalgią, lękiem, degustacją potraw i trunków, chorobą,
zdziwieniem i blaskiem spadających gwiazd,
nienapisanymi wierszami, nieskończonymi marzeniami,
westchnieniami, chwilą, której się nie zapomina,
kwiatami wyrzuconymi do kosza,
wydilejtowanymi znakami w edytorze tekstu, nocnymi audycjami,
koszmarami sennymi, radością dobrego snu, uścisków.
czy zastanawialiście się kiedyś, czy ta godzina,
którą dostajemy w październiku, to jest na pewno ta sama godzina,
której pozbawiono nas w marcu, czy w jakimś sensie zmieniona,
dojrzalsza, spełniona, smutniejsza czy weselsza,
zawiedziona czy pełna nadziei, bardziej domyślna, usłużna,
ugodowa czy zadziorna, zawzięta, z pazurem, roztkliwiona, senna.
ja się zastanawiam.
każdego roku w dniu zmiany czasu z letniego na zimowy rozmyślam nad tym.
sobota, 26 października 2013
wiele
Jest wiele tego co nie ginie
Nie zapominam
o żadnej dobrej chwili.
Julia Hartwig
zbudziło mnie światło nowego dnia, wstałam wcześnie,
wyprawiłam Młodego na gimnastykę,
podałam mu przed wyjściem jajecznicę z jaj zielononóżek,
poszłam po świeże pieczywo jak zwykle w sobotę,
zamieniłam kilka słów z robotnikami pracującymi przy sąsiednim bloku,
u ostrej jak brzytwa ekspedientki (takie nosi nazwisko)
kupiłam chleb, gazetę i słodkie bułeczki,
zjadłam śniadanie z Młodą, spaghetti z sosem pomidorowym zapieczone mozzarellą,
nad mieszanką herbat przeczytałam najświeższe wiadomości
z wysokimi obcasami, których sama nie noszę,
wyprałam poduszkę z pierza i dwa komplety bielizny pościelowej,
pobiegłam na lekcję jogi z jaskrawo różową torbą przewieszoną przez ramię,
po drodze zdawało mi się, że słońce świeci tylko dla mnie,
czekając na zielone światło na skrzyżowaniu zdjęłam marynarkę i skarpetki,
sobotnia praktyka moja ulubiona, prowadzona w milczeniu,
przy minimalnym komentarzu nauczyciela,
po jodze wpadłam na sok ze świeżych pomarańczy do szczególnej księgarni,
przeczytałam tam całą najnowszą książkę Zapisane 92-letniej Julii Hartwig,
misterne wiersze, ale gdzieś obok mnie przeszły,
za wyjątkiem fragmentu, zamieszczonego u góry i jeszcze tego,
który zapisałam w brulionie
wyprowadzić się z brudnej rzeki do czystego oceanu
(a propos rozmowy z Panem W. na temat loterii wizowej do stanów),
przeczytałam duży fragment Chce się żyć Pieprzycy
(muszę koniecznie doczytać resztę i zobaczyć film) i książki psycholożki
Katarzyny Miller (gładko napisana), a także Za kogo ty się uważasz?
Alice Munro, tegorocznej noblistki, dla mnie swoiste odkrycie
(obiecuję sobie przeczytać coś więcej, bo pisze mądrze, prawdziwie,
postacie jak żywe), po powrocie do domu zjadłam obiad idealny na jesień -
pieczone ziemniaki posypane rozmarynem, z bakłażanami w maśle czosnkowym
i ogórkiem kiszonym, szukając informacji o kursach dla instruktorów jogi,
obejrzałam w internecie dwa filmy, jeden o nauczaniu jogi przez Iyengara,
bóg istnieje wszędzie, bóg jest dla jednych widzialny,
dla innych jest niewidzialny, asany to moja modlitwa, tak służę bogu,
i drugi o terapeutycznym wpływie jogi w leczeniu uzależnień i chorób,
zjadłam kilka jabłek, wypiłam litr wody z cytryną,
napisałam prawie całego posta, właśnie przyszedł Młody
i przeprasza za fuczenie, to z miłości - tłumaczy,
do komórki, do komputera - dopowiadam, on prostuje, że do mamy,
że to pierwsza miłość.
piątek, 25 października 2013
pokuszenie
Może to największe
wypowiada się milczeniem?
Jak kosmos?
słowo
to pozór?
próba uchwycenia
nieuchwyconego?
podejrzliwość wobec słów
że stawiają fałszywe drogowskazy
prowadzą w ślepe zaułki
wodzą na pokuszenie
Ryszard Kapuściński
może pokuszenie
codzienne pokuszenie.
czwartek, 24 października 2013
śmieszne
Jak to jest być człowiekiem
spytał ptak
Sama nie wiem
Być więźniem swojej skóry
a sięgać nieskończoności
być jeńcem drobiny czasu
a dotykać wieczności
być beznadziejnie niepewnym
i szaleńcem nadziei
być igłą szronu
i garścią upału
wdychać powietrze
dusić się bez słowa
płonąć
i gniazdo mieć z popiołu
jeść chleb
lecz głodem się nasycać
umierać bez miłości
a kochać przez śmierć
To śmieszne odrzekł ptak
wzlatując w przestrzeń lekko
Anna Kamieńska, Śmieszne
jak to jest być człowiekiem
sama siebie pytam
jak to jest być nastolatką, a jak arystokratką
jak to jest być aktorką prowincjonalną, a jak Sandrą Bullock
jak to jest być Cohenem, a jak Kopernikiem
jak to jest być być otyłym, a jak wychudzonym
jak to jest być praktykującym katolikiem
a jak ortodoksyjnym muzułmaninem
jak to jest być łysym, a jak zarośniętym
jak to jest być reżyserem, a jak powieściopisarzem
jak to jest być miłośnikiem pająków, a jak hodowcą owiec
jak to jest być szefem w korpo, a jak esesmańskim kapo
jak to jest być linoskoczkiem, a jak grotołazem
jak to jest
czy tak samo się jest nowo narodzonym dzieckiem następcy tronu brytyjskiego
jak się jest pochyloną do ziemi wietnamską staruszką, albo młodym szermierzem
sama siebie pytam
środa, 23 października 2013
Portrecista
obejrzałam film o Wilhelmie Brasse, więźniu i głównym fotografie
niemieckiego obozu koncentracyjnego auschwitz.
dziś mija pierwsza rocznica jego śmierci.
dziadek Brasse był ogrodnikiem u Habsburgów,
właścicieli żywieckiego browaru, a matka polką.
zawodu fotografa uczył się w katowicach w atelier foto-korekt
należącym do jego ciotki przy ulicy 3 maja.
specjalizował się w zdjęciach portretowych.
do auschwitz trafił 31 sierpnia 1940 roku.
z numerem 3444 wykonał ponad 50 tysięcy zdjęć,
głownie fotografii ewidencyjnych więźniów,
ale także zdjęć ofiar eksperymentów pseudomedycznych
przeprowadzanych przez nazistów,
wśród których dowodził anioł śmierci.
mógł opuścić obóz, ale w sposób niehonorowy, dlatego zrezygnował.
mógł dostać obywatelstwo amerykańskie, angielskie,
francuskie, ale wolał powrócić do rodzinnego żywca,
skąd pochodzili Żydzi, których fotografował.
po wojnie chciał ponownie zająć się fotografią,
ale nie był w stanie, bo w obiektywie aparatu
stale widział twarze więźniów fotografowanych w obozie.
o swojej pracy obozowego dokumentalisty
nie wspominał nikomu przez sześćdziesiąt lat.
otworzył się dopiero przed Ireneuszem Dobrowolskim,
przed jego kamerą filmową spowiadał się dziesięć dni.
nigdy nie zapomniał tych strasznych wspomnień.
umarł z nimi w wieku 95 lat.
wtorek, 22 października 2013
książka
korpo szef zdecydował, że napiszemy książkę.
będzie to praca zespołowa do użytku wewnętrznego.
po listach gratulacyjnych, artykułach i notatkach prasowych
przyszła pora na większą formę.
zamiast wyrazu książka mogłabym użyć opracowanie,
ale po co. książka brzmi lepiej.
brzmi dumnie.
to słowo bez ograniczeń z nadzieją na coś wielkiego.
dlatego plik w komputerze zapisałam pod nazwą dzieło.
oczy zamykają mi się ze zmęczenia.
słyszę przez ścianę jak Pan W. uderza w klawisze fortepianu.
poniedziałek, 21 października 2013
dom
w niedzielę zwiedzałam w beskidach dom,
zamieszkały przez parę buddystów.
oaza spokoju, uroku i kontemplacji.
w każdym pomieszczeniu wisiało zdjęcie
Ramana Maharishi'ego, najbardziej oświeconej istoty,
zdaniem właściciela domu.
wokół domu powiewały chorągiewki modlitewne,
których zadaniem jest oczyszczanie okolicy
i rozpowszechnianie idei buddyzmu.
ponad górami rozchodzą się z wiatrem
zapisane na chorągiewkach buddyjskie przesłania.
w ten sposób pozytywna energia, siła i współczucie
dociera do wszystkich ludzi i staje się częścią kosmosu.
zobaczcie jak można mieszkać będąc buddystą w polsce.







niedziela, 20 października 2013
kucharz
na warsztatach jogi poznałam kucharza Ola.
Olo ma trzydzieści dwa lata,
i jak mówi całe życie ćpał i pił,
aż spotkał Zuzę i się ocknął.
teraz pije z umiarem i gotuje z pasją.
jogi nie praktykuje.
jeszcze nie.
na otwarcie warsztatów podał makaron penne
z burakami, posypany siekanymi orzechami włoskimi i serem feta.
to była jego wersja autorska przepisu kuchni włoskiej.
buraki wcześniej gotowane, dusił w oliwie
z dodatkiem czosnku, octu balsamicznego i miodu.
później dodał makaron, który zabarwił się na buraczkowy kolor.
pychota.
gotowania się nie uczył.
do szkoły nie miał głowy.
ukończył jeden nic nie znaczący kurs.
od dawna ma silną potrzebę gotowania.
choć ludzi raczej nie lubi (oczywista przekora),
to gotować im lubi bardzo.
wkrótce otwiera bistro w dzielnicy biurowców.
wieczorową porą Olo podał krakersy, tortillę i macę
z kilkoma rodzajami dipów: serowym, z fasoli, oliwek.
największym powodzeniem cieszyła się właśnie ta ostatnia tapenada,
pasta z czarnych oliwek z dodatkiem kaparów, oliwy i czosnku.
na śniadanie Olo postawił przed nami na stole
frittatę z papryką, cukinią i pomidorami.
cudownie prosty przepis, nieprawdopodobnie dobry smak.
sobota, 19 października 2013
warsztaty
najfajniejsze w warsztatach jogi jest to,
że gdy wchodzę do sali ćwiczeń to połowę twarzy ćwiczących już znam,
a jeszcze fajniejsze jest to,
że te wszystkie twarze się do mnie uśmiechają.
piątek, 18 października 2013
czwartek, 17 października 2013
rwa
rwa kulszowa to ból rozpoczynający się
w dolnej części pleców
i rozciągający się przez pośladek do nogi.
powstaje w wyniku ucisku na najdłuższy nerw
w ciele człowieka zwanym nerwem kulszowym.
oprócz bólu mogą występować inne dolegliwości
jak osłabienie mięśni, drętwienie, mrowienie
w kończynie dolnej, a także osłabienie
odruchów w kolanach i kostkach.
rwa mimo, że bolesna, nie staje się przewlekła
i często mija samoistnie.
rwa może być sygnałem o zbliżającej się przepuklinie.
zalecenia lekarskie dla chorego obejmują
odpoczynek i ćwiczenia wzmacniające mięśnie pleców.
internauci po rwących przejściach polecają surowy imbir.
rwa dopadła Panią E.
słowa nie opiszą bólu.
płakałam razem z nią.
środa, 16 października 2013
przysłowia
stare chińskie przysłowie mówi:
jeśli nie masz nic do powiedzenia,
powiedz stare chińskie przysłowie.
a więc mówię:
bądźcie surowi dla siebie samych,
pobłażliwi dla innych, a nie będziecie mieli wrogów.
jedna noc rozmowy z mędrcem starczy na dziesięć lat studiów.
czytaj jak najwięcej, mów jak najmniej.
głodnemu daj kawałek chleba, ale smutnemu daj kawałek twego serca.
nie kłóć się z głupim, bo postronni nie zauważą różnicy.
ludzie i zwierzęta należą do tej samej kategorii istot.
żyj tak, jakbyś miał umrzeć jutro,
a pracuj tak jakbyś miał przed sobą wieczność.
gdy nie masz nic do ofiarowania, ofiaruj uśmiech.
w dniu twych narodzin wszyscy byli weseli, tylko ty płakałeś.
żyj tak, by w twej ostatniej godzinie płakali wszyscy inni,
a ty jeden byś się śmiał serdecznie i łzy nie miał w oku.
jeżeli odrzucisz nóż rzeźnika, natychmiast staniesz się Buddą.
wtorek, 15 października 2013
później
To nie może być prawdą. W żaden sposób.
To koszmar.
Zbudzę się i przekonam, że to sen.
Nie będę o tym myślała teraz,
bo rozpłaczę się w obecności wszystkich tych ludzi.
Nie mogę teraz myśleć, pomyślę o tym później,
kiedy będzie mi łatwiej, kiedy nie będę ...
Margaret Mitchell, Przeminęło z wiatrem
to nie może być prawdą. w żaden sposób.
ten biurowy koszmar nie jest rzeczywisty.
to sen.
kiedy zbudzę się, przekonam się że, to był sen,
który śniłam razem z innymi współpracownikami.
pomyślę o tym później.
poniedziałek, 14 października 2013
za
Jak to się stało, że dopiero teraz, wczoraj wieczorem, w nocy,
przeniknęła mnie tak ostro myśl, że to wszystko co się ze mną dzieje
jest niepojęte dla mojego umysłu.
Nie pojmuję życia, nie pojmuję śmierci,
nie panuję nad swoimi snami, nie potrafię powiedzieć
co jest mną, a co nie jest
i pobudki moich działań są dla mnie tajemnicze.
Z przeszłości nie da się ułożyć nic składnego,
wybór tylko z pozoru należał do mnie.
Rzucona między potrzebę stałości
a chęć przekraczania tego co mi znane,
na przemian z bólem, to znów z ciekawą ochotą
odrywałam się od tego co zastane,
raz w gwałtownych smutkach,
to znów w przekonaniu, że idę za wyznaczonym mi losem.
Julia Hartwig, Gdy opatrzy się zieleń
niedziela, 13 października 2013
kwiaciarka
zamawiamy w pobliskiej kwiaciarni wiązankę na jutrzejszy pogrzeb.
pięć gałązek białych lilii z otwartymi kwiatami
połączonych z gałązkami drobnych białych chryzantem
czarną wstążką z napisem ostatnie pożegnanie.
nasze ostatnie pożegnanie z Mamą Pani A.
Pan W. wpłacił zaliczkę za wiązankę i teraz ostentacyjnie
przegląda przegródki portfela w poszukiwaniu funduszy.
kwiaciarka wesoło komentuje pustkę w portfelu Pana W.
- ostał ci się jeno sznur!
wybuchamy śmiechem.
na pożegnanie sprzedawczyni wręcza mi bladoróżową różę.
życzymy sobie miłego dnia.
sobota, 12 października 2013
Dziadziuś
urodził się 31 maja 101 lat temu w kąśnej dolnej.
miał 168 cm wzrostu, włosy i brwi szatyn,
oczy ciemne piwne, nos prosty,
usta cienkie, brodę płaską, twarz owalną,
znaków szczególnych brak.
ukończył seminarium nauczycielskie z egzaminem dojrzałości,
zawód nauczyciel publicznej szkoły powszechnej.
z książeczki stanu służby oficerskiej:
stopień wojskowy porucznik rezerwy,
mianowany porucznikiem z dniem 1 stycznia 1936 roku
w korpusie piechoty,
specjalność dowódca plutonu,
do służby czynnej zgłosił się 31.8.39.
z lat dziecięcych pamiętam, że miał bardzo duże uszy,
lubił się śmiać, lepił doskonałe pierogi,
za jednym razem potrafił ulepić ich całą stolnicę, 60 lub więcej,
i w rozmowie stale powtarzał słowo panie,
wtrącał je tak często niczym niektórzy obecnie słówko no.
zabrał mnie na przejażdżkę samochodową, pierwszą w moim życiu.
pojechaliśmy za miasto małą seledynową zastawą,
drogi były puste, od prędkości i wrażeń zrobiło mi się słabo.
w pamiątkach rodzinnych znalazłam list, w którym
z okazji pierwszej komunii świętej
przesyła mi serdeczne życzenia
godnego przyjęcia sakramentu świętego,
który dla mnie, kochanej, miał być przewodnikiem duchowym
na całe życie. podpisane - Dziadziuś.
piątek, 11 października 2013
może
To właśnie Zena wypowiadała po wielekroć to niezrozumiałe dla mnie zdanie:
Bądź dobra dla siebie.
Co chciała mi powiedzieć? Co? Jak myślisz — pyta Mary.
Nie wiem. Może, żebym znalazła czas na sonaty skrzypcowe,
na Mozarta i Szymanowskiego, może na zachody słońca
nad wodą albo na drogi w nieznane.
Na studia z Kanta i poziomki ze śmietaną. Bez winy.
Agata Tuszyńska, Ćwiczenia z utraty
moja mała dziewczynko,
żebyś znalazła czas na dokończenie Przeminęło z wiatrem,
(albo z wiadrem, jak często powtarzasz),
na napisanie referatu z historii o polityce zagranicznej
drugiej rzeczypospolitej i wysłuchanie autentycznych
nagrań z przemówieniami ministra Józefa Becka
(My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę!),
żebyś zawsze miała czas na rozmowy z przyjaciółkami,
na lekcje japońskiego, na studia w cambridge
(tam na pewno jest doskonała sekcja karate i szkoła jogi),
na muzykę zespołów, których nazw nie potrafię zapamiętać,
na wędrówkę po beskidzkich szlakach
w słoneczną niedzielę października, na pizzę w ulubionej
pizzerii, której odwiedzenie jest naszym obowiązkiem
w czasie każdej wizyty w b.,
na spotkania z chłopakiem tym najważniejszym na świecie,
na francuski kompot (tak różniący się od polskiego, który
nie jest napojem tylko bardzo gęstym owocowym musem),
ciasteczkowe lody, latte, winogrona i medytację.
moja mała dziewczynko, bądź dobra dla siebie.
wszystkim pozostałym małym dziewczynkom
z okazji dzisiejszego dnia dziewczynek - dużo miłości.
bądźcie dobre dla siebie.
czwartek, 10 października 2013
rąbanie
Kiedy mistrz zen osiągnął oświecenie,
by to uczcić, napisał takie słowa:
Och, co za wspaniały cud: rąbię drzewo!
Wyciągam wodę ze studni!
Dla większości ludzi nie ma nic cudownego w zajęciach tak banalnych,
jak wyciąganie wody czy rąbanie drewna.
Gdy się osiągnie oświecenie, w rzeczywistości nic się nie zmienia.
Wszystko jest po staremu.
Tyle że teraz serce napełnia się zdumieniem.
Drzewo pozostaje drzewem, ludzie są tacy jak przedtem i ty także.
Życie nie zaczyna biec inaczej.
Możesz być tak samo zmienny czy stały,
tak rozważny czy szalony jak dawniej.
Ale jest jednak poważna różnica:
teraz widzisz wszystkie te rzeczy w inny sposób.
Człowiek jest jakby bardziej oddalony od tego.
I twoje serce napełnia się zdumieniem.
Taka jest istota kontemplacji: zdolność zdumiewania się.
Anthony De Mello, Śpiew ptaka
co za wspaniały cud, jest dzień.
co za wspaniały cud, jest październik.
co za wspaniały cud, moje rany się goją.
co za wspaniały cud, jem sałatkę ze świeżego szpinaku, fety, rukoli i pomidorów.
co za wspaniały cud, jestem w domu.
co za wspaniały cud, piszę.
środa, 9 października 2013
wtorek, 8 października 2013
upadła
jestem kobietą przewrotną i upadłą,
wyjaśniam za Krystyną Sienkiewicz,
ciekawym co stało się z moją lewą dłonią,
pokrytą bandażami i plastrami.
w przewrotną wierzę, ale w upadłą - nigdy,
nie w twoim przypadku - ripostuje Pan L.
na wewnętrznej stronie dłoni przy przegubie,
mam dwie duże rany i drobne ranki na palcach
wskazującym i serdecznym (które wprawiły Panią E.
w przerażenie, myślała że mam złamane palce).
to efekt upadku na nierównej drodze.
uwielbiam patrzeć jak woda utleniona
rozkłada się w kontakcie z krwią rany,
jak zamienia rozdrapaną czerwień skóry w wulkan,
wylewający białą pianę.
kocham wulkany, szczególnie te włoskie Vesuvio i Solfatarę.
dla widoku wydobywającej się białej lawy,
powtarzam czynność dezynfekcji ran.
pieczenie przyjmuję za dobry znak, że giną bakterie.
buteleczkę rozcieńczonego nadtlenku wodoru wrzucam do torebki.
jeszcze sprawdzam w internecie (nieodzowna wikipedia)
jakie jest prawdopodobieństwo zachorowania na tężec,
bo rana była mocno zabrudzona ziemią,
z trudem udało mi się ją doczyścić,
w Polsce - 14 przypadków rocznie,
wobec tysięcy rannych to chyba niewiele, uspokajam się sama,
bo jestem uczulona na anatoksynę przeciwtężcową.
poniedziałek, 7 października 2013
ćwiczenia
czytam Ćwiczenia z utraty Agaty Tuszyńskiej,
dziennik, relacjonujący czas choroby i czas umierania
jej życiowego partnera, przedsiębiorcy i tłumacza Henryka Dasko.
piękna, emocjonalna, poetycka książka.
opowieść o miłości, odnajdywaniu siebie w drugim człowieku,
o opiece, służeniu i walce z chorobą.
słowa mocne, równo ułożone jak paciorki różańca.
Tuszyńską odkryłam i polubiłam dzięki książce Wyznania gorszycielki
o Irenie Krzywickiej, pisarce i wieloletniej przyjaciółce
Tadeusza Boya-Żeleńskiego, której wspomnienia opracowała.
poniżej fragment poezji powiązanej nitką zagubienia z Ćwiczeniami.
szukałam cię znowu
w środku lasu
niezagojona czułość
drzewa stały nieme
jak niebo przez nas opuszczone
w okno pukałam kamieniem
bo nie poznawałeś mnie po dotyku dłoni
wyschły wszystkie ślady światła
w twoich oczach
zostałam
bo wygnano cię ze snu
szukałam cię daremnie
na granicy losu
wiał wiatr
Agata Tuszyńska, Którejś nocy w tobie
właśnie dotarła do mnie wiadomość,
że Pani A. przerabia swoje ćwiczenia z utraty.
bardzo mi smutno.
niedziela, 6 października 2013
brat
na yt obejrzałam film dokumentalny o młodym europejczyku,
który postanawia zostać mnichem buddyjskim
i spędzić całe swoje życie w tajlandzkim klasztorze.
wcześniej przebywał już 2,5 roku
w innym odosobnieniu w Tajlandii.
jest to film nie tylko o nim i motywach jego decyzji,
ale przede wszystkim o silnych relacjach łączących go z siostrą,
która towarzyszy mu z kamerą w drodze do klasztoru,
oraz matką, która rozumie go tak dobrze,
że sama zbliża się do praktyki buddyjskiej.
moją uwagę zwróciły słowa wypowiadane
przez matkę: sadhu, sadhu, sadhu.
pięknie powiedziane.
sobota, 5 października 2013
sukces
w czasie południowej lekcji jogi udało mi się zrobić
po raz pierwszy asanę pochodząca z serii kruków,
do której przymierzałam się już parę razy.
jej dokładnej nazwy nawet nie znałam.
w domu sprawdziłam, nazywa się dwi hasta bhujangasana
i w wykonaniu Mistrza Iyengara wygląda tak:

moje wykonanie nie było takie idealne,
niemniej dziękuję za oklaski.
piątek, 4 października 2013
odpoczynek
jeśli medytowaliście dzisiaj przez cały dzień, odpocznijcie
jeśli medytowaliście dwa razy po godzinie, odpocznijcie
jeśli medytowaliście przez godzinę, odpocznijcie
jeśli medytowaliście przez pół godziny, odpocznijcie
jeśli nie medytowaliście dzisiaj w ogóle, nie odpoczywajcie.
czwartek, 3 października 2013
matka
po pracy poszłam do parku.
w jesiennym słońcu jadłam słodkie winogrona,
które przyniosłam z domu.
siedzenie w słońcu o każdej porze roku to moje ulubione zajęcie.
najprostsze dolce far niente, słodkie nic nie robienie.
to też mój ulubiony sposób zakończenia dnia pracy.
równie fajny jak szybka przejażdżka samochodem z Panią E.
(startujemy jak rajdowcy z biurowego parkingu,
najważniejsze znaleźć się przed innymi autami)
i krótka wymiana zdań, o tym co się wydarzyło.
siedziałam na ławce i myślałam o matce, która straciła
młodziutką córkę pokonaną przez białaczkę.
myślałam o jej bólu,
o tym jak niewyobrażalnie wielki ciężar nosi teraz w sobie,
co za nieludzkie cierpienie,
do udźwignięcia którego trzeba siłacza, mitycznego herkulesa,
giganta, bo żadna matka temu bólowi nie da rady,
nie podoła ani dziesięć matek.
chciałabym zdjąć z niej choć trochę tego bólu,
żeby przez moment poczuła się jak dawniej,
bez obezwładniającego brzemienia,
żeby zdołała zobaczyć świat taki jaki jest,
żeby ze spokoju tej chwili mogła zaczerpnąć energię
do dalszego życia, które toczyć się będzie.
to życie też będzie dobrym. na pewno.
po pewnym czasie odzyska swoje piękno,
gdy wyleją się wszystkie łzy i zagoją rany,
gdy myśli ułożą się równo jak źdźbła trawy.
właśnie zadzwoniła z francji moja Córka.
skończyła kolację, którą tamtejszym zwyczajem
zaczynają o dziewiątej.
środa, 2 października 2013
wtorek, 1 października 2013
Goenka
dwa dni temu odszedł Satya Narayan Goenka,
wielki nauczyciel medytacji Vipassany.
miał 90 lat.
Goenka nauczał medytacji przekazanej mu przez wielkiego birmańskiego
mistrza, U Ba Khina. kładł nacisk na trzy aspekty:
moralne zachowanie, dzięki któremu umysł zyskuje spokój,
panowanie nad umysłem poprzez koncentrację na oddechu oraz
właściwą Vipassanę, tj. oczyszczenie umysłu poprzez wgląd
we własną strukturę fizyczną i umysłową.
metodzie, którą propagował na dziesięciodniowych kursach zawdzięczam wiele,
całą moją szczęśliwość, spokój, kreatywność, koncentrację.
dla tych, którzy nie znają tej metody polecam wywiad z Mistrzem Goenką,
który znalazłam na jednym z buddyjskich portali.
oto jego fragment o Vipassanie:
Technika Vipassany polega na obserwacji realnego cierpienia we własnym wnętrzu,
procesu w wyniku którego stajemy się wzburzeni, rozdrażnieni, nieszczęśliwi.
Aby to obiektywnie zaobserwować, trzeba wejść głęboko we własne wnętrze.
W przeciwnym razie przyczyny swojego nieszczęścia zawsze
będziemy upatrywać w czynnikach zewnętrznych.
Powiedzmy, na przykład, że odczuwam złość i chcę ją zbadać.
Nawet jeśli zamknę oczy i będę próbował ją zrozumieć,
wciąż będą mi przychodzić na myśl jej pozorne przyczyny zewnętrzne,
ja zaś będę przez to uparcie usprawiedliwiać swoje zachowanie.
„Taki a taki mnie źle potraktował, taki a taki mnie obraził,
i to dlatego odczuwam złość. To nie moja wina.”
Fakty są jednak takie, że to ja jestem nieszczęśliwy.
Technika Vipassany uczy nas zwykłej obserwacji.
Jeśli czujesz się nieszczęśliwy, po prostu obserwuj
swoje cierpienie takim, jakim jest.
Kiedy zaczniesz mu się przyglądać, przyczyna cierpienia stanie się jasna.
Doświadczamy nieprzyjemnego doznania fizycznego w ciele
z powodu naszych własnych negatywnych uczuć – pragnień lub niechęci.
W miarę jednak, jak obserwujemy owo doznanie fizyczne,
traci ono swoją moc i przemija,
a wraz z nim przemijają wszystkie negatywne emocje.
Zaczynamy od oddechu, ponieważ umysł nie może się skoncentrować,
jeśli nie jest na czymś konkretnym skupiony.
Przez pierwsze trzy dni odosobnienia obserwujemy,
jak nasz oddech przepływa przez nos do wewnątrz i na zewnątrz.
Kiedy nasz umysł nieco się już uspokoi, zaczynamy odczuwać doznania,
jakich doświadczamy w okolicach nosa, potem zaś poszerzamy
obszar obserwacji o doznania, jakich doświadcza całe nasze ciało.
Doznania te prowadzą nas do korzeni umysłu.
Prowadzą nas do przyczyn naszego nieszczęścia, do źródeł naszego cierpienia,
oraz pomagają nam te przyczyny wyeliminować. Tego właśnie uczy Vipassana.
S. N. Goenka
reszta wywiadu dostępna jest tutaj,
na tej stronie można też podjąć naukę języka palijskiego,
w którym powstało wiele tekstów buddyjskich.
anicca, anicca, anicca.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)



